Kroki w nieznane

W moim dzisiejszym tekście nie chodzi tylko o kroki literackie, czyli cykl opowiadań fantastycznych z lat 70-tych, ale o kroki prawdziwe…

Kroki w nieznane

Kroki w nieznane

…kroki stawiane w dzikich i niedostępnych lasach oraz bezdennych i ciemnych dolinach w okolicach Lozanny. Chociażbym tymi ciemnymi dolinami biegał, zła się nie ulęknę, pomimo tego, że będzie to kontynuacja Ścieżki Zboczeńca

Tam doliny są bezdenne,
Tam urwiska są kamienne,
Tam są głazy fantastyczne –
Letargiczne – magnetyczne –
I otchłanie – i pieczary –
I olbrzymich lądów jary –
/ Edgar Allan Poe, Kraina snu/

***

…zatem wybieram bramkę numer… trzy.

Ze Stand de Volson biegnę prosto, tak jak prowadzi droga, w kierunku północno-wschodnim. Częściowo wykorzystuję ścieżkę dydaktyczną, utworzoną przez miasto Pully nie tak dawno temu. Zaraz skręcam w lewo i pochylając się w biegu, żeby nie zostać postrzelonym przez pociski mogące nadlatywać ze strzelnicy, prę dalej naprzód; nie skręcam w prawo na łąkę, jak sugerują „salamandrowe” znaki ścieżki dydaktycznej (pozostawiam ją na powrót).

Padnij!

Padnij!

Rachityczny asfalt szybko się kończy i biegnę po szutrowej ścieżce. Przebiegam obok „Schrödingerowskiego pudełka na kota”, w którym, zgodnie z zasadami fizyki kwantowej, ów kot jest jednocześnie żywy i martwy (tak mi się skojarzyło z „krokami w nieznane”, kiedy zobaczyłem ten drewniany sześcian). Po chwili, przy niewielkiej polance, spotykam strumień La Paudèze. Po lewej stronie ścieżki dostrzegam przykładowe rodzaje skał występujących w okolicy wraz z opisami.

Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Ścieżka dalej wiedzie w górę. Dobiegam do mostku, nad strumieniem La Chandelar, który jest dopływem La Paudèze.

W lewo, czy w prawo? Zatem na przykład w… prawo.

W lewo, czy w prawo? Zatem na przykład w… prawo.

Znów rozwidlenie szlaków. W lewo, w górę strumienia, ścieżka prowadzi do l’Arbre classé („sklasyfikowane drzewo”, a cóż to może znaczyć?) i Monts de Pully, a w prawo, między innymi do Signal de Belmont i Moudon. Podczas mojej pierwszej wycieczki biegowej w te okolice, traktowałem te szlaki jako osobne trasy. Teraz już wiem, że jest możliwość ich połączenia i zaliczenia interesującej pętli, żeby nie wracać tą samą drogą. Takie podejście podyktowane jest moim Kodeksem Biegowym:

  1. Biegać po ścieżkach, a nie po asfalcie,
  2. Biegać po górach i pagórkach, a nie po płaskim terenie,
  3. Nie wracać tą samą drogą,
  4. Biec, truchtać lub iść, ale zawsze do przodu,
  5. Na koniec najważniejsza rzecz – kodeks to tylko zbiór wskazówek, o czym już kiedyś wspominałem, cytując kapitana Barbossę (The code is more what you’d call “guidelines” than actual rules).

Zatem na przykład w… prawo. Po 65 metrach w lewo, zgodnie z „turisme pedestre”.

Można tu pobiec trochę dalej prosto, około 150 metrów, a po chwili w prawo w dół, ścieżką wysypaną trocinami, aż do drewnianego „belwederu”, z którego roztacza się widok w dół doliny La Paudèze i w kierunku Alp wznoszących się po drugiej stronie Jeziora Genewskiego.

Na Belweder!

Na Belweder!

W dole widać też Stand de Volson i budynek strzelnicy. Biegając tutaj trzeba uważać, żeby nie nadepnąć na jednego z okolicznych mieszkańców, o których informują rożne mądre tablice.

Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

Po chwili przez mały mostek i w górę po drewnianych schodkach, do zakrętu drogi Boulevard de la Fôret, którą ostrożnie przekraczam aby biec dalej w górę, po asfalcie Chemin du Bois-Trépay. Po 350 metrach przebiegam pod zawieszoną wysoko na betonowych filarach autostradą numer 9. Dalej w górę, wzdłuż płynącego w wąwozie strumienia. Po kilkuset metrach droga zakręca w lewo na południowy zachód, ale ja skręcam w prawo w szutrową ścieżkę, która prowadzi jeszcze bardziej pod górę.

A9

A9

Ścieżka wypłaszacza się, dobiegam do słupka z drogowskazami i skręcam w prawo, w kierunku Signal de Belmont. Biegnę prosto przed siebie i tym razem nie skręcam w prawo w dół po schodkach, gdzie po przekroczeniu strumienia trasa prowadzi do wspomnianego przed chwilą Signal de Belmont.

W końcu docieram do miejsca, gdzie strumień zamyka dalszą drogę. Oczywiście przeskakuję przez strumień i badam możliwość dalszego biegu, ale uznaję, że to rzeczywiście tutaj znajduje się naturalny koniec tej trasy. Zatem czas wracać…

This is the end Beautiful friend This is the end My only friend, the end

This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end

Początkowo po swoich śladach, aż do drogowskazu, przy którym wbiegłem na tę ścieżkę po szutrowym podbiegu. Teraz w prawo, w kierunku Trois Chasseurs; nie wracam na razie do Pully, żeby się, jak już wiecie, nie powtarzać.

Can you picture what will be So limitless and free Desperately in need...of some...stranger's hand In a...desperate land

Can you picture what will be
So limitless and free
Desperately in need…of some…stranger’s hand
In a…desperate land

Po 300 metrach skręcam w prawo, tak jak pokazuje żółta strzałka i po asfaltowej ścieżce biegnę w kierunku głównej drogi Route de Chenaule, gdzie skręcam w lewo w kierunku La Rosiaz i Pully. Przebiegam nad znaną już autostradą numer 9 i wraz z drogą skręcam w prawo (w lewo ścieżka prowadzi do małego cmentarza). Kiedy widzę przed sobą parking pod lasem, zostawiam Route de Chenaule, która skręca w lewo i przebiegam na wprost przez parking do lasu.

Zaraz w lewo, w górę, po szutrowej nawierzchni, w ścieżkę zdrowia, po której biegnę teoretycznie „pod prąd”. Dobiegając na szczyt (693 m n.p.m), po lewej stronie, w przesiece, widzę Alpy, znajdujące się po drugiej stronie jeziora. Teraz znów w lewo, po wciąż obniżającej się dróżce. Po 770 metrach od momentu, kiedy wbiegłem na ścieżkę zdrowia, dobiegam do rozwidlenia, na którym kieruję się w lewo, ostro w dół, aż do ważnego punktu orientacyjno-krajoznawczego.

Droga przechodzi przez bramę skalną, której lewa strona pokryta jest plątaniną korzeni. Korzenie należą do drzewa, z którego okoliczni mieszkańcy są bardzo dumni i dlatego nazwali je l’Arbre classé. Znając kontekst, mogę teraz użyć tłumaczenia logiczno-poetyckiego, zamiast dosłownego, czyli po prostu „pomnik przyrody”. Rzeczywiście, ładnie to wygląda i zgodnie z tematem „kroków w nieznane” kojarzy mi się z Larą Croft…

Oficjalny szlak skręca w lewo tuż za skalną bramą, ale można pobiec jeszcze prosto w dół w celach kilometrowo-krajoznawczych, aż do drewnianego pomostu zawieszonego nad korytem strumienia.

There's danger on the edge of town Ride the King's highway, baby Weird scenes inside the gold mine Ride the highway west, baby

There’s danger on the edge of town
Ride the King’s highway, baby
Weird scenes inside the gold mine
Ride the highway west, baby

Byłem…, widziałem…, więc od razu w lewo, w dół w kierunku dna wąwozu i płynącego tam strumienia La Chandelar. Trasa jest teraz prosta pod względem orientacyjnym, gdyż prowadzi cały czas w dół strumienia. Jest jednak bardzo urozmaicona, ponieważ „w dół strumienia” czasami oznacza wspinanie się, a czasami zbieganie po stromych stokach, schodkach i drabinkach.

W końcu dobiegam do znanego mi już mostku, przy którym rozważałem, czy trasy w lewo i prawo są osobnymi trasami, czy też można je połączyć i zastanawiałem się co może oznaczać l’Arbre classé.

Dla urozmaicenia drogi powrotnej, biegnę prosto, a nie skręcam w prawo na mostek, przez który jakiś czas temu tu przybyłem. Po 65 metrach dobiegam do znaku, który poprzednio poprowadził mnie w lewo, w górę. Teraz skręcam w prawo, w dół, tak jak pokazuje „salamandrowy” znak ścieżki dydaktycznej.

I am the Lizard King  I can do anything

I am the Lizard King
I can do anything

Dla pogłębienia wiedzy przyrodniczej, obracam strony drewnianych „książek”, które tłumaczą, jak wyglądają i nazywają się miejscowe drzewa i krzewy, po czym dobiegam do betonowego mostku i zaraz za nim zbiegam w lewo, na łąkę. Przez łąkę biegnę zygzakami i co jakiś czas padam na brzuch, uchylając się znów przed przytłaczającym ogniem z okien strzelnicy…

Tuż przed strzelnicą skręcam w lewo i dobiegam do znaku, z pod którego wyruszyłem na moją trasę w (nie)znane.

Dobrze jest osiągnąć cel podróży, ale to właśnie podróż liczy się najbardziej
/Ursula K. Le Guin, Lewa ręka ciemności/

Zboczeniec

Ścieżka Zboczeńca

Wszystko płynie, jak powiedział Panta Rhei i nie można po raz drugi wejść do tej samej rzeki, ale z drugiej strony historia kołem się toczy, więc cytaty należy dobierać w zależności od okoliczności, gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Powiedziałem co wiedziałem.

Miało to jednak głęboki sens, o czym się przekonacie czytając dalej.

Trasa z Ouchy w Lozannie do Pully, prowadząca brzegiem jeziora, czyli Sentier des Rives du Lac jest po prostu śliczna. Widoki na Alpy, jezioro i winnice w terapeutyczny sposób uspokajają i wyciszają. Ostrzegam jednak – czasami może być tłoczno, a wtedy wyciszanie nie będzie w pełni wyciszające.

Wracając jednak do toczącej się kołem historii, trasę tą opisywałem już na stronach mojego bloga, w artykule pod tytułem Pożegnanie jesieni. Teraz ruszam dalej, żeby odkryć coś nowego za zakrętem…

Za zakrętem może czeka
Droga nowa i daleka,
A choć dziś ją omijamy,
Jutro tuż za progiem bramy
Może ścieżka nas uwiedzie,
Która wprost na księżyc wiedzie…
/J.R.R Tolkien, Władca Pierścieni/

Tym razem na końcu portu w Pully, gdzie po prawej stronie, nad samym brzegiem widać basen, nie biegnę dalej wzdłuż brzegu jeziora, ale skręcam w lewo w Route du Port i dobiegam aż do drogi kantonalnej Route de Vevey. Przebiegam przez pasy na drugą stronę i ulicą Chemin des Vignes biegnę w górę kilkanaście metrów.

Sztuka przez duże Sztu

Sztuka przez duże Sztu

Skręcam w lewo, w kierunku dziwacznej, czerwono-stalowej rzeźbie i zaraz w prawo, w ukrytą wśród krzewów Ścieżkę Zboczeńca (Sentier de Pervert).

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Ściskając pośladki i co chwilę oglądając się nerwowo za siebie biegnę w górę poprzez winnice, aż do bramy w murze. Tu ze zdziwienia przecieram oczy! Na dużym znaku po lewej stronie widzę, że to nie jest Sentier de Pervert, ale Sentier de Pévret, co oznacza miętę pieprzową w lokalnym dialekcie. Trzeba być dokładnym w czytaniu i ostrożnym w ocenach…

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Za bramą skręcam w prawo w górę i wspinam się aż do kościoła. Przed kościołem znajduje się taras widokowy, z którego roztacza się, jak sama nazwa wskazuje, widok. Widok na jezioro, Alpy oraz winnice w Lavaux, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z Ouchy do tego miejsca około 4 km.

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej...

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej…

Moja trasa biegnie jednak dalej, ulicą wzdłuż zachodniej ściany kościoła i Restauracji du Prieuré, w której jakiś czas temu odbył się Polski Bal Karnawałowy organizowany przez Polskie Stowarzyszenie w Lozannie.

Przebiegam przez pasy na Rue de la Poste, następnie mostkiem nad torami kolejowymi, aż w końcu tunelem pod Avenue de Lavaux, wbiegam na prowadzącą stromo w górę ulicę Chemin de la Clergère. Po 270 metrach skręcam w prawo w Avenue de Rochettaz, a następnie po 230 metrach w lewo w górę w jednokierunkową ulicę Chemin du Caudoz, przy której stoją kontenery do segregacji śmieci.

Ulica pnie się stromo w górę, aż do kolejnego mostu nad torami kolejowymi, przez który przebiegam i po chwili skręcam w prawo w Chemin de Leisis zgodnie ze wskazaniami żółtego drogowskazu Tourisme pédestre.

W prawo...

W prawo…

Po 200 metrach ulica zmienia nazwę na Chemin de Volson i wspina się ostro w górę. Tuż przed Chemin des Sapins, wskakuję w prawo do lasu w wąską ścieżkę*, którą odkryłem dopiero po jakimś czasie biegania w tej okolicy, co potwierdza moją opinię, że nigdy nie należy ustawać w poszukiwaniach.

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Dróżka prowadzi w dół w kierunku koryta strumienia La Paudèze (którego ujście do jeziora znajduje się pomiędzy Pully i Paudex) i potem lekko w górę, poniżej budynku tartaku. Tu zaczyna się ostatnio oddana do użytku ścieżka wysypana trocinami, która opadając i wznosząc się doprowadza mnie do Stand de Volson (526 m n.p.m.).

*Przed znalezieniem ścieżki przez las, mijałem Chemin des Sapins i kontynuowałem dalej prosto, aż do Chemin du Stand. Skręcałem w prawo i biegłem lekko w dół. Mijałem tartak od góry i biegłem dalej, aż do tego samego miejsca, czyli do Stand de Volson. Z Ouchy około 6,4 km.

Jest tu skrzyżowanie szlaków turystycznych oraz miejsca parkingowe. A więc można tu było dojechać samochodem! To po co ja się tak męczyłem, zamiast podróżować jak cywilizowany turysta!?

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A'tomek, księga  XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’tomek, księga XII

Dla początkujących biegaczy i spacerowiczów przyjazd samochodem może być dobrym rozwiązaniem, gdyż prawdziwa przygoda/przyroda zaczyna się dopiero tutaj. W prawo, przez szlaban blokujący przejazd samochodów przez most, można pobiec do Belmont-sur-Lausanne, a dalej do Savigny i Tour de Gourze. W lewo, ostro pod górę, po drewnianych schodkach, droga prowadzi do Epalinges i odległego Chalet-a-Gobet, na wprost natomiast do Signal de Belmont.

Zatem wybieram bramkę numer…

Early spring

Przedwiośnie

Pory roku, cykliczne zmiany w przyrodzie, wiosenny śpiew ptaków i zimowa zawierucha. Wszystko ma swój cel, którym fascynują się biolodzy, przyrodnicy i geografowie. Także poeci znajdą interesujące tematy do wierszy w corocznym umieraniu i odradzaniu się świata. Biegaczom natomiast, pory roku umożliwiają bieganie w innych, ale zawsze „pięknych okolicznościach przyrody”…

Trasa w okolicach Rolle jest Wam już znana z moich poprzednich wypocin, ale znalazłem na niej ostatnio coś nowego i interesującego.

Był pierwszy dzień przedwiośnia. Powiał wiatr południowy i w płynne błoto zamienił stosy śniegu uzgarniane wzdłuż chodników. We włosy i w usteczka, w nozdrza, w policzki i w uszy dzieci spieszących do szkółek wiał ów wiatr suchy, odmienny.
/Stefan Żeromski, Przedwiośnie/

Właśnie w okolicach przedwiośnia, kiedy drzewa i krzewy nie wypuściły jeszcze nowych liści odwiedziłem moją osobistą trasę „Pana Mięśniaka”.

Might as well jump. Jump!  Go ahead and jump  Get it in, jump. Jump!  Go ahead and jump  Jump! Jump! Jump! Jump!  /Van Halen/

Might as well jump. Jump!
Go ahead and jump
Get it in, jump. Jump!
Go ahead and jump
Jump! Jump! Jump! Jump!
/Van Halen/

Kiedy radośnie zbiegałem z najwyższego punktu trasy (760 m n.p.m), ścieżką ponad szpitalem w Gilly, zobaczyłem po prawej stronie tajemniczy monolit. Zwykle nie widać go z trasy, ponieważ zasłonięty jest gęstą roślinnością.

You can run on for a long time Run on for a long time Run on for a long time  /Johnny Cash/

You can run on for a long time
Run on for a long time
Run on for a long time
/Johnny Cash/

 

Sooner or later God'll cut you down Sooner or later God'll cut you down  /Johnny Cash/

Sooner or later God’ll cut you down
Sooner or later God’ll cut you down
/Johnny Cash/

Z pewną taką nieśmiałością, jak małpy w pierwszych scenach „Odysei Kosmicznej”, zacząłem zbliżać się do obelisku. Nie było żadnych efektów specjalnych, po prostu od drugiej strony była płaskorzeźba przedstawiająca dwie kobiety. Napis pod nią głosił:

Pamięci
pani doktor Charlotte Olivier
inicjatorki walki przeciwko gruźlicy
Wdzięczny Kanton Vaud

Kim była ta kobieta lekarz i dlaczego jej pomnik został ukryty w środku lasu? Jakże interesująca historia wyszła do mnie z krzaków…

***

Charlotte Olivier urodziła się w Rosji w 1864, w rodzinie lekarzy pochodzenia niemieckiego. Po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej w Petersburgu w roku 1894, zaczęła studiować medycynę na uniwersytecie lozańskim. Podczas swojego stażu poznała doktora Eugène’a Oliviera, którego poślubiła w 1901 roku. Swoją praktykę lekarską prowadziła w kantonie Vaud. W tamtych czasach gruźlica zbierała tragiczne żniwo wśród mieszkańców Szwajcarii, jak i całej Europy.

Gruźlica (łac. tuberculosis, TB – tubercule bacillus) – powszechna i potencjalnie śmiertelna choroba zakaźna, wywoływana przez prątka gruźlicy (Mycobacterium tuberculosis). Gruźlica dotyczy najczęściej płuc, lecz również może atakować ośrodkowy układ nerwowy, układ limfatyczny, naczynia krwionośne, układ kostno-stawowy, moczowo-płciowy oraz skórę. W przeszłości gruźlica nazywana była suchotami, gdyż w szybkim czasie doprowadzała do ciężkiego wyniszczenia z krwiopluciem, gorączką, bladością i postępującą utratą masy ciała.

Pojęcie gruźlicy etymologicznie pochodzi od gruzełków, zmian widocznych w badaniu histopatologicznym w tkance zmienionej gruźliczo. Podobnie, określenie tuberkuloza, będące spolszczeniem łacińskiego tuberculosis, wywodzi się od tuberculum, czyli guzka.

Światowy Dzień Gruźlicy obchodzony jest 24 marca w rocznicę poinformowania świata nauki o wyizolowaniu prątka gruźlicy przez Roberta Kocha w 1882.

Doktor Charlotte Olivier, na podstawie badań klinicznych, ale przede wszystkim na podstawie obserwacji warunków życia pacjentów, uświadomiła sobie jak ogromne znaczenie mają czynniki kontekstowe (środowiskowe) w powstawaniu i rozwoju tej choroby. Sprawdzając poziom edukacji, warunki mieszkalne, higienę pracy oraz… poziom alkoholizmu, potrafiła bardzo trafnie określić stan zdrowia osób zarażonych i rokowania na ich wyleczenie; często lepiej niż przy pomocy tradycyjnej interwencji medycznej.

Wystawa w Musée national suisse - Château de Prangins

Wystawa w Musée national suisse – Château de Prangins

Madame Olivier stała się symbolem lekarki, która w myśleniu o zdrowiu i chorobie wychodziła poza schemat czysto medyczny. Rozumiała potrzebę działania na różnych poziomach, w celu poprawy stanu zdrowia ludności. Dostrzegła także, że edukacja i polepszenie warunków życia są kluczowymi czynnikami do powstrzymania epidemii gruźlicy. Z uporem tłumaczyła, że konieczne są zmiany prawne, kształcenie pracowników służby zdrowia i edukacja pacjenta. Zmobilizowała kobiety w kantonie Vaud i rozpoczęła szkolenie specjalistek (pielęgniarek środowiskowych), które pomagały w leczeniu chorych bezpośrednio w gospodarstwach domowych oraz edukowały ludność na temat higieny i odpowiedniego odżywiania.

Jestem głęboko przekonana, że edukacja na temat walki z gruźlicą w naszym kraju będzie się systematycznie rozwijała, a odpowiednie przepisy zostaną uchwalone, aby można było reagować lepiej niż w przeszłości. (Praca) musi być rozdzielona między mężczyzn a kobiety. Do nich należy stanowienie prawa, budowa szpitali i wprowadzanie koniecznych reform, a do nas (Liga Kobiet) zwalczanie ignorancji i znalezienie funduszy.
/Charlotte Olivier, Konferencja Ligii Kobiet, 29 maj 1912/

Jej działania na arenie politycznej i społecznej oraz ogromny upór przyniosły w końcu zdecydowane zmiany w Kantonie Vaud i w całej Konfederacji. Ilość członków kantonalnego stowarzyszenia do spraw walki z gruźlicą wzrosła z 200 osób w roku 1911 do 9000 w roku 1913. Stało się tak dzięki akcjom informacyjnym Ligii Kobiet w Lozannie, kierowanej przez Charlotte Olivier. Dzięki jej staraniom uchwalono pierwsze prawo federalne, precyzujące zakres i metody walki z gruźlicą, a w roku 1921 przyznano na ten cel milion franków z funduszy federalnych.

Dlaczego wiec pomnik tak wybitnej postaci postawiono w lesie, z dala od ruchliwych ulic, placów i skwerów? Jak się okazuje, miało to jakieś uzasadnienie…

Na początku XX wieku kantonalne stowarzyszenie do spraw walki z gruźlicą zdecydowało się utworzyć sanatorium dla chorych na gruźlicę. W inicjatywę tą oczywiście zaangażowała się doktor Charlotte Olivier. Stowarzyszenie nabyło nieruchomość Essert, pięknie położoną pomiędzy winnicami a lasem, z cudownym widokiem na Jezioro Genewskie i Alpy.

Mont Blanc

Mont Blanc

Pierwszy pensjonariusz pojawił się w odrestaurowanym dworku, który zaczął być nazywany Pavillon de la Côte, 11 kwietnia 1923. Pawilon funkcjonował jako sanatorium przez ponad 40 lat, a w roku 1965 został przekształcony w szpital ogólny. Od 1989 roku mieści się tu także centrum rehabilitacji.

Dents du Midi

Dents du Midi

 

Kiedy Charlotte Olivier zmarła w roku 1945, w wieku 81 lat, jej mąż, Eugène Olivier, rozrzucił jej prochy właśnie w pobliżu Pavillon de la Côte, a wdzięczni mieszkańcy kantonu postawili pomnik. Płaskorzeźba powstała na podstawie jednego ze zdjęć pani doktor przy pracy.

Z taką wiedzą na temat postaci z pomnika mogłem już spokojnie biec dalej. Spokoju nie dawała mi jednak dodatkowa wiedza, którą uzyskałem w trakcie „śledztwa w sprawie pomnika”…

Pomimo znacznego rozwoju medycyny od czasów pana Kocha, gruźlica nie jest niestety chorobą, która została wyeliminowana. Chociaż kojarzona jest głównie z zamierzchłymi czasami i kilkoma znanymi postaciami, które przeniosła na tamten świat, to nadal zbiera śmiertelne żniwo na naszej planecie.

Wskutek wyniszczenia gruźlicą zmarli Anton Czechow (w wieku 44 lat), Franz Kafka (w wieku 40 lat) i George Orwell (w wieku 47 lat). Spośród polskich pisarzy na gruźlicę zmarli Juliusz SłowackiZygmunt Krasiński. Według najnowszych opinii, Fryderyk Chopin chorował prawdopodobnie nie na gruźlicę, lecz na mukowiscydozę i ona była przyczyną jego śmierci. Również Charles Bukowski (domyślacie się, dlaczego o nim wspominam) nie umarł na gruźlicę, ale na nią chorował i wiąże się z tym ciekawa anegdota.

Kiedy Bukowski miał około 70 lat, ciężko zachorował. Przez cały rok czuł się fatalnie. Odwiedził wszystkich drogich lekarzy, ale nie potrafili mu pomóc. Bukowski przyjaźnił się z aktorem Seanem Pennem i ten zabrał go do swojego osobistego lekarza, najlepszego w Beverly Hills. Po przeprowadzeniu badań krwi i zrobieniu zdjęć rentgenowskich, ten lekarz także nie potrafił rozpoznać choroby męczącej Bukowskiego.

Bukowski był wielbicielem kotów i pewnego dnia zabrał jednego ze swych pupilków do weterynarza. Weterynarz miał gabinet w ubogiej części miasta i częsty kontakt z biednymi ludźmi. Spojrzał na Bukowskiego i od razu powiedział, że ma on gruźlicę. Nie potrzebował żadnych badań, aby to rozpoznać. Gruźlica jest przede wszystkim chorobą ludzi ubogich i pewnie dlatego wszyscy lekarze z Beverly Hills nie potrafili jej rozpoznać; może nawet nigdy nie widzieli przypadków gruźlicy.

Oczywiście „najlepszy” lekarz z Beverly Hills był zakłopotany, kiedy zrozumiał, że to weterynarz postawił trafną diagnozę. Przepisał odpowiednie lekarstwa i w ciągu kilku miesięcy Bukowski czuł się już dobrze.

Dość anegdot, na koniec fakty. Według danych WHO:

  • Gruźlica należy do 10 najbardziej śmiertelnych chorób na świecie.
  • W 2015 roku około 10 milionów ludzi zachorowało na gruźlicę, a prawie 2 miliony zmarło z jej powodu.
  • Ponad 95% zgonów z powodu gruźlicy występuje w krajach słabo rozwiniętych.
  • Sześć krajów prowadzi w tym niechlubnym zestawieniu: Indie, Indonezja, Chiny, Nigeria, Pakistan i Afryka Południowa (60% wszystkich przypadków gruźlicy na świecie).
  • W 2015 roku około 1 miliona dzieci chorowało na gruźlicę, a 170 000 z nich zmarło (z wyłączeniem dzieci z HIV).
  • Gruźlica jest wiodącą przyczyną zgonów osób zakażonych wirusem HIV (w 2015 roku 35% zgonów wśród osób z wirusem HIV spowodowała gruźlica).
  • W 2015 roku u około 480 000 osób rozwinęła się gruźlica antybiotykoodporna (MDR-TB).
  • Od 2000 roku częstość występowania gruźlicy spadła średnio o 1,5% rocznie.
  • Szacuje się, że od 2000 do 2015 roku około 49 milionów osób zostało uratowanych dzięki diagnostyce i leczeniu gruźlicy.
  • Zakończenie epidemii gruźlicy do roku 2030 jest jednym z celów WHO.

Ani samo państwo z jego prawami, ani sami lekarze, ani same pielęgniarki nie mogą tego osiągnąć. Tylko współpraca i koordynacja wszystkich sił zapewni zwycięstwo…
/Charlotte Olivier, Konferencja Ligii Kobiet, 29 maj 1912/

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 6)

Głęboko poruszony bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z Norbertankami z XIII wieku, przez chwilę stoję w miejscu nie wiedząc, gdzie biec dalej. W końcu decyduję się skręcić w lewo na szlak zielony. Wspinam się kilkaset metrów i w końcu docieram do szczytu, na którym rozciąga się rozległa polana…

Wzgórze Sowiniec jest najwyższym naturalnym wzniesieniem na terenie Krakowa (358 m n.p.m.), dodatkowo zwieńczonym 35 metrami budowli wzniesionej rękami człowieka. Budowlą tą jest Kopiec Niepodległości im. Józefa Piłsudskiego, czyli największy z czterech istniejących do dziś krakowskich kopców. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć” dodam, że pozostałe trzy kopce to: Kopiec Tadeusza Kościuszki, Kopiec Krakusa i Kopiec Wandy.

W 1934 roku Związek Legionistów Polskich wysunął pomysł usypania kopca-pomnika walki narodu o niepodległość. Sypanie kopca rozpoczęto 6 sierpnia 1934 roku, w dwudziestą rocznicę wymarszu z Krakowa Pierwszej Kompanii Kadrowej, nazywanej inaczej Legionami Piłsudskiego.

Po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego, prace nabrały tempa i kopiec postanowiono nazwać jego imieniem. Sypanie zakończono 9 lipca 1937 roku. W kopcu złożono ziemię z wszystkich pól bitewnych I wojny światowej, na których walczyli Polacy.

Kopiec Piłsudskiego na Sowińcu. Jeszcze w trakcie budowy - widać sterty ziemi, kamienie, rampy /Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie/

Kopiec Piłsudskiego na Sowińcu. Jeszcze w trakcie budowy – widać sterty ziemi, kamienie, rampy
/Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie/

W czasie okupacji niemieckiej, gubernator Hans Frank nakazał zniwelowanie kopca, do czego na szczęście nigdy nie doszło. Po II wojnie światowej, władze komunistyczne także starały się, aby kopiec wymazać z pejzażu miasta i ze świadomości krakowian. W 1953 r. przy użyciu czołgu usunięto ze szczytu granitową płytę z wyrytym na niej krzyżem legionowym. Zniszczono wówczas w znacznym stopniu stoki kopca, a następnie obsadzono je drzewami, na kilkadziesiąt lat usuwając kopiec z panoramy miasta. Na mapach i w oficjalnym nazewnictwie występował on jako „punkt widokowy na Sowińcu”.

Widok z Kopca Piłsudskiego na klasztor na Srebrnej Górze

Widok z Kopca Piłsudskiego na klasztor na Srebrnej Górze

W 1981 roku ruszyła akcja odnowy kopca prowadzona przez Komitet Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego. U jego podnóża spoczęła tym razem ziemia z pól bitewnych II wojny światowej.

W patriotycznym nastroju biegnę dalej szlakiem niebieskim (nazywanym też Szlakiem Okrężnym), który prowadzi mnie zachodnimi stokami Lasu Wolskiego aż do Polany Pod Dębiną, znanej mi oczywiście od lat dziecinnych.

Z polany wybiegam pod bramę Klasztoru Kamedułów, tak jak to zaplanowałem na początku wycieczki. Informacje na temat eremu zawarłem w bożonarodzeniowym artykule pod tytułem Pasterka na Srebrnej Górze.

Wracam do Polany Pod Dębiną i skręcam w prawo, w kierunku wschodnim, gdzie prowadzi większość szlaków. Po chwili szlak czarny odbija w prawo w dół, do ulicy Księcia Józefa i starych wodociągów krakowskich. Następnie rozstaję się ze szlakiem żółtym i czerwonym, które wracają do ZOO; ja cały czas podążam za szlakiem niebieskim. Ścieżka to wznosi się to opada, trawersując południowe stoki Lasu Wolskiego. Od czasu do czasu otwiera się widok na płynącą w dole Wisłę.

Po około 1,5 km od Polany pod Dębiną moją trasę przecina szlak żółty, który od ZOO prowadzi na południe, w kierunku Przegorzał. Ze względów turystyczno-krajoznawczych opuszczam na moment szlak niebieski i podążam szlakiem żółtym w prawo w dół do bardzo ciekawego miejsca…

Na szczycie wapiennej skały ponad doliną Wisły, słynny krakowski architekt Adolf Szyszko-Bohusz wzniósł w latach 1928–1929 modernistyczną willę „Odyniec”, na parceli, którą kupił w 1916 roku od znanych nam już dobrze bielańskich kamedułów. Budowla jest półrotundą i w kształcie nawiązuje do średniowiecznej baszty. Do użycia takiej formy zainspirowało artystę odkrycie, którego dokonał podczas prac na Zamku Królewskim na Wawelu. Jako kierownik prac renowacyjnych odkrył pozostałości przedromańskiej Rotundy Najświętszej Marii Panny, noszącej od XIV wieku także wezwanie św. Feliksa i Adaukta. Na stanowisku tym pozostał do wybuchu II wojny światowej.

Willa sąsiaduje z innym ciekawym budynkiem, czyli zamkiem zbudowanym przez Niemców w czasie okupacji Krakowa. Schloss Wartenberg jest jednym z niewielu (na szczęście) dzieł architektury III Rzeszy w Krakowie. 18 stycznia 1945 roku Kraków został wyzwolony z niewoli niemieckiej, a niedoszły hotel przemianowany został na szpital. W 1952 cały kompleks zajął Instytut Badawczy Leśnictwa.

Wracam do szlaku niebieskiego i biegnę dalej na wschód aż do ulicy Jodłowej. Na Przełęczy Przegorzalskiej zamykam pętlę wokół Lasu Wolskiego i wracam przez Sikornik i Aleję Waszyngtona na Salwator.

***

Tam, przy ujściu Wisły do Rudawy, stoi Klasztor Norbertanek, jak strażnik rzeczy i czasów, które odeszły, a najbardziej ze wszystkiego zasługiwały na pozostanie…

Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomina, nominanuda tenemus.
/Umberto Eco, Imię róży/

Koniec części szóstej, ostatniej

Ścieżka z fontannami, jak… Karuzela z Madonnami

Wsiadajcie madonny
madonny
Do bryk sześciokonnych
…ściokonnych!

Na północy Lozanny, około 500 metrów powyżej tafli Jeziora Genewskiego (Lemańskiego), rozciąga się wielki zielony las Bois du Jorat. Często odwiedzam go, żeby pojeździć tu na rowerze lub pobiegać, a co roku wraz z rodziną uczestniczymy w wielkim święcie rowerowym: Journée Lausannoise du Vélo.

Najbardziej znanym i najczęściej wybieranym punktem startowym dla wszelkiego rodzaju wycieczek jest centrum sportowe Mauvernay w Chalet-à-Gobet. Mają tam swój początek ścieżki zdrowia (Zurich Parcours Vita i Helsana trails), ścieżki do jazdy konnej oraz trasy dla rowerów górskich.

Tam też udałem się owego dnia, kiedy postanowiłem przebiec trasę o wdzięcznej nazwie Le Chemin des Fontanies des Bois du Jorat. Droga fontann została utworzona w roku 2003 z okazji Światowego Dnia Lasu i Światowego Dnia Wody, które z inicjatywy ONZ obchodzimy 21 i 22 marca.

Konie wiszą kopytami
nad ziemią.
One w brykach na postoju
już drzemią.

Już przed wiekami, najbardziej obfite źródła w lasach na północ od Lozanny zostały uchwycone w sieć wodociągów dostarczającą wodę pitną do miasta i okolicznych gmin. Źródła o mniejszym znaczeniu zostały wykorzystane do zasilania fontann na skraju dróg leśnych, z których przede wszystkim korzystali drwale. Dzisiaj mogą korzystać z nich wszyscy odwiedzający ten uroczy zakątek.

Wodociągi lozańskie (Service de l’eau) oraz służby leśne (Service des Forêts domaines et vignobles) przygotowały poręczną mapkę z przebiegiem trasy i lokalizacją poszczególnych fontann.

Plany są niczym, ale planowanie jest wszystkim /Dwight D. Eisenhower/

Plany są niczym, ale planowanie jest wszystkim /Dwight D. Eisenhower/

Pomocne są też przydrożne, drewniane drogowskazy z napisem Chemin des Fontaines oraz tablice informacyjne przy każdej fontannie.

Follow me...

Follow me…

Trasa podstawowa mierzy 12 kilometrów. Ci, którzy chcą zobaczyć 2 dodatkowe fontanny muszą dodać jeszcze 7 kilometrów.

Drgnęły madonny
I orszak konny
Ruszył z kopyta.
Lata dookoła
Gramofonowa
Płyta…

Jako buntownik z wyboru wybieram kierunek odwrotny niż sugeruje ulotka, ale za to zgodny z ruchem wskazówek zegara. Z budynku centrum sportowego kieruję się w lewo i zaraz za tablicami informacyjnymi z mapkami okolicznych tras biegowych i rowerowych skręcam jeszcze raz w lewo i zaczynam biec w górę asfaltową ścieżką. Przebiegam obok pokaźnych budynków należących do służb leśnych i biegnąc dalej przekraczam drogę Route des Corbessiers. Tym razem w dół, aż do Route du Golf, a po drugiej stronie ulicy, dalej leśną ścieżką na zachód, aż do Fontanny Wojskowej [1] (Fontaine des Militaires), znajdującej się około 2 kilometry od startu.

Fontaine des Militaires

Fontaine des Militaires

20% wody, która spada na ziemię w postaci deszczu lub śniegu przesącza się przez podłoże molasowe*, które występuje na tych terenach, a następnie dostaje się do wód gruntowych. Zanim woda dotrze ponownie do powierzchni i wytryśnie w postaci źródła, jest dodatkowo filtrowana i mineralizowana przez skały, przez które przepływa (tutaj najczęściej skały wapienne).

*Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Dla porządku i bezpieczeństwa muszę nadmienić, że woda w fontannach na trasie może być pitna (eau potable) lub niekontrolowana (eau non contrôlée). Woda niekontrolowana nie oznacza, że jest ona niezdatna do picia. Oznacza to tylko tyle, że służby wodociągowe nie są w stanie zapewnić ciągłej kontroli jakości tej wody i w zależności od warunków zewnętrznych mogą występować zmiany w jej wyglądzie, zapachu, smaku, mikrobiologii i składzie chemicznym (na przykład po obfitych opadach deszczu).

Następne 600 metrów przebiegam szutrową leśną ścieżką Chemin des Liaises w kierunku zachodnim. Kiedy dobiegam do asfaltowej drogi Route des Planches, po przeciwnej jej stronie dostrzegam już następna fontannę – Fontannę Kamieni Młyńskich [2] (Fontaine des Meules).

Fontaine des Meules

Fontaine des Meules

Jak już zauważyliście, nazwy niektórych fontann są dziwaczne, a ich etymologia może sięgać „mroków średniowiecza” (chociaż tak naprawdę średniowiecze nie było wcale mroczne). W niektórych przypadkach pochodzenia nazw nie da się ustalić… Tak czy inaczej, twórcy Drogi Fontann starali się jak mogli i przy każdej fontannie umieścili informacje na jej temat. Nie będę wiec podawał tych informacji, tylko całym sercem zachęcam do samodzielnego zbadania trasy i poznania historii fontann, źródeł z których pochodzi woda i jej składu chemicznego…

Od Fontaine des Meules ruszam na północny wschód, lekko pod górkę przez las i kiedy docieram do drogi asfaltowej, skręcam w prawo. Po około 1 kilometrze od poprzedniej fontanny docieram do Chalet des Enfants, uroczej restauracji serwującej dania kuchni szwajcarskiej, a w szczególności regionalnej.

Fontaine du Chalet des Enfants

Fontaine du Chalet des Enfants

Tym razem tylko wspominam poprzednie wizyty w tym lokalu, piję wodę ze znajdującej się na podwórku Fontaine du Chalet des Enfants [3] i ruszam dalej w kierunku wschodnim drogą asfaltową. Tuż przed skrzyżowaniem z drogą główną skręcam w prawo pomiędzy drzewa, którędy biegnie szlak pieszy (żółty drogowskaz), przekraczam ponownie drogę Route des Planches i ścieżką leśną biegnę aż do Fontaine des Gollies [4]**.

**Gollies może znaczyć: zagłębienie (depresja) pełna wody, wydrążenie wypełnione wodą, kałuża, staw. W gwarze Szwajcarii romańskiej znaczy „dziura w strumieniu”, a w średniowiecznej łacinie „dziura” lub „staw”. Przysłowie mówi „Ça pleut toujours dans les grandes gollies”, czyli deszcz pada zawsze do dużych kałuży, co oznacza, że pieniądz zawsze idzie do pieniędzy.

Fontaine des Gollies

Fontaine des Gollies

Piję kilka łyków, robię kilka zdjęć, a następnie kilka kroków, ponownie do drogi Route du Golf. Przekraczam ją i ścieżką między łąką a lasem biegnę na północ-północny wschód, cały czas trzymając się znaków Chemin des fontaines. Po 1,5 km przebiegam przez mostek nad największym strumieniem przepływającym przez Las Jorat i zatrzymuję się na moment przy Fontaine des Côtes [5]. Nazwa tej fontanny pochodzi od malowniczych i krętych brzegów rzeki Le Talent.

Fontaine des Côtes

Fontaine des Côtes

Wspomniana wcześniej oficjalna mapa jest na tyle dokładna, że nie trzeba się trzymać cały czas wyznaczonej drogi, ale można szukać własnych ścieżek, skrótów lub… wydłużeń. Mapa jest jak kodeks piratów, raczej zbiorem wskazówek, a nie rzeczywistych zasad.

Code is more what you’d call “guidelines” than actual rules.
/Captain Barbosa do Elizabeth Swann/

W celu zobaczenia dwóch kolejnych (nadprogramowych fontann), musiałbym biec tam i z powrotem tą samą drogą, jak proponują autorzy trasy, co zawsze wzbudza moją głęboką niechęć. Nie biegnę zatem nadal prosto na północ, jak sugeruje mapa i drogowskazy, ale cofam się kilkadziesiąt metrów przez mostek i skręcam w pierwszą ścieżkę odchodząca w prawo (na północny zachód).

Już za chwileczkę, już za momencik

Już za chwileczkę, już za momencik…

Szutrowa droga biegnie stromą skarpą nad korytem rzeki Le Talent i jest cały czas równoległa do trasy oficjalnej biegnącej poniżej na drugim brzegu, a którą będę wracał już za chwileczkę, już za momencik… Ścieżka wraz z rzeką skręca na południowy zachód, a po chwili na zachód.

Service des Eaux

Service des Eaux

Mijam znajdujący się po prawej stronie ścieżki budynek wodociągów. Kiedy dobiegam do zakrętu asfaltowej szosy Les Saugealles, robię 3 kroki prawym poboczem i wbiegam znów w wąską ścieżkę prowadzącą w prawo w dół między drzewami. Docieram nią ponownie do asfaltowej drogi, która w międzyczasie zmieniła nazwę na Route de l’Abbaye i skręcam w prawo do… Abbaye, czyli opactwa.

Abbaye de Montheron

Abbaye de Montheron

Opactwo Montheron założone w 1142 roku przez Cystersów nie pełni już swojej dawnej roli. Z czasów świetności pozostał tylko mały kościół i… duża restauracja. Fontaine de l’Abbaye de Montheron [6] i zasilające ją źródło Świętego Hipolita leżą po przeciwnej stronie drogi, na początku trasy powrotnej wzdłuż koryta Le Talent.

Fontaine de l’Abbaye de Montheron

Fontaine de l’Abbaye de Montheron

Zanim jednak będę mógł ruszyć w tamtym kierunku, muszę „zaliczyć” jeszcze jedną fontannę, do której niestety prowadzi tylko droga asfaltowa. Biegnę zatem dalej Route de l’Abbaye w kierunku zachodnim aż do Route de Montheron i skręcam w lewo. Po około 100 metrach po lewej stronie drogi znajduje się asfaltowy plac z małym budynkiem, za którym ukrywa się Fontaine de l’Orée des Bois [7], czyli „fontanna na skraju lasu”.

Fontaine de l’Orée des Bois

Fontaine de l’Orée des Bois

Do skraju lasu jest dziś daleko, co potwierdza tylko negatywny wpływ człowieka na przyrodę. Chociaż trzeba przyznać, że Szwajcarzy ochronę lasów wpisali w końcu do swojej konstytucji, co jest pomysłem godnym naśladowania.

Wracam do opactwa po swoich śladach i zgodnie z moim własnym planem ruszam w górę rzeki Le Talent, która wcina się malowniczo w strome ściany wąwozu. W okresie zimowym na molasowych skałach tworzą się fantastyczne wodospady lodowe, ale dolina jest piękna i warta zwiedzenia przez cały rok.

Their lone waters–lone and dead,– Their still waters-still and chilly With the snows of the lolling lily... /Edgar Allan Poe, Dream–Land/

Their lone waters–lone and dead,–
Their still waters-still and chilly
With the snows of the lolling lily…
/Edgar Allan Poe, Dream–Land/

Po około 2,5 kilometra od opactwa dobiegam do ścieżki, przy której znajduje się Fontaine des Côtes [5], a którą opuściłem około godziny temu, żeby urozmaicić moją wycieczkę krajoznawczo-biegową. Nie wracam już do tej fontanny, tylko skręcam ostro w lewo pod kątem 180 stopni i biegnę szutrową drogą pod górę na północ. Po 600 metrach droga skręca ponownie na południe (nie odbijam do Froideville), a po kolejnych 550 metrach zatrzymuję się przy drewnianej chatce i znajdującej się za nią Fontaine des Trois Moineaux [8]. W tym przypadku etymologia nazwy jest prosta – ktoś…, kiedyś… zobaczył trzy wróbelki kąpiące się w tej fontannie, a że wróble w lesie są rzadkością, więc tak już zostało.

Fontaine des Trois Moineaux

Fontaine des Trois Moineaux

Po następnych 1,2 km dobiegam do Fontaine du Paiement [9], przy której jeszcze w latach siedemdziesiątych inspektor leśny wypłacał (jak sama nazwa wskazuje) pensje kilkunastu drwalom pracującym w Lesie Jorat. Piję wodę czekając na Godota, przepraszam…, na inspektora, ale się dziad nie pojawia i nic nie wypłaca, więc obrażam się i biegnę dalej.

Fontaine du Paiement

Fontaine du Paiement

Przekraczam ponownie Le Talent, dużo węższy w tym miejscu i po kilkudziesięciu metrach skręcam ostro w lewo, na wschód. Kiedy otwiera się przede mną rozległa polana, skręcam w prawo przy ścianie lasu i mniej więcej w połowie łąki, zgodnie z drogowskazem „ścieżki fontann” skręcam w lewo. Na asfaltowej drodze skręcam w prawo w kierunku widocznego już budynku, przy którym często pasą się konie.

Fontaine de Moille Saugeon

Fontaine de Moille Saugeon

Jest to Fontaine de Moille Saugeon [10], oddalona od swojej poprzedniczki o 1,2 kilometra. Nazwa fontanny sugeruje, że było to kiedyś „wilgotne miejsce, gdzie rosły wierzby”. Teraz nie ma wierzb, a miejsce nie jest wcale wilgotne.

***Moille – miejsce wilgotne, torfowisko, miejsce bagniste, często w zagłębieniu terenu; z łacińskiego ‘mollis’ – miękki, delikatny.

****Saugeon – wierzba; z łacińskiego ‘salix’ i francuskiego ‘saule’, czyli drzewo, które zazwyczaj rośnie na łąkach i wzdłuż potoków.

A gdyby nawet poszły, to gdzieżby?
Gdzieżby poszły, powiedzmy, wierzby?
Nad rzekę? I tak są nad rzeką,
A nad morze iść – za daleko.
/Jan Brzechwa, Drzewa/

Zatem dalej, w kierunku morza… Śródziemnego, czyli na południe, lekko pod górkę, ponownie do lasu. Po kilkuset metrach skręcam z dróżki asfaltowej w lewo, na drogę szutrową i dobiegam do Fontanny Prezydenta [11] (Fontaine du President).

Fontaine du President

Fontaine du President

Nie chodzi tu ani o „przywódcę wolnego świata”, ani o przywódcę narodu, który „tak się wdroży do cierpliwie i długo noszonej obroży, że w końcu gotów kąsać — rękę, co ją targa”. Fontanna znajduje się po prostu tuż obok największej i najwyższej jodły pospolitej (białej) w Lesie Jorat, którą nazwano „Prezydent”.

Prezydent lub... Major

Prezydent lub… Major

Wiek tego drzewa szacuje się na 300 lat, a jego wysokość wynosiła ponad 50 metrów, zanim zostało „skrócone o głowę” ze względów bezpieczeństwa. Powinno teraz nazywać się Major, a nie Prezydent, jak Major Davel, którego ścięli Berneńczycy, okupujący swego czasu Kanton Vaud. O tym ważnym dla Szwajcarii romańskiej wydarzeniu pisałem w artykule Z Ouchy do Saint-Sulpice.

Jeszcze 1,1 kilometra i dobiegam ponownie do Chalet-a-Gobet. Zanim jednak zamknę pętlę mojej trasy, odwiedzam jeszcze Fontaine du Chalet-a-Gobet [12], której granitowy zbiornik stoi tuż przy oberży serwującej dania kuchni lokalnej.

Fontaine du Chalet-a-Gobet

Fontaine du Chalet-a-Gobet

Fontanna była używana do pojenia koni, które transportowały ludzi i towary drogą łączącą Lozannę z Bernem. Ja koniem nie jestem, ale mimo wszystko piję czystą i zimną wody, po czym spokojnie podbiegam do centrum sportowego, spod którego startowałem – coś się kończy…

***

Twórcy trasy ostrzegają w swojej ulotce, że korzystanie z niej po zmroku może być niebezpieczne, więc już wiecie, gdzie mnie szukać przy najbliższej pełni księżyca – coś się zaczyna…

Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca,
Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa,
Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca…
/Bolesław Leśmian, Prolog/

Nic to!

Na stronach mojego bloga wspominam często film Stanisława Barei „Miś”, ponieważ zawiera on wiele głębokich przemyśleń dotyczących świata, życia, relacji międzyludzkich i… umiłowania okrągłych rocznic:

Grubas z sali: Brygada młodzieżowa zobowiązuje się zaciągnąć wartę młodzieżową przy nowo zakupionych parówkach, dla uczczenia rocznicy powstania naszego przedsiębiorstwa.
Głos z tłumu: Trzydziestej pierwszej rocznicy!
Grubas z sali: Tak jest! Trzydziestej pierwszej, okrągłej rocznicy!

W listopadzie 2016 roku przypada naprawdę okrągła, bo 100 rocznica śmierci Henryka Sienkiewicza, który wielkim pisarzem był, a ostatnie lata swojego życia spędził w Szwajcarii. W grudniu 2015 roku Senat Rzeczpospolitej Polskiej przyjął uchwałę ustanawiającą rok 2016 Rokiem Henryka Sienkiewicza. „Poprzez swoją twórczość, publicystykę i działalność społeczną budził świadomość narodową, uczył dumy z polskości, umiłowania ojczyzny i zdolności do poświęceń” – podkreślili senatorowie.

Henryk Sienkiewicz nie wybrał Szwajcarii na miejsce swojego „pięknego więzienia” ze względu na walory turystyczno-zdrowotne, ale zmusił go do tego wybuch wojny światowej w 1914 roku. Sienkiewicz przebywał wtedy z rodziną w Oblęgorku, dworku sprezentowanym przez naród polski z wdzięczności za jego pracę i gorący patriotyzm. Wieś znalazła się w zasięgu działań wojennych i pisarz zdecydował się na natychmiastowy wyjazd do Krakowa, gdzie przebywał przez kilka tygodni. W związku ze zbliżaniem się frontu wschodniego, ludność miasta przygotowywała się do ewakuacji. Także Sienkiewicz opuścił Kraków i udał się do Wiednia. Dla przypomnienia dodam, że panika była przedwczesna i ofensywa wojsk rosyjskich została zatrzymana, a rozstrzygająca bitwa odbyła się w okolicach Bieżanowa, o czym przypomina obelisk na Górze Kaim. Przeczytacie o tym w artykule Historia kołem się toczy.

Sienkiewiczowi nie dane było pozostać długo w CK stolicy. Sławne nazwisko pisarza zostało użyte bez jego wiedzy i zgody w deklaracji politycznej przeciw państwom centralnym, czyli między innymi przeciwko Monarchii Austro-Węgierskiej. Autor „Quo vadis” znów musiał salwować się ucieczką. Tym razem wybór padł na neutralną Szwajcarię, która od dawna bywała schronieniem i miejscem pracy dla wielu wybitnych Polaków, szczególnie po klęskach powstań narodowych z lat 1830 i 1863.

***

Ostatnie lata życia spędził w Solurze Tadeusz Kościuszko, Adam Mickiewicz był profesorem na uniwersytecie w Lozannie, a natchnienia w szwajcarskich Alpach szukali Juliusz Słowacki i Zygmunt Krasiński.

Tablica upamiętniająca Adama Mickiewicza jako profesora Akademii Lozańskiej (obecnie budynek Gimnazjum Kantonalnego, I piętro)

Tablica upamiętniająca Adama Mickiewicza jako profesora Akademii Lozańskiej (obecnie budynek Gimnazjum Kantonalnego, I piętro)

W roku 1870 z inicjatywy polskiego emigranta Władysława hr. Broël-Platera założono Muzeum Polskie na zamku w Raperswilu, które w czasach zaborów wzrosło do rangi Polskiego Muzeum Narodowego. Kolekcja powstająca dzięki darom  Polonii z   całego  świata,  powiększała  się   znacznie i Rapperswil stał się centrum, skupiającym świadectwa polskiej kultury i wspomagającym działania polityczne zmierzające do odzyskania niepodległości Polski. Ze Szwajcarią związani byli także przyszli prezydenci II Rzeczpospolitej. Ignacy Mościcki był asystentem na uniwersytecie we Fryburgu, w oparciu o wynalezioną przez niego technologię zaczęto produkować syntetyczny kwas azotowy na skalę przemysłową. Opracował także technologię do masowej produkcji kondensatorów i bezpieczników. Gabriel Narutowicz zaprojektował wiele do dziś działających szwajcarskich hydroelektrowni, był też profesorem słynnej Politechnice Federalnej w Zurychu, uważanej do dziś za jedną z najlepszych szkół technicznych na świecie.

***

Zatem w październiku 1914 roku państwo Sienkiewiczowie z dziećmi przyjechali do Lozanny, w której mieszkali przez kilka tygodni. Pod koniec roku 1914 Sienkiewicz wraz z żoną przeprowadzili się do Grand Hotelu w Vevey, syn pozostał w Lozannie, a córka wróciła do babci do Krakowa. Po raz ostatni laureat nagrody Nobla przeprowadził się w listopadzie 1915 roku, do pobliskiego Hotel du Lac. Mieszkał tam aż do śmierci…

Hotel du Lac od strony jeziora

Hotel du Lac od strony jeziora

Również w Szwajcarii, po zachodniej stronie Lozanny, w miejscowości Morges mieszkał od 1897 roku słynny wirtuoz fortepianu Ignacy Paderewski. Osiągnąwszy światowy sukces postanowił wykorzystać swój ogromny majątek i sławę, by wpływać na bieg historii i łagodzić cierpienia rodaków.

Dwaj wielcy Polacy spotkawszy się na ziemi szwajcarskiej, postanowili połączyć swe siły dla dobra ojczyzny i w styczniu 1915 roku wraz z Antonim Osuchowskim i Erazmem Piltzem założyli w Vevey Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, który zajął się zbiórką pieniędzy, żywności i innych darów wśród ludzi na całym świecie. Pomoc ta była koniecznie potrzebna…

Granice trzech walczących mocarstw przebiegały przez ziemie polskie i dlatego w czasie działań wojennych w latach 1914-1918 front przemieszczał się tamtędy kilkakrotnie. Oprócz zniszczeń wynikających z samych walk frontowych, sytuację mieszkańców pogarszała celowa polityka niszczenia przez wycofujące się armie wszystkiego, co mogło by się przydać drugiej stronie. Zniszczenia pól, łąk i pastwisk spowodowały obniżenie produkcji rolnej i gwałtowny wzrost cen. Dodatkowo wojska zaborców przeprowadzały rekwizycje i zabierały chłopom resztki zapasów. Sytuacja ludności cywilnej pogarszała się z dnia na dzień. Głód i brak odzieży powodowały wysoką śmiertelność, szerzyły się epidemie. Ta dramatyczna sytuacja wymagała skoordynowanych i systematycznych działań pomocowych.

Komitet Generalny Pomocy Ofiarom Wojny w Polsce, nazywany też Komitetem Veveyskim współpracował z lokalnymi komitetami utworzonymi na terenach zaborów i na całym świecie, między innymi z Książęco-Biskupim Komitetem w Krakowie pod przewodnictwem biskupa Sapiechy, czy Komitetem Pro Polonia w Paryżu, w którym działała Maria Skłodowska-Curie.

W ciągu czterech lat działalności Komitetu Veveyskiego uzbierano i przekazano do Polski około 19 milionów franków szwajcarskich. Ta zawrotna suma mogła być zebrana między innymi dzięki ogromnemu zaangażowaniu Sienkiewicza i Paderewskiego. Napisana przez polskiego noblistę „Odezwa do narodów cywilizowanych” (Appel aux peuples civilisés) wywołała dużą, pozytywną reakcję na całym świecie i przyniosła wymierne rezultaty w postaci pierwszych zbiórek pieniędzy i tworzenia filii Komitetu. Działalność Komitetu wspomógł finansowo i moralnie także papież Benedykt XV. Z jego inicjatywy biskupi polscy zwrócili się z odezwą do katolików na całym świecie o pomoc dla Polski. Kolekta przyniosła nadspodziewane rezultaty, pieniądze napływały z całego świata i były przekazywane na konto Komitetu Veveyskiego.

Sienkiewicz był zaangażowany w prace Komitetu aż do samej śmierci 15 listopada 1916 roku. Pochowano go w pobliskim katolickim kościółku Notre-Dame. Wydarzenie to upamiętnia wmurowana tablica z medalionem Sienkiewicza, godłem polskim oraz herbami większych polskich miast. Na tablicy po francusku wyryty jest fragment tekstu Sienkiewicza: „ażeby dzieła ludzkie stworzone poprzez wieki nie zagubiły się w nocy zapomnienia, słusznym i sprawiedliwym jest ocalić ich pamięć i przekazać je potomności”. W roku 1924 prochy Sienkiewicza wróciły do wolnego już kraju.

Tablica pamiątkowa w kościele Notre-Dame w Vevey

Tablica pamiątkowa w kościele Notre-Dame w Vevey

Henryk Sienkiewicz doczekał się w Vevey pomnika, dłuta profesora Gustawa Zemły, który odsłoniła jego wnuczka Maria Sienkiewicz w ogrodzie Hotel du Lac w 90-tą rocznicę śmierci pisarza.

Pomnik Henryka Sienkiewicza w ogrodzie Hotel du Lac

Pomnik Henryka Sienkiewicza w ogrodzie Hotel du Lac

O jego pobycie w tym hotelu przypomina też tablica wmurowana we wschodnią ścianę budynku.

 

Tablica pamiątkowa we wschodniej ścianie Hotel du Lac

Tablica pamiątkowa we wschodniej ścianie Hotel du Lac

Na koniec spytam, czy wiecie z jakiej powieści Sienkiewicza zaczerpnąłem tytuł niniejszego artykułu…?

 

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 5)

Tak, Sikornik…

Tyle razy przemierzałem tą widokową ścieżkę, czy to pieszo, czy na rowerze, czy to w dzień, czy w nocy, ale… biegłem nią po raz pierwszy.

Jak już pisałem wielokrotnie, Szwajcaria dała mi bardziej sportowe podejście do poruszania się oraz… zapewniła odpowiedni sprzęt – biegłem od stóp do głów odziany w produkty Mammuta (oprócz skarpetek oczywiście, których pomimo moich lamentów dalej nie ma w ofercie Mammuta) i dzięki temu mogłem wygodnie i modnie zwiedzić spory obszar Zwierzynieckiej Arkadii.

Prawidłowo rzecz ujmując, Sikornik to wydłużony grzbiet terenu o długości nieco ponad 3 km, ciągnący się ze wschodu na zachód, od ujścia Wisły do Rudawy przy Klasztorze Norbertanek aż do Przełęczy Przegorzalskiej oddzielającej go od Lasu Wolskiego. Od ponad 150 lat zwany jest też Wzgórzem św. Bronisławy. W języku potocznym, Sikornik zaczyna się dopiero na końcu Alei Waszyngtona.

Biegnę asfaltową aleją w kierunku zachodnim i zastanawiam się skąd wzięła się nazwa Sikornik. Pewnie w lesie, który niegdyś pokrywał w całości to wzniesienie, mieszkało dużo… sikorek.

Po prawej stronie alei widać stare ceglane budynki ogrodzone siatką.

Była to kiedyś jednostka wojskowa i teren był cały czas patrolowany przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a na ogrodzeniu wisiały znaki zakazu fotografowania. Teraz znaków już nie ma, wszystko można zobaczyć w Google Maps i szykuje się chyba jakiś remont…

Nieco dalej, także po prawej stronie drogi były ogródki działkowe, gdzie mój dziadek uprawiał owoce i warzywa na powierzchni kilku metrów kwadratowych, z których następnie robił fantastyczne przetwory na zimę. To też już przeminęło z wiatrem.

Trasa biegnie prosto na zachód, raz w górę, a raz w dół. Po prawej stronie, pomiędzy drzewami widać dzielnice Krowodrza, Bronowice, Prądnik Biały, a dalej w kierunku północnym zaczyna się Wyżyna Krakowsko-Częstochowska z malowniczym szlakiem Orlich Gniazd.

Po lewej stronie, w dolinie, rzeka Wisła powoli płynie w kierunku Wawelu i centrum Krakowa.

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków,
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała.

Dalej widać osiedla mieszkaniowe, następnie wzgórza otaczające Kraków od południa, a jeszcze dalej Gorce i Babią Górę. Perspektywę zamyka skalna ściana Tatr, tworząca naturalną granicę ze Słowacją. Można rozpoznać Łomnicę, Lodowy Szczyt i Mięguszowieckie Szczyty nad Morskim Okiem.

Na południe...

Na południe…

Na wprost na zachodzie widać Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze, o którym pisałem w artykule Pasterka na Srebrnej Górze, a do którego mam plan dzisiaj dobiec.

Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą...

Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą…

Zbiegam w końcu w dół do Przełęczy Przegorzalskiej, przez którą biegnie ulica Jodłowa łącząca ekskluzywną dzielnicę Wola Justowska z osiedlem Przegorzały i już jestem w Lesie Wolskim. Ścieżka pnie się ostro w górę przez piaszczysty wąwóz, a następnie już łagodniej przez las, aż do Krakowskiego ZOO, w którym bywałem w przeszłości wielokrotnie.

Daniel zwyczajny (Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (Mammut On The Run)

Daniel zwyczajny (nazwa łacińska: Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (nazwa łacińska: Mammut On The Run) – gatunek ssaka z rodziny biegających po górach

Wzdłuż ogrodzenia i wejścia do ZOO biegnę nieco w dół aleją Żubrową, ale zaraz przy budynku w którym znajduje się toaleta (ta informacja zawsze może się przydać), skręcam w lewo w aleję Wędrowników i biegnę nią aż do skrzyżowania szlaków.

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Wybieram szlak żółty prowadzący w prawo w dół kamienistą ścieżką. Pomiędzy stromymi ścianami Wolskiego Dołu zbiegam do Rezerwatu Panieńskie Skały. Przy skałkach przechodzę do marszu, żeby zrobić zdjęcia i wybrać dalszą trasę.

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Nagle słyszę jakieś kobiece głosy dochodzące z pomiędzy skał. Nie potrafię rozróżnić słów, więc z ciekawości podchodzę bliżej i w głębokiej szczelinie prowadzącej pod ziemię widzę ogromną salę…, jakby kaplicę oświetloną świecami…, a w niej kobiety w habitach. Wtedy wyraźnie do moich uszu dolatują słowa hymnu uwielbienia:

Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus
Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra
maiestatis gloriae tuae.

Po cichu wycofuję się do szlaku i zostawiam rozmodlone Norbertanki w ich bezpiecznym schronieniu.

 

Koniec części piątej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 4)

…muszę nadmienić, że przy ulicy Królowej Jadwigii mieszkał od lipca do sierpnia 1912 roku Włodzimierz Ulianow, bardziej znany jako Lenin, jeden z największych zbrodniarzy w historii świata, autor Rewolucji Październikowej i komunizmu, który w końcu… szczezł marnie na syfilis, sprzedany mu przez Nadieżdę Krupską, która jak się okazało, gościła w swoim łożu nie tylko Wodza Rewolucji. Oczywiście teorii spiskowych jak umarł Wódz jest więcej (udar, zawał, zatrucie, kiła złapana od prostytutki w Paryżu), a prawda „gdzieś tam jest”, jak mawiał agent Mulder („the truth is out there”).

Мы пойдём другим путём

Мы пойдём другим путём…

W domu pod numerem 41 mieściła się fila Krakowskiego Muzeum Lenina, ale jak niektórzy wiedzą, miastem szczególnie kojarzonym z Lenininem został (na mocy decyzji Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Poronin koło Zakopanego. Tam upaństwowiono karczmę, którą Lenin miał rzekomo często odwiedzać w czasie swego pobytu w górach i przemianowano na Muzeum Lenina, a pewnego dnia…

…ogłoszono konkurs na obraz pod tytułem: „Lenin w Poroninie”.
Wpłynęły na niego liczne prace w stylu: „Lenin na turni”, „Lenin z fajeczką góralską”, „Lenin spogląda na Giewont”…
Wreszcie przybył góralski malarz, samouk z wielkim obrazem, który przedstawiał leżącą na łóżku rozmamłaną dziwkę, a obok ubierającego się ponurego draba.
– Po co tu leziesz obywatelu? – zapytał milicjant pilnujący wejścia.
- Ja? Na konkurs „Lenin w Poroninie”.
- Co to ma znaczyć? Obraz nie jest w temacie konkursu!
- Ale ta kobieta to Nadieżda Krupska!
- A mężczyzna?
- To Feliks Dzierżyński!
- A gdzie Lenin?
- W Poroninie…

***

Biegnę zatem w górę po „kocich łbach” ulicy Błogosławionej Bronisławy, najsłynniejszej z Norbertanek. Po prawej stronie mijam Kościół Najświętszego Salwatora, a po lewej drewnianą kapliczkę św. Małgorzty, popularnie nazywaną „gontyną” i zaraz potem ulicę o takiej samej pogańskiej nazwie. Gontyna to przedchrześcijański typ budowli sakralnej u Słowian, miejsce spotkań, modlitw, nabożeństw i wróżb. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć”, nie mijam bezmyślnie, tylko zastanawiam się ile informacji na temat mijanych miejsc mam zaserwować czytelnikom. Moja żona twierdzi, że teksty, które piszę są za długie i przez to nudne dla współczesnego czytelnika. W dzisiejszych czasach musi być krótko, szybko i… po wierzchu. Takie są też obecnie artykuły na portalach internetowych (niektóre z nich posunęły się nawet do podawania treści w punktach). Ja jednak należę do epoki, która przeminęła, kiedy to w szkole pisało się wypracowania, a nie zaznaczało odpowiedzi w testach wyboru. To co Wam przekazuję, to i tak tylko niewielka część wspaniałej historii miasta.

Zatem po kolei…

Błogosławiona Bronisława

Bronisława urodziła się około Roku Pańskiego 1200, w Kamieniu Śląskim, w zamożnej rodzinie Odrowążów. Św. Jacek Odrowąż był jej kuzynem, a stryj Iwo Odrowąż piastował godność biskupa krakowskiego, która w 700 lat później przypadła w udziale Karolowi Wojtyle. Bronisława wychowana w środowisku żywej wiary, uczciwości i pobożności wstąpiła do klasztoru Norbertanek w Krakowie w wieku około 16-17 lat.

Zakon działał dopiero od niedawna (o czym wiecie z poprzedniej części sentymentalnej wycieczki), ale już był bardzo prężny i odgrywał znaczącą rolę w służbie dla ówczesnego społeczeństwa. W młodym wieku Bronisława została przełożoną klasztoru, w którym przebywało wtedy kilkaset sióstr, co świadczy o jej niezwykłym talencie organizacyjnym. Były to czasy rozbicia dzielnicowego, trwały walki książąt piastowskich o panowanie nad Krakowem. W czasie walk Bronisława i inne siostry niosły pomoc ofiarom wciągniętym w ten bratobójczy konflikt. W czasie zarazy w 1224 r. z wielkim zaangażowaniem służyła chorym, rozdawała leki i ubrania, karmiła głodnych. W najtrudniejszych chwilach udawała się na Sikornik, gdzie oddawała się modlitwie i medytacji. Gdy w 1253 roku zmarł św. Jacek (piąty Polak wyniesiony na ołtarze i jedyny mający swoją rzeźbę w kolumnadzie Berniniego na Placu Św. Piotra), Bronisława doznała wizji tryumfalnego wprowadzenia go przez Matkę Bożą do nieba. Wkrótce sama udała się w tą samą drogę, w roku 1259.

Grób Bronisławy odnaleziono dopiero w 1604 r. W czasie remontu kościoła znaleziono pęknięcie w murze, które według legendy wskazał rój pszczół. Trumienkę ukryto po raz drugi w czasie najazdu Szwedów na Kraków (1655). Znalezione po raz drugi kości Bronisławy w roku 1782 przełożono do podwójnej trumienki i przeniesiono do kościoła św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela. Dekretem z roku 1839 papież Grzegorz XVI zatwierdził kult oddawany od wieków Bronisławie.

Kapliczka św. Małgorzty

W roku 2016 obchodziliśmy 1050 rocznicę chrztu Polski. Wszyscy wiedzą, że za sprawą Mieszka I, Państwo Polan było chrystianizowane od 966 roku, jednak Państwo Wiślan prawdopodobnie uległo chrystianizacji już z końcem wieku IX, w ramach misji św. Metodego. Powyższy fakt jest często wykorzystywany przez krakauerologów, w celu udowodnienia wyższości Krakowa nad resztą świata.

Jak popatrzymy na to miasto z perspektywy czasu to dojdziemy do wniosku, że musimy być lepsi, choćby dlatego, że zostaliśmy ochrzczeni 100 lat wcześniej niż cała reszta Lechitów.
/Leszek Mazan/

W początkach chrześcijaństwa, kościoły budowano często w miejscu pogańskiego kultu, żeby dodatkowo eliminować je ze świadomości okolicznych mieszkańców. Jedno z takich miejsc znajdowało się właśnie na tym bezpiecznym wzgórzu ponad doliną Wisły…

Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic oraz nieoficjalna nazwa kaplicy św. Małgorzaty – „Gontyna”, przypominają o pogańskich świątyniach.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Początki kaplicy nie są bliżej znane. Wiadomo, że była budowana, palona, odbudowywana, niszczona i restaurowana, jak to często bywało na ziemiach polskich.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A'Tomek, księga I

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A’Tomek, księga I

Po kolejnym spaleniu (przez Szwedów), ksienia klasztoru Norbertanek Justyna Oraczowska, nakazała wzniesienie nowej, drewnianej kaplicy w stylu barokowym. Mniej więcej w tym samym kształcie przetrwała ona od XVII wieku do dnia dzisiejszego, będąc jednym z rzadkich przykładów drewnianego budownictwa sakralnego w Krakowie (leży na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej). Prawdopodobnie w początkach swojego istnienia służyła jako kaplica cmentarna, gdyż otaczał ją cmentarz morowy, na którym grzebano zmarłych na zarazę.

Kościół Najświętszego Salwatora

Tak jak wspominałem wcześniej, zasadnym było w czasach wczesnochrześcijańskich budować kościoły na miejscu pogańskich kultów i dlatego właśnie tutaj stanął jeden z najstarszych kościołów Krakowa. Jan Długosz twierdził, opierając się na sobie tylko znanych źródłach, że kościół Najświętszego Salwatora ufundował sławny rycerz Bolesława Krzywoustego – Piotr Włast. Oślepiony przez wrogów, szukał pomocy u Zbawiciela (Salvator – łac. Zbawiciel) i jako wotum za uzdrowienie miał ufundować siedemdziesiąt siedem kościołów, a wśród nich także ten zwierzyniecki. Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że właśnie ten kościół odegrał ważną rolę przy chrystianizacji Polski, ponieważ wezwanie Najświętszego Salwatora nosiły zazwyczaj pierwsze i najważniejsze kościoły chrystianizowanych krajów. Według legend i tradycji, świątynia istniała już w X wieku i była miejscem, gdzie swoje kazania wygłaszał święty Wojciech (udający się w 997 roku z misją do Prus). W źródłach pisanych natomiast pierwszą wzmiankę o kościele znaleziono w Roczniku Kapitulnym Krakowskim. Podano tam informację o „dedicatio ecclesiae sancti Salvatoris”, czyli poświęceniu kościoła w 1148 roku. Współcześni archeolodzy datują kościół na XI/XII wiek, ponieważ z tego czasu pochodzą najstarsze relikty, zachowane pod posadzką.

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach...

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach…

Z kościołem i znajdującym się wewnątrz obrazem Chrystusa na krzyżu z klęczącym poniżej grajkiem wiąże się jeszcze inna legenda.

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

Obraz ten został umieszczony w kościele na miejscu starego, romańskiego krucyfiksu, który był podobno darem przysłanym z Moraw dla pierwszego chrześcijańskiego księcia Polski. Krucyfiks ten, przedstawiający nagiego Chrystusa, dla dodania czci został przyodziany w królewską szatę, diamentową koronę i złote trzewiki. Pod krucyfiks przychodził często grać ubogi skrzypek. Bóg, widząc jego biedę, postanowił mu pomóc. Zsunął z figury Chrystusa jeden z cennych trzewików i rzucił go pod stopy grajka. Okoliczni mieszkańcy oskarżyli skrzypka o kradzież i umieścili trzewik z powrotem na figurze. Następnym razem, kiedy skrzypek zaczął grać pod krzyżem, kościół był pełen ludzi i złoty trzewik ponownie zsunął się do jego stóp. Wtedy już nikt nie mógł wątpić w uczciwość muzykanta. W XVII wieku krucyfiks Mieszka I przeniesiono do Włoch.

***

Droga wypłaszcza się, kończy się kostka brukowa, a zaczyna asfalt Alei Jerzego Waszyngtona. Dobiegam do Cmentarza Salwatorskiego.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz...

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…
/Stanisław Lem, Solaris/

Spoczywają tu między innymi Stanisław Lem, Jan Sztaudynger (ten od „myjcie się, dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny”) i Juliusz Osterwa (aktor i reżyser). Jerzy Harasymowicz ma tu tylko tablicę, ponieważ swoje prochy kazał rozrzucić nad Bieszczadami.

Co tu zostało z wierszy Mistrza

Co tu zostało z wierszy Mistrza
Klasa robotnicza, fasolka z bufetu
A smak poranny piwa
Łapczywie poznają poematy w beretach
/Wojciech Bellon, Bar na Stawach/

Aleja wznosi się łagodnie dalej i po chwil przekraczam mostek, pod którym biegnie droga łącząca ulicę Malczewskiego z ulicą Zaścianek.

Diabelski mostek

Diabelski mostek

Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby  na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły przenieść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku. Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub – jak się mówi na Salwatorze – diabelskim mostkiem.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Dalej w górę aleją pomiędzy drzewami, jak to miałem w zwyczju dawnymi czasy, chociaż wtedy odbywało się to bez wysiłku z mojej strony.

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Zaraz za pozostałościami bramy fortecznej Kościuszko (jeden z obiektów fortu Kościuszko należącego do zespołu budynków obronnych Twierdzy Kraków) nie wbiegam po schodach w prawo w górę, w kierunku Kopca Kościuszki, ale kontynuuję na wprost Aleją Waszyngtona wzdłuż ulicy Wodociągowej.

Dobiegam do miejsca, gdzie aleja spacerowa przecina ulicę skręcającą ostro w prawo w kierunku zabudowań fortu i wkraczam na Sikornik.

 

Koniec części czwartej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 3)

Z Placu na Stawach pobiegłem w lewo, ulicą Senatorską w kierunku Salwatora. Minąłem miejsce, gdzie kiedyś mieściło się przedszkole, w którym bawiłem się i uczyłem przez 3 lata. To tu byłem Piernikowym królem, Muchomorem, który zgubił swój kapelusz i żołnierzem Powstania Listopadowego. Tutaj jadłem niezpomniane jajko na twardo w sosie koperkowym i obowiązkowo spałem po obiedzie. Po przedszkolu i ogródku z piaskownicą nie ma już ani śladu – teraz stoi tu budynek mieszkalno-biurowy.

Piernikowy król i jego goście

Piernikowy król i jego goście

 

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

 

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Dotarłem znów do ulicy Kościuszki i przebiegłem przez most na rzece Rudawie, do której kilkadziesiąt metrów dalej, przy klasztorze Sióstr Norbertanek wpada Wisła (to nie pomyłka, tak się prawidłowo mówi na Zwierzyńcu). Jeżeli nie wierzysz, to idze, idze bajoku!

Klasztor, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków dzielnicy, powstał w II połowie XII wieku. Jak głosi tradycja, jego fundatorem był dziedzic Zwierzyńca, rycerz Jaksa Gryfita z Miechowa, który po powrocie z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej ufundował w 1162 roku klasztor i kościół. Norbertanki są najstarszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym w Polsce, a przybyły na Zwierzyniec z czeskich Doksan koło Pragi. Na przestrzeni wieków siostry modlące się za murami klasztoru miały różne przygody, z których co najmniej jedna przeszła do legendy.

Według historyków, Tatarzy atakowali Kraków co najmniej trzykrotnie. Podczas jednego z najazdów, ucierpiał również klasztor Norbertanek. Najeźdźcy przedarli się przez mury obronne i jak to mieli w zwyczaju zaczęli rabować, niszczyć i szukać kobiet do gwałcenia. Legenda głosi, że siostry uciekały przed pohańbieniem podziemnymi tunelami, które prowadziły od zabudowań klasztornych aż pod Lasek Wolski. Gdy Norbertanki wyszły już na powierzchnię ziemi, dostrzegły, że Tatarzy wysłali patrole i przeszukują cały las. Zaczęły dalej uciekać przez jary i wąwozy Lasku Wolskiego, cały czas modląc się o ratunek. Po chwili ujrzały przed sobą wapienne skały, a wśród nich maleńką kapliczkę, ukrytą między gęstymi krzakami i uznały to za znak bożej łaski. Ich szczere modły zostały wysłuchane – kapliczka wraz z Pannami Zwierzynieckimi zapadła się pod ziemię. Na jej miejscu pojawiły się skały wapienne, które zsunęły się na drogę. Tak z bożą pomocą Norbertanki ocaliły cnotę. Legenda mówi dalej, że jeżeli ktoś o czystym sercu będzie wędrował w pobliżu Panieńskich Skał może usłyszeć z pod ziemi głosy szczerej modlitwy uratowanych sióstr…

Z klasztorem połączony jest barokowy kościół pod wezwaniem św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela i razem tworzą największy, po Wawelu, kompleks zabytkowy miasta.

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

W kościele tym brali ślub moi dziadkowie, rodzice, ja zostałem ochrzczony i także mój ślub odbył się w tych zabytkowych murach. W latach dziecinnych, w każda Wielką Sobotę meldowałem się na dziedzińcu klasztoru z koszyczkiem pokarmów do poświęcenia, w Poniedziałek Wielkanocny nie mogłem się doczekać na Emaus, a w oktawę Bożego Ciała maszerowałem w pochodzie Lajkonika.

Za klasztorem i pętlą tramwaju numer 6, przebiegam przejściem dla pieszych przez ulicę Królowej Jadwigi i skręcam zaraz w prawo, w kolejną ulicę biegnącą ostro w górę. W tym miejscu mógłbym już opisywać dalszą drogę coraz wyżej i wyżej w kierunku Kopca Kościuszki, ale…

 

Koniec części trzeciej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 2)

Miejsce startu, jak już wspominałem, wybrałem bardzo sentymentalnie. Wyruszyłem z pod budynku, w którym mieszkałem jako dziecko, a który znajduje się przy ulicy Komorowskiego 1.

Komorowskiego 1

Komorowskiego 1

Bolesław Komorowski – lekarz urzędowy Półwsia Zwierzynieckiego, a po włączeniu go w obręb Krakowa (co, jak już wiemy, nastąpiło w roku 1910) – lekarz miejski Zwierzyńca. Był on na początku ubiegłego wieku słynną w Krakowie postacią. Przeszedł do historii miasta przede wszystkim jako lekarz-społecznik, ponieważ w swym gabinecie przyjmował biednych za darmo, dawał też pieniądze na lekarstwa i chleb, jeśli im go brakowało. Niektórzy współcześni mu krakowianie nazywali doktora Komorowskiego „Janosikiem w białym kitlu” – wysokimi honorariami „łupił” zamożnych pacjentów, aby bez zapłaty leczyć biednych. A że lekarzem był świetnym, prowadził chyba największą praktykę w mieście, nie brakowało mu bogatych pacjentów.

Pamiętam, że na parterze kamienicy, od strony ulicy Tadeusza Kościuszki (zakładam, że o Kościuszce wszyscy słyszeli) mieścił się sklep „1001 drobiazgów”, a od strony podwórka melina Pani F. Na trzecim piętrze miał pracownię arysta Ozimek, a podobno pod podwórkiem, na którym grałem w piłkę znajduje się schron przeciwatomowy.

Ulicą Komorowskiego dotarłem do Placu na Stawach, gdzie chodziłem z babcią na zakupy. Dziwaczna nazwa wzięła się od stawów hodowlanych, których pobliski zakon Norbertanek używał jako zaplecza rybnego dla swojej kuchni. Stawy z czasem zasypano, a na ich miejscu powstał plac targowy.

Plac na Stawach współcześnie

Plac na Stawach współcześnie

Wielkim rarytasem były frytki smażone na starym, wielokrotnie używanym oleju, w szarej papierowej torbie, która szybko nasiąkała tłuszczem, a sól do frytek sypało się ze słoika z pokrywką podziurawioną gwoździem.

Na deser można było dostać Lody Bambino o smaku śmietankowo-kawowym.

Najważniejszym miejscem Placu był jednak Bar na Stawach, który przeszedł na zawsze do historii dzielnicy, miasta, a nawet do historii Polski. Stało się tak za sprawą poety Jerzego Harasymowicza, który opisał życie zwierzynieckich kindrów, łaziorów i andrusów w malowniczy, a nawet bajkowy sposób. Ten niezwykle wrażliwy artysta przeczuwał, że ten barwny świat nieodwołalnie odchodził w przeszłość i siłą swego poetyckiego talentu pragnął ocalić go od zapomnienia.

Nieraz pytają za kim jestem
W tym kraju częsta to sprawa
Mówię najbardziej popieram szyld
Z napisem “Bar Na Stawach”

Tam Maks Wózek przychodzi i Rufino
Goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy
Tam zielone pachnie nocy piwo
Tam się schodzą placowe drogi
/Jerzy Harasymowicz, Bar na Stawach/

Podmiejscy herosi, goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy to byli głównie malarze, murarze, wózkarze i tramwajarze. Właśnie to towarzystwo wyczarowywało słynne krakowskie szopki, o których wspominałem wcześniej i tworzyło folklor krakowskiego przedmieścia.

W barze zbierał się „Zwierzyńca kwiat”, by nad kuflem piwa podumać o życiu, wieść niekończące się dyskusje lub kibicować swojemu klubowi piłkarskiemu. Do baru szło się, by kogoś spotkać lub coś ważnego załatwić, prosić o pomoc w zrzuceniu węgla do piwnicy albo w wyniesieniu szafy na piętro.

W barze rządził Czesiek Czorny, oprócz, rzecz jasna właściciela, pana Władysława Ogińskiego. Czesiek, czyli Czesław Zając, szafarz (bo wynosił po schodach szafy, meble, fortepiany i najróżniejsze graty), miał zdolności przywódcze i zaliczał się do tych, co na Zwierzyńcu wodzą prym.

Pisząc o andrusach, obowiązkowo trzeba wsponieć o Aleksandrze Kobylińskim, czyli „Makino”. Ten „Andrusów Król” i twórca zespołu „Andrusy”, sporą część swojego repertuaru zaczerpnął właśnie z twórczości Jerzego Harasymowicza. Pamiętam, jak zespół przychodził grać na podwórku kamienicy przy Komorowskiego i z wąskiego okienka klatki schodowej rzucałem im pieniążki owinięte w papier.

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Harasymowicz i Kobyliński poznali się w Barze na Stawach (przedstawił ich sobie Czesiek Czorny), a ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci poety, czyli prawie 30 lat. Pseudonim „Makino”, którym Aleksander Kobyliński posługuje się na co dzień, wywodzi się właśnie z poezji Jerzego Harasymowicza i oznacza po prostu tego, który „ma kino”.

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Siwym, czyli Zbyszku Nowaku. Pomny nauk, jakie otrzymał od własnego ojca na łożu śmierci, nigdy nie pracował. Ojciec go ostrzegł, że kiedyś będzie wyścig o pracę – „pamiętaj synu, żebyś nie dał sobie wydrzeć ostatniego miejsca”. Prorok jaki, czy co? Już pół wieku temu przepowiedział „wyścig szczurów”!

Nie ma już Baru na Stawach, gdzie obok handlarzy z pobliskiego placu spotykali się „fajni goście”, nie ma poety Jerzego Harasymowicza. Oto, jak unicestwienie Baru widział oczami duszy jego stały bywalec i największy piewca Zwierzyńca:

Wkrótce zburzą ludzi z baru
Zburzą ich czapy zuchwałe
Nieba runie stary gołębnik
I będą poematy przesłuchane

Kiedy runie Na Stawach bar
Grube kufle jak cheruby uniosą Bar Wierszy
Czarna życia toczyła się platforma
Twardy duszy formował się krawężnik

Żałobne piwo dają w barze Na Stawach
W żeberkach już piszczą rekwije
Bar jak beczek piramida runie
Pod gruzami grzebiąc kariatydę

I rozumiem Madonnę placu
Z sercem przebitym kuchennym nożem
I rozumiem przyjaciele wasze
Na dnie kufla dusze stracone
/Jerzy Harasymowicz, Zburzenie baru/

Kinder – swój chłopak, fajny gość, nie zaawansowany jeszcze zanadto w latach. Niekoniecznie ze Zwierzyńca; fajnych gości nie brakowało też na Ludwinowie, w Czarnej Wsi, Podgórzu czy na Krowodrzy.

Łazior – taki, co łaził, czyli chodził po Zwierzyńcu i żebrał na piwo, ale też szukał zajęcia, żeby parę groszy uczciwie zarobić. Włóczęga, wagabunda. Pytał o robotę (zrzucanie węgla do piwnicy, wniesienie szafy na piętro) w barze Na Stawach.

Andrus – osobnik zadziorny, ale honorowy, nigdy chamski, ubrany po andrusowsku (kaszkiet obowiązkowo zakładany na bakier, koszula w kratę, apaszka, połatana marynarka także w kratę) i posługujący się specyficzną andrusowską gwarą, która w Krakowie jednoznacznie demaskuje pochodzenie z okolicy Placu na Stawach. Mawiał: a idze, idze, klarnecie bosy! (stosowało się także wersje z klarnetem łysym lub złamanym) albo idze, idze, bajoku! Kiedy szedł do miasta, co należy rozumieć jako przekroczenie Aleji Trzech Wieszczów, dla zadania szyku ubierał marynarkę, często na gołe ciało i już z daleka błyszczały jego mocno wyglancowane, przy pomocy kremu Nivea, buty.

 

Koniec części drugiej