Sentymentalna wycieczka biegowa (część 1)

Uduchowione rozważania z poprzednich wizyt w Krakowie opisałem w nastroju bożonarodzeniowym w artykułach Pasterka na Srebrnej Górze i Na prawym brzegu Wisły… (Pasterka u Benedyktynów). Tym razem znów coś konkretnie związanego z krakowskim bieganiem (tak jak w artykule Historia kołem się toczy), chociaż jak zawsze będą „wycieczki” historyczno-informacyjne, czy żartobliwo-moralizatorskie.

Z Mariackiej wieży
na srebrnej trąbce.
Co to za koncert?

A pod Wawelem
do jamy ścieżka.
Kto w jamie mieszkał?

Kogut na Rynku
macha skrzydłami.
Kto jeździł na nim?

Konno, z buławą,
brodą do pasa.
Któż to tak hasa?

U czapki pióro
i wiatr w sukmanie.
Co to za taniec?

Kłębami dymów
światła zasnute.
Czy znasz tę hutę?

Ten Wawel, Rynek,
gołębi dwieście,
w jakim to mieście?
/Jerzy Kierst, Czy to Kraków/

Kraków to miasto w Polsce, a konkretnie w Małopolsce. Żeby być precyzyjnym dodam, że w powiecie krakowskim, nad rzeką Wisłą, która „płynie po polskiej krainie”. Mam nadzieję, że czytelnicy mojego bloga wiedzą co nieco na temat Krakowa.

Na przykład to, że przez kilkaset lat był stolicą Polski, że tutaj Mikołaj Wierzynek zorganizował słynną ucztę dla europejskich władców, za panowania króla Kazimierza Wielkiego i że tu studiował Mikołaj Kopernik, który jeszcze wtedy nie był pewny, czy to Ziemia krąży wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

W Krakowie malował, pisał i tworzył Stanisław Wyspiański, który widział swój teatr ogromny…

"Bóg Ojciec" - witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

“Bóg Ojciec” – witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

…tutaj przygotowywał się do prowadzenia barki Kościoła światowego kardynał Karol Wojtyła

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

… i w tym oto mieście Daniel Bukowski kupił swój pierwszy produkt Mammuta.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

Opisać Kraków w kilku zdaniach, to wielka sztuka lub… świętokradztwo. To tak, jakby opisywać w paru słowach Rzym, Shangri-la czy ściany tunelu czasoprzestrzennego. Dlatego niech te parę linijek wstępu oraz to, co napiszę za chwilę, zachęci Was do dogłębnego zapoznania się z wielowiekową historią Krakowa, a najlepiej skłoni do odwiedzenia Stołecznego Królewskiego Miasta osobiście.

***

Wiem, miało być o bieganiu. I będzie…, ale na punkt startowy mojej sentymentalnej trasy wybrałem miejsce z moich lat dziecinnych, pełne wspomnień, wypada więc napisać o nim kilka zdań (oraz zrobić kilka zdjęć, oczywiście aparatem Zorka 5).

W Krakowie, który przez mieszkańców uważany jest za pępek świata (istnieje osobna dziedzina nauki – krakauerologia, głosząca wyższość Krakowa nad resztą świata, a jej głównym ekspertem jest Leszek Mazan), jest pewna dzielnica, uważana z kolei przez tubylców za pępek Krakowa. Znajduje się ona nieco na zachód od Wawelu, oddzielona od reszty miasta rzeką Wisłą, Alejami Trzech Wieszczów i Wielką Łąką (Błonia Krakowskie).

Może gdzieś wsie słyną z urody,
Może gdzieś są rajskie ogrody,
Może gdzieś są miasta ze srebra,
Może gdzieś niczego już nie brak?
Ale nie ma tam wiatru od Błoni,…
Nie ma Wisły płynącej od Tyńca,
Ale nigdzie nie tańczy lajkonik -
Nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca!
/Tadeusz Kwiatkowski, “Romek i Julka”/

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach... pastwiska

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach… pastwiska

Tak, Zwierzyniec… Wieś przyłączona do Krakowa w 1910 roku, która wniosła wiele lokalnych tradycji do historii miasta.

To stąd „konno, z buławą, broda do pasa” wyrusza Lajkonik, czyli brodaty jeżdziec na sztucznym koniku przytwierdzonym do pasa, w stroju “tatarskim”, z ogromną buławą, której uderzenie ma przynosić szczęście na cały rok. Geneza pochodu ma kilka wersji, ale mnie najbardziej podoba się ta o dzielnych zwierzynieckich flisakch (“włóczkach”), którzy obronili miasto przed najazdem tatarskim, a powracając przebrani w stroje zabitych najeźdżców i na ich koniach, dali początek wielowiekowej tradycji.

To tutaj w Poniedziałek Wielkanocny odbywa się nasłynniejszy odpust parafialny – Emaus i stąd wywodzi się tradycja budowy bogato zdobionych szopek krakowskich, których konkurs odbywa się rok rocznie na Rynku Głównym, a wystawę pokonkursową można podziwiać w Pałacu Krzysztofory.

 

W tej dzielnicy mieszkał Jacek Malczewski, Gustaw Holoubek, Roman Polański i, nie chwaląc się, JA.

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej", to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

“Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej”, to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

Zwierzyniec jest miejscem magicznym, otoczonym jakimś polem siłowym, dzięki któremu szalony pęd współczesnego, zewnętrznego świata zwalnia, jakby zdawał sobie sprawę, że są rzeczy cenniejsze od wyścigu szczurów i nie należy ich niszczyć, a tradycja to…

 

Koniec części pierwszej

Mammut 24h Hike

Jak na rasowego świra przystało już w tydzień po 91 kilometrowym biegu w Gryzonii, wyruszyłem na górskie szlaki w okolicach Zermatt. Miałem wraz z grupą kilkudziesięciu osób maszerować przez 24 godziny przez góry i doliny otaczające najsłynniejszy szczyt świata.

Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie

Lepiej jednak skończyć nawet w pięknym szaleństwie niż w szarej, nudnej banalności i marazmie
/Stanisław Ignacy Witkiewicz/

Mammut 24h Hike to impreza organizowana wspólnie przez Mammuta i Ochsner Sport. Dostać się na nią nie jest łatwo, ponieważ liczba chętnych znacznie przewyższa ilość miejsc. Ja aplikowałem już kilka razy i wreszcie w roku 2015 udało mi się zdobyć miejsce. Rok był to szczególny…

O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju!                                                  
Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,
A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy
O tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy.
/Adam Mickiewicz, Pan Tadeusz/

W roku 2015 Zermatt obchodziło 150 rocznicę pierwszego wejścia na Matterhorn, którego dokonał Edward Whymper wraz z towarzyszami. Możecie się dowiedzieć więcej o tym istotnym dla turystyki górskiej wydarzeniu w artykule Zew Matterhornu.

Zbiórka uczestników odbyła się na placu przy dworcu kolejowym w Zermatt (1608 m n.p.m.). Tam dostaliśmy kurtki przeciwdeszczowe Mammut Zermatt Jacket Men, czekolady (a jakże – Toblerone), krem przeciwsłoneczny i wodę. Plecak Mammut Lithium Matterhorn i lampę Mammut T-Trail  zawodnicy dostali kilka dni wcześniej do domu. Zostaliśmy podzieleni na dwie grupy i po oficjalnym rozpoczęciu imprezy ruszyliśmy w górę miasteczka, w kierunku wyciągu. Przed nami, częściowo w chmurach, majestatycznie wznosił się Matterhorn…

Widok na Matterhorn z "zermatowych Krupówek"

Widok na Matterhorn z “zermatowych Krupówek”

Razem z nami w marszu uczestniczyli Viktor Röthlin (szwajcarski biegacz, mistrz Europy w maratonie z 2010 roku) oraz Didier Défago (narciarz alpejski, złoty medalista Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Vancouver).

Mammut on the run i Viktor Röthlin

Mammut on the run i Viktor Röthlin

Początek był spokojny, wyjechaliśmy wyciągiem Furi do stacji Schwarzsee (bilety były dostarczone przez organizatorów). Jeziorko Schwarzsee (2552 m) leży w niewielkim zagłębieniu u stóp Matterhornu, a jego powierzchnia jest często bardzo ciemna, nawet czarna i stąd jego nazwa. W ciemnych wodach ładnie odbijają się jasne ściany kapliczki poświęconej Matce Boskiej Śnieżnej („Maria zum Schnee”). Według legendy, kapliczka została zbudowana przez dwóch mieszkańców Zermatt, którzy zgubili drogę we mgle. Przyrzekli, że jeżeli ocaleją, to wybudują kapliczkę. Ocaleli i słowa dotrzymali.

Nasza droga (Hörnliweg) prowadziła w górę ponad brzegami jeziorka w kierunku góry, której nie dało się nie zauważyć. Szliśmy po trasie, którą 150 lat temu przemierzał Edward Whymper i sześciu jego współtowarzyszy.

Hörnliweg

Hörnliweg

Do schroniska Hörnlihutte (3260 m) dotarliśmy późnym popołudniem, kiedy słońce chowało się za granią Matterhornu. Organizatorzy zaoferowali różnego rodzaju napoje i sącząc powoli, co kto lubi oglądaliśmy czerwieniejące szczyty Masywu Monte Rosa. Dzień chylił się ku końcowi…

Masyw Monte Rosa o zachodzie słońca

Masyw Monte Rosa o zachodzie słońca

Pierwszy budynek schroniska powstał w tym miejscu w roku 1880 z inicjatywy Swiss Alpine Club. W 1911, tuż obok, miasto Zermatt zbudowało hotel górski (Belvédère). Od tamtego czasu obydwa schroniska działały oddzielnie, co niekiedy powodowało sprzeczki, a także generowało podwójne koszty. Dopiero w roku 1987 wspólną opieką zajęła się ekipa z Belwederu. A w roku 2015, po ponad 100 latach funkcjonowania i z okazji  wiadomego jubileuszu, zmodernizowano obydwa budynki i połączono je w jedno.

Dobro powszechne skalą,
Jedność większa od dwóch.
/Adam Mickiewicz, Pieśń filaretów/

Przeróbki zostały tak przemyślane, żeby nowe Hörnlihutte spełniało współczesne wymagania dotyczące ochrony środowiska, bezpieczeństwa, higieny i funkcjonalności. Renowacja w znacznym stopniu przyczyniła się do zmniejszenia oddziaływania budynku na środowisko, w szczególności poprzez wdrożenie ekologicznej gospodarki wodnej, ekologicznej gospodarki odpadami oraz poprawę bilansu energetycznego. Powierzchnie dachowe są wyposażone w moduły fotowoltaiczne do produkcji energii elektrycznej, natomiast na tarasie znajdują się kolektory słoneczne do wytwarzania ciepłej wody.

Schronisko Hörnlihutte (w lewym dolnym rogu) na tle Matterhornu

Schronisko Hörnlihutte (w lewym dolnym rogu) na tle Matterhornu

Kiedy nastała ciemność, ponad nami, na grani Hörnli (Hörnligrat) zapaliły się lampki, które wskazywały trasę pierwszego wejścia na sam szczyt w roku 1865.

Hörnligrat nocą

Hörnligrat nocą

Po kolacji Viktor Rothling opowiadał o swoich biegach, treningach i odżywianiu oraz życzył wszystkim dobrej nocy…

…i spało mi się znakomicie mimo wysokości, tylko krótko, ale przecież tak miało być, więc jeszcze przed świtem zszedłem do jadalni na pożywne śniadanie, uzupełniłem zapasy wody w bidonach i dokładnie o 6:00 wyruszyliśmy na 24 godzinną wyprawę.

***

Trasa była ekstremalnie interesująca. Ze schroniska maszerowaliśmy początkowo w dół, naszą trasą z dnia poprzedniego, żeby po jakimś czasie odbić w kierunku Doliny Zmutt, którą jeszcze w połowie XIX wieku wypełniał lodowiec. Do dziś czoło lodowca cofnęło się aż o 2 km.

W restauracji Stafelalp (2200 m) zjedliśmy drugie śniadanie i uzupełniliśmy zapasy (zaopatrzenie na całej trasie było doskonałe). Posileni i pełni entuzjazmu ruszyliśmy w górę doliny, a po kilkuset metrach zaczęliśmy wspinaczkę na jej północną ścianę.

Czas na drugie śniadanie

Czas na drugie śniadanie

Nie będę opisywał dokładnie dalszej drogi, gdyż jak wiecie, nadal nie mam zegarka z GPS, a poza tym pamiętam resztę trasy jak pokaz widokówek…, kalejdoskop obrazów i emocji…, zmęczenia pomieszanego z endorfinami.

Pogoda dopisała nam rewelacyjnie. Szczyty, lodowce, lasy i ścieżki w okolicach Zermatt zaprezentowały się w całej swej malowniczej okazałości i piękności. Między innymi zdobyliśmy szczyt Mettelhorn 3406 m n.p.m. Wspinaliśmy się na niego przez całkiem spore połacie pokryte śniegiem, a na górze czekał na nas bajeczny widok.

Dwa razy odwiedziliśmy Hotel du Trift (2337), który tego dnia był punktem żywieniowym nie tylko dla uczestników Mammut 24 Hike, ale i dla zawodników biegu Matterhorn Ultraks.

Wieczorową porą zjedliśmy kolację w restauracji Edelweiss (1961 m) i ruszyliśmy na nocną część wyprawy oświetlając drogę lampkami Mammut T-Trail.

Pod koniec trasy usypiałem na stojąco i parę razy zatoczyłem się nieco, ale dzięki kijkom nie wylądowałem na ziemi. Nie zdażyło mi się to tydzień temu w Davos. Może dlatego, że jednak przez krótką część nocy spałem wygodnie w punkcie noclegowym.

Finisz na Gornergrat (3089 m n.p.m.) tuż przed godziną 6 rano przy dzwiękach „We are the Champions” był idealnym ukoronowaniem całodobowego wysiłku.

Widok na Gornergrat z restauracji Edelweiss

Widok na Gornergrat z restauracji Edelweiss

Potem jeszcze śniadanie, które postawiło mnie na nogi i uzupełniło utracone kalorie, oficjalne pożegnanie, jubileuszowy T-shirt Mammuta (150 Years T-​Shirt) i bilet na zjazd kolejką do Zermatt. W taki oto miły sposób zakończyło się 24 godzinne wędrowanie z Mammutem.

Muzo! Męża wyśpiewaj, co święty gród Troi
Zburzywszy, długo błądził i w tułaczce swojej
Siła różnych miast widział, poznał tylu ludów
Zwyczaje, a co przygód doświadczył i trudów!
/Homer, Odyseja/

Koniec odysei

Koniec odysei

DYPLOM

Powrót do krainy Heidi

Minął czas potrzebny na to, aby Ziemia zatoczyła pełny krąg wokół Słońca od momentu, kiedy…

Heidi stała na skraju wzniesienia i machała ręką, dopóki goście nie zniknęli.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Powróciłem do Gryzonii, żeby znów wystartować w biegu górskim Swiss Irontrail organizowanym przez mojego ukochanego Mammuta. Stosując jednak zasadę „continuous improvement”, czyli ciągłego doskonalenia, którą wypalono w moim mózgu, ale przede wszystkim w moim sercu, podczas 17 lat pracy w pewnej firmie („Thank You for Smoking”), tym razem wybrałem dystans 91 kilometrów, a więc ponad dwa razy dłuższy niż w roku ubiegłym, kiedy jak pamiętacie, przebiegłem 41 kilometrów.

Na miejsce startu w Bergün dotarłem pociągiem. Tym razem obyło się bez wątpliwych „atrakcji” z udziałem bandziorów, które opisałem w poprzednim artykule. Na trasie były prawdziwe atrakcje. Kolej Retycka łącząca dwie historyczne linie kolejowe Albula i Bernina jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz uważana za jedną z najbardziej spektakularnych tras kolejowych na świecie. Otaczający ją krajobraz z uroczymi wioskami i romantycznymi widokami Alpejskimi jest również częścią Światowego Dziedzictwa. Trasa została otwarta w roku 1904, liczy prawie 130 kilometrów i prowadzi przez 55 tuneli i 196 wiaduktów, z których najsłynniejszy to łukowy wiadukt Landwasser.

W hali sportowej odebrałem numer startowy z chipem do pomiaru czasu oraz urządzenie GPS pozwalające zlokalizować mnie na trasie. Można się było posilić bananami, batonami energetycznymi, bulionem, Coca-Colą i wodą. Dla zawodników biegnących dłuższe dystanse (121 km i 221 km) był to już kolejny punkt żywieniowy.

Wśród osób startujących ze mną w T91 dostrzegłem Ildikó Wermescher i Csaba Nemeth, profesjonalnych biegaczy, należących do Mammut Pro Team Trail Running, którzy, jak sie później okazało wygrali w tej kategorii. Porozmawialiśmy chwilę o bieganiu, Mammucie, zeszłorocznych wrażeniach z biegu (okazało się, że razem z Ildikó bieglismy T41), Nemeth bardzo chwalił zawody rozgrywane w Polsce, w których uczestniczył (Bieg 7 Dolin). Zrobiłem telefonem zdjęcie z Ildikó, które niestety nie wyszło najlepiej, ale tak czy inaczej, pamiątka z miłego spotkania i rozmowy jest.

Muszę po raz kolejny poruszyć sprawę, o której już rozmyślałem i pisałem ostatnio. Ze zgrozą zauważyłem, że tak samo jak ja, Ildikó i Nemeth nie mieli skarpetek Mammuta! Wszystko mieliśmy „mammutowe” i tylko ta skarpetkowa rysa w wyglądzie…

 

Pistolet wystrzelił o godzinie 13:00 i ruszyliśmy początkowo po płaskim terenie (1373 m n.p.m), żeby po chwili zacząć się wspinać na 2831 m n.p.m. Jak widomo, jeżeli przez jakiś czas jest pod górę, to najprawdopodobniej później jest w dół. Tak było i tym razem.

Po biegu w okolicach 2800 – 2600 m n.p.m. ruszyłem w dół z przełęczy Pass digls Orgels (2699) do Savognin (1173). Był tam kolejny punkt żywieniowy i pierwszy możliwy nocleg. Zauważyłem, że niektórzy zawodnicy mieli pomoc od rodziny lub przyjaciół, którzy czekali na nich w głównych punktach żywieniowych/noclegowych i dostarczali świeże ubrania na przebranie, nacierali maściami rozgrzewającymi/przeciwbólowymi i dokarmiali przysmakami. Nie pomyślałem o tym i nie zaangażowałem rodziny w pomoc na trasie. Moi kibice mieli mnie witać dopiero na mecie, jak w roku ubiegłym, a okazało się, że T91 jest o wiele bardziej wymagające niż T41. Kolejna wskazówka na przyszłość.

Tak czy inaczej, w Savognin nie zdecydowałem się jeszcze na spanie, posiliłem się tylko i ruszyłem dalej…

Nocną część trasy wspominam z wielkim sentymentem, ponieważ było to doświadczenie inne niż to z czym człowiek spotyka się na codzień. Nocny chłód, tajemnicze szmery, trzaski, głosy zwierząt i wilkołaków oraz ciągłe skupienie, żeby nie zgubić trasy. Ech, coś wspaniałego!

Zdecydowałem się na nocleg w Lenzerheide, czyli w miasteczku, w którym rok temu zaczynałem T41. Padłem jak nieżywy i po sekundzie (ach ta dylatacja czasu) już wstałem, kiedy zadzwonił budzik w zegarku. W blasku poranka wyruszyłem na znaną mi już z zeszłego roku trasę, ale jakże inną przez skumulowanie zmęczenia. Z Lenzerheide (1473) droga wiodła znowu w górę powyżej 2500 metrów.

Tym razem w okolicach Weisshornu (2653) nie było burzy śnieżnej, ale wszędzie zalegała wilgotna, gęsta mgła. Co mnie zastanowiło, to pisk mew i słony zapach morza. Coś się tu nie zgadzało…

W pewnej chwili z mgły wyłonił się facet z dziwnie wypukłym czołem i śmiesznym wąsikiem. Miał zmierzwione włosy, wymizerowaną i nieumytą twarz oraz oczy pozbawione wyrazu. Nosił poplamiony, wyblakły i stary płaszcz z bombazyny, podobnie wyglądające spodnie, parę znoszonych butów oraz stary słomkowy kapelusz. Wyglądało, jakby poszczególne części garderoby, które miał na sobie, nie należały do niego. Bełkotał coś niezrozumiale. Kiedy mnie zobaczył, ruszył chwiejnym krokiem w moim kierunku. Trochę sie przestraszyłem i mocniej ścisnąłem kijki, gotowy do obrony. Dziwny facet zapytał po angielsku:
- Czy to Baltimore?
Wtedy miałem juz pewność.
- Drogi Edgarze – powiedziałem – To zdecydowanie nie jest Baltimore i wydaje mi się, że już tam nie wrócisz. Chyba serafowie niebiescy wysłuchali cię w końcu i będziesz mógł spotkać się ze swoją ukochaną Anabel.
- Kim jesteś? Skąd mnie znasz? Skąd wiesz o Anabel?
- Może to zabrzmi dziwnie, ale czytałem twoje opowiadania i wiersze, a także opis… twojej tajemniczej śmierci prawie 170 lat temu.
- To ja nie żyję od 170 lat?
- Hmm, myślę, że nie należysz ani do świata żywych, ani do świata umarłych. Jesteś zawieszony pomiędzy nimi. I czas biegnie dla ciebie inaczej (ach ta dylatacja czasu).
- A więc to Kraina Snu?
- Jeszcze nie, ale już blisko.
Pisk mew i szum morza nasiliły się…
- Musisz iść w kierunku tych dzwięków. Anabel czeka już na plaży.
W milczeniu uniósł rękę na pożegnanie, odwrócił się i zniknął w kłębiącej się mgle.
Biegnąc w dół, w kierunku Arosy i kolejnego punktu żywieniowego, słyszałem za sobą długi niespokojny grzmot podobny do odgłosu tysięcy mórz. Nie zatrzymywałem się, biegłem bez ustanku.

Każdy księżyc, nim zniknie, przynosi mi sny
O promiennej Annabel Lee;
I co noc każda z gwiazd oczu niesie mi blask
Niezrównanej Annabel Lee;
I co noc, ledwie morze uderzy przypływem,
Jam z mą żoną, kochanką, mym losem szczęśliwym,
W jej grobowcu z nadmorskiej mgły,
W tym królestwie nadmorskiej mgły.
/Edgar Allan Poe, Annabel Lee, przełożył Wiktor Woroszylski/

***

W Arosie, zrobiłem przerwę na posiłek i krótki odpoczynek w fantastycznie wyposażonym bunkrze przeciwatomowym. Było to trzecie i ostatnie miejsce, w którym można się było przespać, ale już nie skorzystałem z tej możliwości. Bunkier wyposażony był w prycze, toalety, prysznice i kuchnię. A zdarzają sie tacy (szczególnie w Genewie), którzy narzekają na tragiczne warunki w tego typu lokalach. Nie jest to oczywiście willa z ogrodem, ale na pewno miejsce jest bezpieczniejsze niż ostrzeliwana z moździerzy lepianka w Erytrei.

Z Arosy wspinaczka była w miarę łagodna, ale deszcz lejący się z nieba czynił ją zdecydowanie trudniejszą i na ostatni punkt żywieniowy w Jatz (1831) dotarłem potwornie wyczerpany. Kiedy zmęczony i śpiący gramoliłem się wsparty na kijkach na ostatnią przełęcz na trasie, myślałem po co ja się tak męczę? I kolejny krok w górę. Czemu na własne życzenie poddaję się takim torturom? I następny krok w kierunku mety. To już ostatni raz, nigdy więcej! I następny…

Na przełęczy Strelapass zamieniłem kilka zdań z osobą, która pilnowała punktu kontrolnego i „odhaczony” z listy ruszyłem w dół, mając przed sobą ostatnie 5 kilometrów trasy.

Kiedy dobiegłem do Davos, ludzie na ulicach, mimo nocnej pory bili mi brawo i pozdrawiali. Linię mety przekroczyłem SZCZĘŚLIWY!

Według Datasport byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem w mojej kategorii; kilka osób nie ukończyło biegu. Tym razem pokonałem 90.2 km w poziomie oraz + 5420m / – 5240m w pionie.

Kiedy rozluźniony, szczęśliwy i dumny spokojnie zajadałem kiełbasę z grilla i popijałem piwkiem w środku nocy, moje bolesne wątpliwości ze wspinaczki na przełęcz Strelapass rozwiały się jak… mgła. Już zacząłem planować, kiedy i na jaki bieg wybiorę się następnym razem – czy ja jestem normalny?

Świeżom wrócił w nasze światy…
Spoza Thule lodowatej -
Z sfer, co we mgłach się promienią,
Poza C z a s e m  i  P r z e s t r z e n i ą.
/E. A. Poe, Kraina snu, tłumaczenie Antoni Lange/

Musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?

Rodzina pojechała na wakacje do Polski, a ja, jako przedstawiciel „ludu pracującego miast i wsi” pozostałem na stanowisku i przez cały tydzień wydajnie pracowałem. Nastał jednak weekend i trzeba było zaplanować coś na samotne dwa dni. W poprzedniej korporacji nie miałbym z tym problemu, ponieważ „śmiertelne linie” zmusiły by mnie do pracy także w dni teoretycznie od niej wolne.

Praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela. Pracą swoją, przestrzeganiem dyscypliny pracy, współzawodnictwem pracy i doskonaleniem jej metod lud pracujący miast i wsi wzmacnia siłę i potęgę Ojczyzny, podnosi dobrobyt narodu i przyśpiesza całkowite urzeczywistnienie ustroju socjalistycznego. Przodownicy pracy otoczeni są powszechnym szacunkiem narodu.
/Artykuł 14, Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z roku 1952; tzw. konstytucja stalinowska/

Obecna firma nie zapewniała mi weekendowych nadgodzin, musiałem więc wymyślić coś samemu. Myślałem i wymyśliłem…

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

…że przeprawię się z Doliny Rodanu przez Alpy, aż do St-Gingolph i wrócę do Lozanny statkiem kursującym po Jeziorze Genewskim. Przygotowałem więc szybko potrzebny ekwipunek i ruszyłem w tan!

Więc ten pan, smętny pan
Zdenerwował się, proszę państwa, okropnie.
Pojął, że właśnie on
Może życie przesiedzieć przy oknie.
Nagle wstał, ruszył w tan,
Walc hiszpański mu dodał odwagi.
/Jerzy Połomski, Cała sala śpiewa z nami/

Wsiadłem do pociągu na dworcu głównym w Lozannie, gdzie przytrafiła mi się przygoda, którą chciałbym opisać, ku przestrodze. W pociągu, idąc przez przedział, szukałem miejsca żeby usiąść. Większość foteli była zajęta, ale dostrzegłem korzystną lokalizację, gdzie tylko jeden człowiek siedział pod oknem, mając koło siebie plecak, a pozostałe 3 fotele były wolne. Usiadłem zatem naprzeciwko niego, ale od strony przejścia, żeby móc wyprostować nogi. Plecak położyłem od strony okna.

Nagle przez przedział zaczeła przeciskać się dosyć głośna grupa czarnoskórych mężczyzn. Kiedy przechodzili obok mnie i mojego sąsiada, jednemu z nich wypadła z ręki garść drobnych monet i posypała sie na nas i na podłogę. Bełkocząc “excusez-moi”, jeden z czarnych mężczyzn schylił się i zaczął zbierać monety.

Już pochylałem się żeby mu pomóc, gdy moja wybujała wyobraźnia przypomniała mi filmy o ninja, którzy rzucając w tłum drobne monety, odwracali od siebie uwagę. Kiedy ludzie zajęci byli zbieraniem rozsypanych pieniędzy, ninja mogli zabijać, porywać, wykonywać inne zadania lub po prostu uciekać. W ułamku sekundy zrozumiałem, że tu została zastosowana ta sama metoda! Wyprostowałem się i przygarnąłem plecak do piersi! Mój sąsiad jednak nie oglądał filmów o japońskich skrytobójcach, bo z zapałem zabrał się do zbierania monet z podłogi, gdy tymczasem drugi z czarnoskórych mężczyzn już sięgał po jego plecak leżacy na fotelu. Krzyknąłem po angielsku: “Uważaj na plecak”! (bo po francusku nie zebrałem myśli tak szybko).

Po pierwsze mężczyzna zrozumiał co mówię, po drugie zareagował i w dodatku wykazał się refleksem, bo w ostaniej chwili chycił swój plecak i wyrwał go z ręki Murzyna. Rabusie szybko zrozumieli, że tym razem się nie udało i wybiegli z pociągu. Skutkiem ubocznym zajścia było to, że wzbogaciłem się o 50 centymów (w 10 i 5 centówkach), których bandyci nie zdążyli pozbierać razem z portfelami pasażerów. Wdzięczny turysta, jak się okazało ze Szkocji, dziękował mi kilka razy za uratowanie jego dobytku i dziwił się, że takie rzeczy dzieją się w uważanej za bezpieczną Szwajcarii.

Taaak, to już nie ta sama Szwajcaria co za czasów „Goldfingera” i „Służby Jej Królewskiej Mości”. Nawet James Bond dostrzega różnicę i wybiera Austrię na miejsce swoich nowych przygód w filmie „Spectre”. Zatem pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, jeżeli zacznie spadać na was deszcz drobnych monet, to nie cud – to napad, a nie zawsze będzie przy Was inspektor Harry Callahan.

Wiem, o czym myślisz, śmieciu: „Strzelił sześć razy czy tylko pięć?”. Szczerze mówiąc, w tej całej zabawie straciłem rachubę. Ale zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci głowę… musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?
/Brudny Harry/

***

Wysiadłem na stacji w Aigle o 12:20, żegnany serdecznie przez Szkota, który jechał do Chamonix. Od razu ruszyłem biegiem trasą turystyczną wzdłóż torów, cofając się początkowo w kierunku Lozanny. Po chwili (jak wiadomo z komiksów o Tytusie, jedna chwila = trzy momenty) dotarłem do szpaleru drzew wśród których płynie Grande Eau (zbyt duża to ona nie była). Skręciłem w lewo po wałach przeciwpowodziowych, przebiegłem pod autostradą i wraz ze strumieniem dotarłem do Rodanu (Le Rhône).

Skręciłem znów w lewo, w asfaltową drogę, która jest także trasą rowerową i rolkową. Dotarłem do mostu i przeprawiłem się po nim na drugą stronę rzeki. Zaraz za mostem zbiegłem po wale w lewo w dół, do asfaltowej drogi i także trasy rolkowo-rowerowej, równoległej do trasy z przeciwległego brzegu.

Po płaskiej drodze biegłem aż do miejscowości Vouvry, nad którą 450 metrów wyżej góruje budynek elektrowni Chavalon.

Elektrownia została  uruchomiona w roku 1965 i spalała ciężki olej opałowy (mazut), który powstawał jako produkt uboczny produkcji paliwa w pobliskiej rafinerii w Collombey. Z powodów ekologicznych została zamknięta w roku 1999. Jednakże w związku z planowanym wyłączeniem wszystkich elektrowni atomowych w Szwajcarii do roku 2034, będzie ponowne uruchomiona, tym razem wykorzystując gaz ziemny do produkcji elektryczności.

Zacząłem wspinać się szlakiem turystycznym, kilkakrotnie przecinając serpentyny drogi dla samochodów.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki plecakowi Mammut Lithium Z20 byłem zabezpieczony. Piłem zarówno ze zbiornika w plecaku (o zaletach tej metody pisałem już w artykułach Mammut w krainie Heidi i Celuj w Księżyc), jak i z bidonu, umieszczonego w uchwycie przytwierdzonym rzepami do szelki plecaka. To nowy element ekwipunku, który postanowiłem przetestować.

Z wodą, a raczej z jej brakiem nie ma żartów na długich trasach. Po kilku godzinach marszobiegu w górach przy upalnej pogodzie, każdy łyk jest na wagę złota, dlatego dodatkowy zapas bardzo się przydaje. Wykorzystałem ten zapas do dna i dlatego mogę potwierdzić, że Add-​on bottle holder się sprawdził. Dodatkowo jest lekki (60 gramów) i ma możliwośc regulacji w zależności od średnicy butelki. Mała rzecz, a cieszy.

Widzieć ile szczęścia w sobie,
Kryje każda mała rzecz.
Cie-szmy się z małych rze-czy, bo
wzór na szczę-ście w nich zapisa-ny jeest!
/Sylwia Grzeszczak, Małe rzeczy/

Zaprawdę powiadam Wam, smak H20 zmienia się w zależności od zmęczenia organizmu i im większe zmęczenie, tym lepszy smak.

Róża czerwono, biało kwitnie bez,
Nikt z nas nie pęka chociaż krucho jest.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie.
Kto by się martwił, że na drodze kurz
I śnieg, i deszcz-to znamy już.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Woda po walce ma jak wino smak.
/Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową/

Dotarłem do miejscowości Miex i przez jakiś czas znów biegłem po asfalcie drogą prowadzącą samochody do Lac de Taney (dla zmotoryzowanych dodam, że ostatni odcinek dozwolony jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła i blokadą dyferencjału różnicowego, więc samochody z tzw. inteligentnym napędem 4×4 włączanym przez komputer nie mogą tam wjeżdżać). Za kapliczką na końcu miejscowości skręciłem w prawo, wróciłem na dziki szlak i dalej w górę kontynuowałem moją wycieczkę biegową także w kierunku Lac de Taney, ale w zdecydowanie dłuższej wersji.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki krótkim portkom Mammut MTR 141 Shorts Long Men biegło się, jak na te warunki, całkiem dobrze. Ponieważ opisywać będę krótkie portki, sprawę tego, co w tych krótkich portkach jest ukryte, zobrazuję tylko poniższym dowcipem:

Przychodzi facet do lekarza i wystawia na blat lekarskiego biurka swoje przyrodzenie.
Lekarz spogląda i pyta:
- Za krótki?
- Nie!
- Za cienki?
- Nie!
- No to jaki?
- Fajny! Co nie!?

Spodenki są tak krótkie, że nie ma zbyt wiele do opisywania. Tkanina to mieszanka poliamidu i elastanu. Od wewnątrz spodenki posiadają siateczkę. Są baaardzo lekkie, ważą 150 gramów (na wadze kuchennej mojej żony nic nie ważą), dzięki temu biegnie się w nich wygodnie. Są przewiewne, schną szybko i w ogóle bardzo dobrze mi się w nich biega. Własne odczucia w ostatecznym rozrachunku są najlepszym doradcą przy wyborze ubrań i sprzętu sportowego.

Dotarłem w końcu nad Lac de Taney od strony północno wschodniej. To urokliwe jeziorko znajduje się na wysokości 1408 m n.p.m. Mieści się przy nim pole namiotowe, mała osada domków i restauracja. Przebiegłem przez przysiółek, przy fontannie uzupełniłem zapas wody i skierowałem się w lewo, w górę trawersując stok. Szlak wiódł prosto na zachód, żeby po jakimś czasie skręcić lekko w kierunku północnym i przez przełecz Pas de Lovenex dotrzeć do przełęczy Col de la Croix.

Będąc tak wysoko w górach człowiek wycisza się, rozmyśla, zastanawia się nad najważniejszymi sprawami w życiu, szuka absolutu… Mnie nurtowała tyko jedna myśl – dlaczego Mammut nie produkuje skarpetek!? To zaniedbanie było wielokrotnie punktowane i wypominane przez moich znajomych, co tworzyło rysę w moim perfekcyjnym mammutowym wizerunku. Muszę napisać do działu marketingu w Seon, kiedy ta karygodna sytuacja się zmieni. Było by to wspaniałe uzupełnienie kolekcji butów (trailowych, wysokogórskich i trekkingowych).

A’propos butów. Upał był niemiłosierny…, ale opisywane już wcześniej Mammut MTR 201 Pro Low dobrze ze mną współpracowały. Stopy swobodnie oddychały i nie miały żadnych obtarć, a trzymanie się podłoża było fantastyczne. Szczególnie przydatne okazało się to na następnym etapie wyprawy.

Z przełęczy droga prowadziła ostro w dół po luźnych kamieniach, w kierunku granicy z Francją. Zbiegłem do dna doliny i wzdłóż potoku granicznego La Morge dobiegłem do St-Gingolph.

I tu problem. Do Evian nie jeździł już żaden autobus, ani statek. Sił już nie miałem, ni czasu, żeby biec asfaltową drogą wśród jadących samochodów. Cóż było robić? Nie miałem długiego szarego prochowca, jak Rotger Hauer, tylko piękną, pomarańczową koszulkę Mammuta, więc założyłem, że nie powinienem wzbudzać zbyt dużego strachu jako „Autostopowicz”. Miałem rację. Po około 10 minutach machania ręką na nadjeżdzające pojazdy, jakiś samochód zatrzymał się przy mnie. W środku siedziała młoda dziewczyna ubrana dosyć… śmiało, że tak powiem. Okazało się, że jedzie do Evian do kasyna do… pracy. Wsiadłem zatem do środka. Najpierw grzecznie i krótko opowiedziałem skąd się wziałem na drodze, jaką dzisiaj trasę pokonałem i dlaczego potrzebuję transportu, a potem przez resztę drogi mówiła ona. Okazało się, że jest… doktorem psychologii i wraz z innymi doktorantami zarówno psychologii, jak i socjologii opisują zjawisko uzależnienia od hazardu. Obecnie jeżdżą po różnych kasynach i prowadza badania. Strój okazał się… kamuflarzem potrzebnym do badań.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.
/Łk, 6, 37/

Dojechaliśmy do Evian. Pani doktor wysadziła mnie przy porcie, a sama pojechała do swojego „laboratrorium” prowadzić badania. Wsiadłem na statek o godznie 20:45. Siedząc w czasie rejsu na ławce na rufie mogłem spokojnie podziwiać widoki. Po stronie bakburty tarcza słoneczna powoli, ale nieubłaganie opadała w kierunku ciemnego pasma Gór Jura, aby skryć się za czarnymi szczytami dokładnie w momencie, kiedy statek zacumował w porcie w Ouchy, w Lozannie.

Ciemność, ktora nadciągnęła znad Morza Środziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto. Zniknęły wiszące mosty, łączące świątynię ze straszliwą wieżą Antoniusza, otchłań zwaliła się z niebios i pochłonęła skrzydlatych bogów ponad hipodromem, pałac Hasmonejski wraz z jego strzelnicami, bazary, karawanseraje, zaułki, stawy… Jeruszalaim, wielkie miasto, zniknęło, jak gdyby nigdy nie istniało. Pożarła je ciemność, która przeraziła wszystko, co żyło w samym Jeruszalaim i w jego okolicach. Dziwna chmura przygnana została znad morza przed wieczorem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan
/Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata/

Matterhorncalling

Zew Matterhornu

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.
/H. P. Lovecraft, Zew Cthulhu/

Dawno, dawno temu w Polsce, kiedy rodzice kupowali mi od czasu do czasu w Pewexie czekoladę Toblerone za bony towarowe, nie wiedziałem, że logo i pudełko tej wyśmienitej szwajcarskiej czekolady wzorują się na kształcie pewnej samotnej góry w Alpach Walijskich (Penninskich). Wtedy liczył się niepowtarzalny smak i niedostępność czekoladowej przyjemności, co nieświadomie również nawiązywało do jednego z najpóźniej zdobytych szczytów alpejskich. Dla Polaków kupienie tej czekolady (jak i innych produktów powszechnie dostępnych na Zachodzie), bywało podobnym wysiłkiem jak wejście na Górę Jeleni. Matterhorn (po niemiecku) lub Monte Cervino (po włosku), bo o tą górę właśnie chodzi, wznosi się na wysokość 4478 m n.p.m. na pograniczu Włoch i Szwajcarii, co daje mu dwunaste miejsce wśród alpejskich szczytów.

 L.p. Nazwa szczytu Wysokość n.p.m. Masyw
1 Mont Blanc 4810 Mont Blanc
2 Mont Blanc de Courmayeur 4748 Mont Blanc
3 Dufurspitze 4634 Monte Rosa
4 Nordend 4609 Monte Rosa
5 Zumsteinspitze 4563 Monte Rosa
6 Signalkuppe 4554 Monte Rosa
7 Dom 4545
8 Liskamm, wschodni wierzchołek 4527
9 Weisshorn 4506
10 Täschhorn 4491
11 Liskamm, zachodni wierzchołek 4479
12 Matterhorn 4478

W tym rejonie gór znajduje się największe skupisko szczytów czterotysięcznych, których w Alpach jest w sumie 82, jednakże Matterhorn, w przeciwieństwie do większości z nich stoi samotny, eksponując w pełni swój doskonały kształt piramidy.

Widok na Matterhorn ze szlaku powyżej Zermatt

Widok na Matterhorn ze szlaku powyżej Zermatt

Jest szóstym pod względem wysokości samodzielnym szczytem alpejskim, co oznacza, że nie jest częścią większego masywu górskiego. Np. Dufurspitze (4634 m n.p.m.) – najwyzszy szczyt Szwajcarii, leży w masywie Monte Rosa, gdzie obok siebie znajduje się aż 10 szczytów czterotysiecznych. W tym ścisku nie prezentują się one tak okazale, jak Monte Cervino. Dufurspitze został zdobyty przez alpinistów angielskich i ich szwajcarskich przewodników w 1855 roku. Do zwycięskiej grupy wspinaczy należał ks.Charles Hudson, który w 10 lat później będzie jednym z tragicznych bohaterów pierwszego wejścia na Matterhorn.

Matterhorn widziany z Grächen

Matterhorn widziany z Grächen

Majestatyczne i budzące szacunek kształty Matterhornu oraz krucha skała tworząca szczyt powodują, że wspinaczka na niego jest wyjątkowo trudna. Pewnie dlatego zdobyto go jako ostatniego z alpejskich olbrzymów. Lata 1854–1865 to czas Złotej Ery Alpinizmu, w której eksploracja Alp nabrała ogromnego przyspieszenia, a góry te zamieniły się w arenę zmagań ówczesnej elity górskiej.

Góry od zawsze fascynują ludzkiego ducha, tak dalece, że Biblia uważa je za uprzywilejowane miejsce spotkania z Bogiem.
/Jan Paweł II/

W 1865 roku dokonano 65 pierwszych wejść w Alpach, 7 w samym masywie Mont Blanc. Zdobycie Matterhornu i feralne wydarzenie w trakcie zejścia ze szczytu stały się symbolicznym końcem Złotej Ery.

Czubek Matterhornu wystający zza Dent Blanche (widok z Grimentz)

Czubek Matterhornu wystający zza Dent Blanche (widok z Grimentz)

Walka o zdobycie Matterhornu toczyła się głównie, niekiedy wspólnie, pomiędzy londyńczykiem Edwardem Whymperem oraz włochem Jean-Antoine Carrelem. W 1865 roku Whymper przybył do Zermatt, aby zaatakować Matterhorn już po raz ósmy. Także i w tym roku towarzyszyć miał mu Carrel. Tymczasem niedawno utworzony Włoski Związek Alpinistyczny, postawił sobie za cel zdobycie Matterhornu przez Włochów. W 1865 r. Quintino Sella, profesor uniwersytetu w Turynie, minister finansów oraz profesor Felice Giordano, geolog badający strukturę Alp organizowali włoską wyprawę na Monte Cervino, mającą wyprzedzić Whympera niemal za wszelką cenę. Kierownictwo wyprawy zaproponowano Carrelowi, a on się zgodził, ponieważ chciał zdobyć Matterhorn dla ugruntowania swojej pozycji najlepszego znawcy gór tego regionu, a to z kim go zdobędzie, było mu obojętne. Wybrał więc swych bogatych i ustosunkowanych rodaków, a nie ambitnego, ale za to niezbyt majętnego Anglika. Poza tym celem Włochów było zdobycie szczytu od południa (z doliny Valtournenche), a nie od strony Zermatt, jak planował Whymper.

Rysunek Matterhornu wykonany przez Edwarda Whympera

Rysunek Matterhornu wykonany przez Edwarda Whympera

Gdy Whymper dotarł na umówione z Włochem spotkanie, ten go okłamał, przepraszając, że muszą wspólną wyprawę przełożyć o kilka dni. Whymper odprawił swych przewodników i spokojnie oczekiwał na Carrela. Nazajutrz jednak dowiedział się, że Włoch wyruszył już do swej ekipy i rozpoczyna atak na Matterhorn. Oburzony oszustwem nie poddał się. Zszedł szybko do Zermatt, gdzie udało mu się uformować zespół, z którym ruszył ostrą jak brzytwa granią Hörnli w kierunku wierzchołka.

Matterhorn i grań Hörnli widziane z Gornergrat

Matterhorn i grań Hörnli widziane z Gornergrat

W skład grupy weszli:

  • Edward Whymper (25 lat) – jeden z najwybitniejszych alpinistów brytyjskich, który w Alpy przyjechał po raz pierwszy w 1860 aby wykonać szkice zamówione przez wydawnictwo Longmana,
  • Michel Croz (35 lat) – wybitny przewodnik alpejski z Chamonix,
  • Lord Francis Douglas (18 lat) – syn markiza Queensberry,
  • ks. Charles Hudson (37 lat) – bardzo doświadczony alpinista,
  • Douglas Hadow (19 lat) – niewiele o nim wiadomo poza tym, że był to jego pierwszy sezon wspinania,
  • Peter Taugwalder ojciec (45 lat) – wybitny szwajcarski przewodnik alpejski,
  • Peter Taugwalder syn (22 lata) – również przewodnik.

Rozgorzała zacięta walka, która toczyła się nie tylko o to, kto zdobędzie szczyt, lecz i z której strony. Za nacjonalistycznymi przesłankami Giordano kryły się bowiem po prostu pieniądze. Strona, z której osiągnie się wierzchołek, ściągnie więcej turystów, których będą gościć i oprowadzać miejscowi górale. Na stokach Matterhornu trwała więc także walka o przyszłość przemysłu turystycznego w słonecznym Valtournenche i ukrytym w głębokiej kotlinie Zermatt.

Matterhorn widziany z Zermatt

Matterhorn widziany z Zermatt

My, którzy wędrujemy po górach, zawsze przedkładamy upór i wytrwałość w dążeniu do ustalonego celu nad czystą siłę. Wiemy, że każda wysokość, każdy krok, muszą być pokonane cierpliwością i ciężką harówką. I że pragnienia nie mogą zastąpić wysiłku.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zwyciężył Whymper mimowolny sprzymierzeniec Szwajcarów. 14 lipca 1865 jego ekipa pierwsza osiągnęła wierzchołek i uczyniła Zermatt jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc na świecie.

Zostaliśmy na szczycie przez godzinę –
Jedną pełną godzinę naszego wspaniałego życia.
Która przeminęła zbyt szybko i zaczęliśmy się przygotowywać do zejścia.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zwycięstwo zostało jednak okupione drogo, gdyż w czasie zejścia cztery osoby zginęły spadając w przepaść. Ze szczytu powrócili jedynie Whymper i Taugwalderowie. Wypadek spowodował najmniej doświadczony z alpinistów Douglas Hadow, który podczas schodzenia przewrócił się i wpadł na prowadzącego Michela Croza, a gdy obaj zaczęli się zsuwać w przepaść, pociągnęli za sobą połączonych z nimi liną Charlesa Hudsona i Francisa Douglasa. Pozostali trzej wspinacze ocaleli, gdyż słabsza lina łącząca Douglasa z Peterem Taugwalderem ojcem pękła. Jak to często bywa w takich wypadkach, pojawiły się podejrzenia, czy lina przypadkiem nie została przecięta. Formalne dochodzenie nie znalazło jednak żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Pęknięta lina znajduje się obecnie w muzeum w Zermatt.

Lina pęknięta przy schodzeniu z Matterhornu (rysunek Edwarda Whympera)

Lina pęknięta przy schodzeniu z Matterhornu (rysunek Edwarda Whympera)

Trzy dni później, 17 lipca 1865 roku po przebyciu grani włoskiej na szczycie stanął zespół Antoine Carrela.

Siedem nieudanych prób wejścia na szczyt Góry Jeleni, pamiętną wyprawę z lipca 1865 oraz inne alpejskie ekspedycje, Whymper opisał szczegółowo w książce „Zdobycie Matterhornu”, do której sam wykonał również ilustracje. Polski tytuł nie oddaje trudności i wysiłku jaki związany był z pionierskimi wyprawami w Alpy. Angielski tytuł Scrambles Amongst the Alps In the years 1860-69 można przetłumaczyć jako „gramolenie się wśród Alp”, co zdecydowanie bardziej oddaje ducha tamtych zmagań.

Edward Whymper wspinał się jeszcze w Ameryce Południowej i Kanadzie dokonując kilku pierwszych wejść. W czasie wyprawy do Ekwadoru zebrał pokaźne materiały do studiów nad chorobą wysokościową i wpływem obniżonego ciśnienia na ludzki organizm. Grenlandię eksplorował, jako jeden z pierwszych używając sań, czym przyczynił się do znaczącego przyspieszenia w badaniach rejonów arktycznych.

Wspinaj się, jeśli chcesz, ale pamiętaj, że odwaga i siła są niczym bez rozwagi, zaś chwila niedbalstwa może przekreślić szczęście całego życia. Nie czyń niczego pochopnie. Uważaj przy każdym kroku i od początku myśl o tym, jaki może być koniec.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zmarł w roku 1911 w Chamonix, wkrótce po powrocie z kolejnej Alpejskiej wyprawy i w tym mieście został pochowany na angielskim cmentarzu.

Pierwsze wejscie kobiece miało miejsce w lipcu 1871, kiedy to rodaczka Whympera, Lucy Walker stanęła na szczycie Matterhornu – wspinając się w długiej flanelowej spódnicy, co było odpowiednie dla wiktoriańskiej damy. Pierwszego polskiego wejścia dokonał w 1894 roku Marian Smoluchowski – pionier fizyki statystycznej, alpinista i taternik. Albert Einstein wykorzystał uzyskane przezeń wyniki badań przy formułowaniu teorii wyjaśniającej chaotyczne ruchy cząstek. Jedno z równań teorii dyfuzji jest znane jako równanie Smoluchowskiego.

W roku 2015 Zermatt świętuje 150 rocznicę pierwszego wejścia na Matterhorn. Liczne imprezy odbywają się w miasteczku przez cały rok. Zachęcam do zerknięcia na stronę kurortu i wybrania czegoś dla siebie z bogatej oferty. Wśród organizatorów i sponsorów nie mogło zabraknąć firmy Mammut, która jest „absolutnie alpejska” i która z okazji tego historycznego alpejskiego wydarzenia przygotowała między innymi limitowaną edycję produktów. Przewodnie hasło obchodów to #Matterhorncalling.

Widok na jubileuszowy T-shirt

Widok na jubileuszowy T-shirt

Także w tym roku, Mammut wraz z firmą Ochsner organizuje 24 godzinną górską wędrówkę. Tym razem jednak, jak się domyślacie, będzie ona związana z jubileuszem zdobycia Matterhornu. Ja wybrałem właśnie ten sposób uczczenia pierwszego wejścia na Matterhorn i zostałem szczęśliwym członkiem zespołu Mammut 24h Hike, który w sierpniu wyruszy na górskie szlaki w okolicach Zermatt i Matterhornu.

Dodać jeszcze należy, że zarówno Chamonix, jak i Valtournenche nie chciały wypaść gorzej i także postanowiły uczcić „stare dobre czasy”, kiedy to Złota Era Alpinizmu osiągnęła swój punkt kulminacyjny.

W góry! w góry, miły bracie!
Tam swoboda czeka na cię.
Na szałase do pasterzy,
Gdzie ze źródła woda bieży,
Gdzie się serce z sercem mierzy
I w swobodę człowiek wierzy!
Tutaj silniej świat oddycha,
Tu się szczerzej człek uśmiecha,
Gdy się wiosną śmieją góry.
/Wincenty Pol, Pieśń o ziemi naszej/

Mammut SIGG Thermo Mug

Uważni czytelnicy mojego bloga zauważyli zapewne w artykule Mammut Lithium Z20 kilka zdjęć zrobionych aparatem Zorka Pięć (cytat z kultowego filmu „Rejs”), na których występował czarny termos ze złotym logo Mammuta. Termos korzystał wtedy z „gościnności” plecaka – głównego bohatera tamtego postu. Teraz przyszedł czas na krótki opis czarnej buteleczki (czarny kolor podobno wyszczupla).

Termos ten, to efekt współpracy starej i szanowanej szwajcarskiej firmy SIGG, z jeszcze starszą i jeszcze bardziej szanowaną szwajcarską firmą Mammut, a w tle tej współpracy wznosi się na wysokość 4478 m n.p.m. majestatyczny szczyt Matterhornu, który po raz pierwszy został zdobyty 150 lat temu (14 lipca 1865). To ważne historyczne wydarzenie będzie w roku 2015 wspominane i świętowane przez różne osoby i instytucje. Firma Mammut jest jednym z organizatorów i sponsorów całego wachlarza imprez związanych z rocznicą zdobycia Matterhornu, a gospodarzem obchodów jest Szwajcarskie miasteczko Zermatt.

Mammut przygotował z okazji 150 rocznicy pierwszego wejścia na szczyt bogatą ofertę produktów. Limitowana kolekcja o nazwie Mammut Matterhorn składa się z kurtek, spodni, czapek, bluz, plecaków, toreb, butów i termosów. Kolorem przewodnim serii jest kolor złoty, a więc wiecie już drodzy czytelnicy, dlaczego logo Mammuta na termosie jest złote, a nie jak zwykle czerwone.

Czuję jednak, że powinniście poznać więcej szczegółów pierwszego wejścia na Matterhorn, dowiedzieć się dlaczego Zermatt jest kojarzone z tym wydarzeniem i co z tym wszystkim ma wspólnego Mammut. Piszę w końcu o tym Mammucie już jakiś czas, a nie napisałem jeszcze jak, kiedy i przez kogo został założony. Te tematy są tak obszerne, że rozwinę je w kolejnym artykule, a tymczasem dokończę opis termosu…

Termos, który wyszedł z fabryki SIGG należy do serii HOT & COLD oferującej 4 objętości w dwóch różnych typach: kubek 0,3 litra i 0,5 litra oraz butelka 0,75 litra i 1 litr. Ja mam przyjemność posiadać wersję półlitrową.

Kubek wykonany jest ze stali nierdzewnej 18/8, czyli zawierającej 18% chromu i 8% niklu, a także inne dodatki pierwiastków stopowych. Jest to jeden z najbardziej popularnych gatunków stali nierdzewnej, szeroko stosowanej w prawie wszystkich branżach, a szczególnie w przemyśle spożywczym.

Na spodzie termosu znajduje się silikonowa podkładka antypoślizgowa, a na górze zakrętka z uchwytem umożliwiającym doczepienie kubka do plecaka. Kiedy odkręci się zakrętkę, otwór kubka zakończony jest dodatkową nakrętką służącą jako wygodny ustnik do picia. Producent ostrzega, że pijąc gorący napój można się poparzyć, ponieważ gorący napój może być… gorący! Jak widać, miał tu swój wpływ szalony amerykański system prawny, dzięki któremu można wygrać w sądzie ogromne pieniądze za utratę zdrowia lub życia w wyniku idiotycznych zachowań, o których Europejczyk nawet by nie pomyślał, a które nie były wymienione na liście ostrzeżeń produktu.

Jedno z najsłynniejszych nietypowych odszkodowań przyznanych na świecie wywalczyła Amerykanka Stella Liebeck w 1994 roku. Sąd przyznał jej 2.9 miliona dolarów odszkodowania od sieci McDonald’s, bo poparzyła się kawą kupioną w jednym z jej barów. Siedząc w samochodzie wsadziła kubek między kolana i próbowała go otworzyć w celu dodania śmietanki i cukru, niestety wylała całą zawartość na swoje nogi i… nie tylko. Ostateczna kwota zapłacona w wyniku ugody nie jest znana. Od momentu przyznania odszkodowania, McDonald’s umieszcza na kubkach z kawą adnotację: Uwaga, gorąca zawartość.

Ciekawym pomysłem jest sitko, w którym można zaparzyć oryginalną herbatę liściastą, czy to czarną, czy zieloną, czy też inną, a następnie łatwo usunąć fusy. Smak napoju i jakość są wtedy dużo lepsze niż w przypadku herbaty ekspresowej w torebkach, która składa się z pyłu herbacianego, a nie całych lub łamanych liści krzewu Camellia sinensis.

Ja już od dawna czułem, że firmy Mammut i SIGG do siebie pasują i instynktownie łączyłem je razem w swoich przygodach sportowych. Widzę, że marketingowcy Mammuta wpadli na ten sam pomysł. Na zdrowie!

Mammut Lithium Z 20

Już za parę dni, za dni parę
weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów,
Pitagoras, bądźcie zdrów,
do widzenia, wam, canto, cantare.
/Halina Kunicka, Lato, lato czeka/

Podstawową ochronę i wspomaganie mojej nożnej siły napędowej opisałem szczegółowo w pierwszym teście sprzętu sportowego, czyli w artykule pod tytułem Mammut MTR Pro Low, gdzie bohaterami były buty do biegania w terenie.

Skoro przenoszenie napędu jest zabezpieczone, mogę przyjrzeć się bliżej zapleczu magazynowemu, czyli plecakowi Mammut Lithium Z 20 (wspominanemu luźno przy okazji mojego celowania w Księżyc).

Zacznę od sprawy najważniejszej, czyli od koloru. Plecak jest zielono-szary (nazwa kodowa dark spring-iron). Bardzo mi się podobają te wyszukane nazwy kolorów jakie stosuje Mammut. Zupełnie jak z amerykańskiego filmu o komandosach ratujących świat przed przeważającymi siłami komunistów, terrorystów lub kosmitów (Alpha Romeo Mike Yankee Alpha Lima Papa Hotel Alpha Bravo Echo Tango). Na zielonym materiale fantastycznie prezentuje się czerwone logo Mammuta! Plecak Lithium Z 20 można sobie sprawić jeszcze w dwóch kolorach (dark orange-iron i smoke-iron). Mnie najbardziej podoba się wersja z zielonym. Over!

Wszel­ka, mój bra­cie, teoria jest szara,
Zielo­ne zaś jest życia drze­wo złote.

Grau, teurer Freund, ist al­le Theorie
Und grün des Le­bens gol­dner Baum. (niem.)

/Johann Wolfgang Goethe, Faust/

Jest to plecak przeznaczony przede wszystkim do biegów górskich, ale nada się do wszelkich aktywności sportowych na świeżym powietrzu. Waży jedynie 630 gramów według producenta. Mnie na wadze kuchennej (której moja żona używa do przygotowywania przepysznych ciast) wyszło trochę więcej, bo około 670 gramów. Jego wymiary wynoszą 48x26x19 centymetrów. Nazwa Lithium w zamyśle projektantów pochodzi pewnie od litu, czyli najlżejszego znanego metalu, o liczbie atomowej 3. Pierwiastek ten jest wysoce reaktywny i palny, dlatego trzeba przechowywać go w olejach mineralnych lub w atmosferze gazów obojętnych. Pamiętam z lekcji chemii, jak kawałek litu wyjęty z nafty i wrzucony do wody kręcił się po jej powierzchni w kółko i rozpuszczał wydzielając ogromne ilości bąbelków (wodoru).

Zamek komory głównej rozpina się aż poniżej połowy wysokości plecaka, dzięki czemu można go wygodnie pakować od przodu, co na pewno doceniłby Jason Bourne poszukujący swojej tożsamości:

Otworzył chlebak i wydostał zeń buty, grube skarpety, zwinięte ciasno spodnie i ciepłą, drelichową koszulę. Gdzieś, kiedyś, w przeszłości nauczył się pakować, wykorzystując miejsce do maksimum; chlebak zawierał o wiele więcej rzeczy, niż można by sądzić. Ale gdzie? Dlaczego? Po co? Pytaniom nie było końca.
/Robert Ludlum, Tożsamość Bourne’a/

Plecak jest przystosowany do zamontowania plastikowego wkładu na wodę (bukłaka) z rurką doprowadzającą płyn do ust. Z komory głównej rurkę można wyprowadzić przez otwory nad pasami naramiennymi z lewej lub z prawej strony i umocować je pod gumowymi uchwytami.

System nawadniający to fantastyczne ułatwienie przy długich biegach, kiedy w każdej chwili można się napić bez konieczności zatrzymywania się i ściągania plecaka. Ważne jest także to, że po włożeniu ustnika ręce są wolne. Pierwszy raz użyłem systemu nawadniającego w plecaku Mammut Lithium Z 20 na biegu Trail du Dents du Midi i jak już pisałem byłem zachwycony.

Plecak ma jeszcze na górze małą kieszonkę z wszytym uchwytem karabinkowym (np. do przypięcia kluczy)…

…i większą zajmującą mniej więcej całą ścianę przednią plecaka (np. na dokumenty, mapy).

Po bokach znajdują się dwie elastyczne kieszenie (np. na zapasowe butelki z wodą, rękawiczki lub czapkę), które mogą być dodatkowo zaciągnięte i zabezpieczone przy pomocy pasków.

System nośny składa się z elastycznych pasów naramiennych, z miękkiej siateczki od strony pleców, która szybko wysycha i pozwala ciału oddychać (3-D Air-Mesh). Od strony zewnętrznej ramiączka wzmocnione są nylonową siateczką. Jak już pisałem, na szelkach są wszyte gumki do umocowania rurki nawadniającej, a także elementy odblaskowe. Pas piersiowy z zapięciem na klipsa i z gwizdkiem można regulować w górę i w dół oraz oczywiście na szerokość. Pas piersiowy zapobiega zsuwaniu się szelek na boki i przemieszczaniu się plecaka w czasie biegu.

Pas biodrowy ma taką samą rolę, a dodatkowo odciąża ramiona (ciężar opiera się dzięki niemu w większości na biodrach). Wykonany jest również z siateczki 3-D Air-Mesh, a na jego lewej części znajduje się jeszcze jedna kieszonka. Moim zdaniem kieszeń jest za bardzo z tyłu i w czasie biegu ciężko do niej sięgać (np. po telefon, który jest obowiązkową częścią ekwipunku w długodystansowych biegach górskich). Jest to jedyny minus, jaki znalazłem w tym plecaku i wierzę, że firma Mammut weźmie sobie do serca moją konstruktywną krytykę i dokona lekkiego face liftingu. Mam nadzieję, że w następnej wersji plecaka Lithium Z 20 kieszonka będzie łatwiej dostępna, czyli przesunięta w kierunku przednim. Można by też od razu dodać drugą, dla symetrii – idealny schowek na małe Conieco do przekąszenia o jedenstej rano

Na tylnej ścianie plecaka, stykającej się z plecami, znajdują się miękkie podkładki z pianki (3-D EVA foam) z kanalikami wentylacyjnymi, a pomiędzy nimi „komin” umożliwiający cyrkulację powietrza.

Plecak na moje potrzeby jest idealny. Fantastycznie trzyma się pleców, jest bardzo wygodny, nie powoduje otarć i pozwala plecom oddychać. I oczywiście jest zielony.

Rzekł niebieski: Słów mi szkoda.
Każdy z czasem wypłowieje.
A zielony tylko dodał:
- Mam nadzieję… Mam nadzieję…
/Jan Brzechwa, Kolory/

Już trochę kilometrów ze mną przebiegł, więc wiem o czym piszę. Tym bardziej, że mój poprzedni plecak trailowy innej firmy nie był tak komfortowy i lekko ocierał skórę (szwy były zrobione z czegoś co przypominało żyłkę do wędki i w miejscach, gdzie ta żyłka wystawała z materiału robiła ze mnie fakira).

Bardzo polecam używanie kijków w czasie długich górskich biegów. Pomagają utrzymać równowagę, odciążają kolana i można się na nich wspierać, jak już ma się za sobą większość trasy i nogi ledwo wloką się jedna za drugą. Nie są one jednak potrzebne przez cały czas i wtedy przydało by się jakieś miejsce do ich transportu. W moim zielonym plecaku…

Bo ja pan, bo ja król,
Wśród zielonych niw i pól!

/Edmund Wasilewski, Krakowiak/

…jest to bardzo ciekawie rozwiązane. W dolnej części plecaka jest metalowa linka, którą można wysuwać i wsuwać. Do niej wkłada się jeden koniec kijków, a drugi umocowuje w górnej części plecaka przy pomocy zaciąganego paska z klipsowym zapięciem.

Do plecaka można jeszcze teoretycznie doczepić różne przedmioty, które uważa się za niezbędne w czasie zawodów, treningu czy wycieczki (np. kubek). Służą do tego 4 bardzo mocne zaczepy na przedniej części plecaka i 2 na szelkach.

W praktyce, w czasie zawodów dodatkowe rzeczy dyndające przy plecaku tylko zaburzają równowagę i powodują niepotrzebny hałas, ale na spokojną wycieczkę w gronie rodziny lub przyjaciół można zawiesić tam cały Sklepik z marzeniami.

MTR 201 Pro Low

Mammut MTR 201 Pro Low

Ostatnio mniej pisałem, a więcej biegałem, co wynikało z pewnego zadania, którego się podjąłem – mogę z dumą powiedzieć, że biegałem i… testowałem. Testowanie jest dla mnie rzeczą nową, a wyzwanie jest tym większe, że za obiekt testu wybrałem buty biegowe mojego ukochanego Mammuta (przepraszam za to intymne stwierdzenie). Miłość to piękne uczucie, ale staje się jeszcze piękniejsze po przetestowaniu w ekstremalnych warunkach.

Miłość jest rozkosznym kwiatem, ale trzeba mieć odwagę zerwać go na skraju przepaści.
/Henri Stendhal/

Jak to zwykle bywa z… pierwszym razem, chciałem do niego podejść w sposób szczególny. Długo myślałem jak przeprowadzić taki test, żeby w subiektywny, a zarazem obiektywny sposób pokazać wszystkie cechy butów do biegów górskich Mammut MTR 201 Pro Low. Myślałem i wymyśliłem – najlepiej zrobić to po swojemu.

***

Buty Mammut MTR 201 Pro Low pojawiły się w moim życiu w czarnym pudełku z czerwonym logo Mammuta. Były one dodatkowo owinięte w oryginalny papier pakowy pokryty napisami MAMMUT. Dla biegania nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, ale świadczy o klasie produktu. Szwajcarskie zegarki mają też kilka warstw opakowania, przez które trzeba się przedrzeć zanim nastąpi sam moment założenia zegarka na rękę. Po wyjęciu z pudełka i papieru, szybko założyłem buty na nogi i wyszedłem pobiegać… Aha, jeszcze obciąłem metki.

To źle, że miłość, choć ślepa i głucha,
Idzie, gdzie zechce i czego chce słucha.
/William Shakespeare, Romeo i Julia/

Na wszelki wypadek przypominam, że pierwsza przebieżka w nowych butach powinna być krótka, żeby uniknąć obtarć i bąbli, które często pojawiają się przy zmianie obuwia biegowego na nowe. Czy to dzięki krótkiemu, 10 kilometrowemu dystansowi, czy może dzięki odporności moich zgrabnych stóp, czy może wreszcie dzięki jakości obuwia, nic złego się nie wydarzyło i pierwsza próba wypadła pomyślnie.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia, od ostatniego wejrzenia, od każdego, wszelkiego wejrzenia.
/Vladimir Nabokov, Lolita/

Ale po kolei. Testowany model jest w szałowym, zielono-czerwonym kolorze o technicznej nazwie “wiosenne piekło” (spring-inferno); można wybrać także kolory inferno-black, dark cyan-sunglow i light grey-imperial. Buty ważą 742 gramów (rozmiar UK 10,5), co prawdopodobnie zgadza się z danymi producenta, który podaje w specyfikacji 676 g dla rozmiaru UK 8,5.

MTR 201 Pro Low nie są wodoodporne, co może być minusem w czasie biegu w deszczu, ale dzięki temu są lżejsze od modeli z membraną GORE-TEX (mają one dodatkowe trzy literki GTX w nazwie) o ponad 100 g, co z kolei może mieć znaczenie przy biegach na długich dystansach, kiedy pod koniec trasy każdy dodatkowy gram czuje się w nogach. Zamiast cięższej wodoodpornej membrany, w tym modelu użyto lekkiej siatki, która szybko wysycha po zmoczeniu i pozwala stopie oddychać.

Dużo biegałem po mokrych, błotnistych nawierzchniach, w czasie deszczu i po deszczu, w pobliżu rzek i strumieni. Siateczka przemaka błyskawicznie, ale… kiedy tylko kończy się kontakt z wodą, zaczyna szybko wysychać i jeżeli mam tyle szczęścia, że w końcu wychodzi słońce, to do domu dobiegam już w suchych butach. Dodatkowo, ta lekka siateczkowa konstrukcja dobrze przepuszcza powietrze i odprowadza ciepło ze stopy. Dlaczego tak się dzieje widać dokładnie patrząc “przez buta” pod światło.

There should be laughter after pain There should be sunshine after rain /Mark Knopfler, Why Worry/

There should be laughter after pain
There should be sunshine after rain
/Mark Knopfler, Why Worry/

Materiały zastosowane wewnątrz buta są miękkie w dotyku i powodują, że stopa czuje się komfortowo. Na zewnątrz natomiast, w newralgicznych miejscach zastosowano dodatkowe gumowe wzmocnienia (Rubber toe cap) i system wsparcia pięty (360 Heel Support). Jak opisywał Wiktor Suworow, były żołnierz sowieckiego Specnazu, w książce “Akwarium”, materiały zastosowane w ubiorze komandosa powinny być od strony podszewki delikatne, jak skóra kobiety, a z zewnątrz szorstkie jak skóra nosorożca. Buty Mammut MTR 201 Pro Low spełniają te wymagania.

Teraz dyskusyjna sprawa sznurówek, a raczej MTR Speed Lace System, który może, ale nie musi się podobać. Jak sama nazwa wskazuje, dzięki temu systemowi szybciej zawiązuje się buty. Z tym punktem całkowicie się zgadzam – robi się to błyskawicznie. Następnie jednak trzeba pozostały “nadmiar” sznurówek gdzieś schować. Jest do tego przygotowana specjalna kieszonka w języku buta, ale ponieważ znajduje się ona pod już zaciągnietymi sznurówkami, ciężko jest do niej upchnąć ich końcówki. Ale jak się to już zrobi, to siedzą tam i nie wypadają. W razie potrzeby, sznurowadła można też… zwyczajnie zasznurować.

Agresywny dwukierunkowy bieżnik trzyma się dobrze (powiedziałbym nawet doskonale) na prawie wszystkich rodzajach nawierzchni. Mammut nadał mu nazwę kodową Sonar, ponieważ jego forma wzorowana była na kształcie rozchodzących się we wszystkich kierunkach fal sonaru; czyli… “Polowanie Na Czerwony Październik”. Testowałem go na błotnistych leśnych szlakach, ostrych górskich głazach, szutrowych ścieżkach, a nawet na śniegu.

Zarówno przy odbiciu, przyspieszaniu i biegu pod górę, buty trzymają się nawierzchni jakby były przyklejone. Tak samo zachowują się w trakcie szybkiego zbiegania połączonego nawet ze skokami i zapewniają doskonałe tarcie podczas hamowania, gdy trzeba zwolnić. Zeskakując na luźny szuter prawie nie ma poślizgu i można szybko biec dalej.

Jedyną niebezpieczną przygodę związaną z butami Mammut MTR 201 Pro Low przeżyłem nad brzegami rzeki La Venoge. Był to jednorazowy przypadek, ale moim obowiązkiem jest o nim poinformować. To tak, jak ze skutkami ubocznymi lekarstw – jednemu pacjentowi na stu wyskoczą krosty na du…, ale w ulotce informacyjnej trzeba napisać, że lekarstwo może powodować wysypkę. Biegłem zatem piękną trasą wzdłuż rzeki La Venoge, na północ od jej ujścia do Jeziora Genewskiego przy Préverenges. Biegłem i podziwiałem dziką okolicę, dodatkowo zdziczałą przez wysoki poziom wody w rzece.

Lekko mżyło. Nagle, kiedy patrzyłem w bok na imponujący wodospad, wbiegłem na mokre płaskie kamienie leżące tuż przy brzegu i zacząłem szaleńczy taniec jak bohaterowie kreskówek, którzy nadepnęli na skórkę banana. I tak, jak bohaterom kreskówek, udało mi się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Byłem tak zdziwiony tym zupełnym brakiem przyczepności, że zawróciłem i przyjrzałem się kamieniom. Były, jak już pisałem, płaskie i pokryte jakimś zielonym nalotem (mchem?). Przejechałem po nich butem kilka razy i było jak na lodowisku. Wróciłem w to samo miejsce jakiś czas później przy pięknej pogodzie i z pewną taką nieśmiałością wbiegłem na kamienie. Tym razem były suche i nawet o milimetr stopa mi się nie przesunęła. Z tej przygody wysnułem więc taki wniosek, że mokry mech na kamieniach nie jest dobrym podłożem dla butów Mammut MTR 201 Pro Low (na marginesie dodam, że chyba dla każdych butów).

Podsumowując, buciki Mammut MTR 201 Pro Low dobrze mi się sprawuje. Nogi się w nich nie męczą, przyczepność do podłoża (oprócz mokrego mchu) jest rewelacyjna, schną szybko, pozwalają stopie oddychać i… są ładne. Wygląda na to, że będziemy razem dłuuuugo biegać, tym bardziej, że zbliża się Swiss Irontrail (91 km).

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.
/Antoine de Saint-Exupéry/

***

P.S. Z tyłu butów, na paskowym uchwycie pomagającym założyć je na nogę, znajduje się jakaś tajemnicza długość i szerokość geograficzna… Moja wrodzona ciekawość zmusiła mnie żeby sprawdzić, jaki punkt na powierzchni ziemi reprezentują współrzędne 47 36° N i 08 16° E. Musiałem najpierw zrozumieć w jakim formacie podana jest długość i szerokość geograficzna:

  • stopnie, minuty i sekundy (DMS),
  • stopnie i minuty (DM),
  • stopnie w zapisie dziesiętnym (DD).

Po próbach w konwerterze współrzędnych geograficznych, doszedłem w końcu do wyniku, który wskazał punkt w Szwajcarii, w kantonie Aargau, w dystrykcie Lenzburg, w mieście Seon, przy ulicy Birren, przy której znajduje się… fabryka i centrala firmy Mammut. No to strzał w dziesiątkę!

Mammut on the run with Mr Muscle

Mammut w biegu z Panem Mięśniakiem

W brudnym świcie smutnych miast
pełnych wiatrów bezlitosnych
mignie czasem twoja twarz
jak niepewne mgnienie wiosny.
W przystankowy, zmięty tłum
jakby cisnął ktoś dla żartu
bzu białego bukiet lub
same najszczęśliwsze karty.
/Jan Pietrzak, Nadzieja/

Moja przygoda z Mr MuscleWC Kaczką i ptaszkiem Kiwi (który but ożywi) trwała krótko „jak niepewne mgnienie wiosny” z piosenki Jana Pietrzaka. Zupełnie inaczej wyglądało to w poprzedniej korporacji – tam przepracowałem aż siedemnaście mgnień (lat).

Skoro już nawiązałem do słynnego radzieckiego serialu z lat siedemdziesiątych XX wieku, pod tytułem „Siedemnaście mgnień wiosny”, wypada coś więcej o nim napisać i przytoczyć kilka dowcipów o głównym bohaterze, który był Chuckiem Norrisem tamtych czasów (oczywiście po tej biedniejszej stronie Żelaznej Kurtyny).

Pułkownik Maksym Maksymowicz Isajew działa w Berlinie jako tajny agent wywiadu radzieckiego Standartenführer Max Otto von Stirlitz. Przeniknął w szeregi SS i pracuje w Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy. Motywem przewodnim filmu jest realizacja zadania jakie Stirlitz otrzymuje z centrali w Moskwie – dowiedzieć się, który z przywódców III Rzeszy próbuje nawiązać rokowania z aliantami zachodnimi w… Szwajcarii. Ma uzyskać dowody, że takie rozmowy się toczą, aby zapobiec zawarciu separatystycznego pokoju pomiędzy hitlerowcami a mocarstwami zachodnimi. Isajew dzięki swojej niebywałej inteligencji, opanowaniu i dużemu szczęściu oczywiście wykonuje zadanie. Nie obywa się to jednak bez przeszkód. Musi zmierzyć się z szefem Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Kaltenbrunerem, który mając wobec niego podejrzenia, zleca jego obserwację, oraz z szefem Gestapo Müllerem.

Stirlitz szedł ulicami Berlina, coś jednak zdradzało w nim szpiega: może czapka-uszanka, może walonki, a może ciągnący się za nim spadochron?

Stirlitz wolnym krokiem zbliżył się do lokalu kontaktowego. Zapukał umówione 127 razy. Nikt nie otworzył. Po namyśle wyszedł na ulicę i spojrzał w okno. Tak, nie mylił się. Na parapecie stały 63 żelazka – znak wpadki.

Dom Stirlitza okrążyli gestapowcy.
- Otwieraj! – krzyknął Müller.
- Stirlitza nie ma w domu! – powiedział Stirlitz.
W ten oto sprytny sposób Stirlitz już piąty raz przechytrzył Gestapo.

Gestapo obstawiło wszystkie wyjścia, ale Stirlitz ich przechytrzył. Uciekł przez wejście.

Stirlitz się zamyślił. Spodobało mu się to, więc zamyślił się jeszcze raz.

Koniec żartów, wracam do głównego tematu.

Od początku procesu rekrutacji firma S.C. Johnson stawiała sprawę jasno, że jest to praca czasowa. Potrzebowali kogoś, z doświadczeniem, który szybko ogarnie sytuację w trudnym okresie zmian i restrukturyzacji, ale niestety nie zostanie zatrudniony na stałe. Przewidywano, że kontrakt będzie trwał 6 miesięcy. Finalnie okazało się, że byłem potrzebny nieco dłużej i umowę przedłużono do 24 miesięcy. Z żalem rozstaję się z firmą i z ludźmi, ponieważ było… inaczej niż poprzednio.

Spokojniejsza atmosfera i mniej „śmiertelnych linii” (uwielbiam to dosłowne tłumaczenie angielskiego słowa deadlines) wynikają z rozmiaru firmy i struktury własności, gdyż S.C. Johnson nie jest notowany na giełdzie. Nie jestem psychologiem i nie przeprowadzałem badań, więc nie mogę tego stwierdzić z całą pewnością, ale ze zwykłej obserwacji wysnułem wniosek, że ma to kojący wpływ na zachowania pracowników i ich przełożonych.

Fragmenty kolejnego akapitu zostały ocenzurowane przez Amerykańską Senacką Komisję Handlu, Nauki i Transportu (U.S. Senate Committee on Commerce, Science and Transportation), ze względu na kluczowe znaczenie zagadnień, którymi się zajmowałem dla żywotnych interesów tej amerykańskiej firmy rodzinnej, założonej w 1886 roku, w Racine, w stanie Wisconsin.

Oprócz usystematyzowanego procesu zamykania miesiąca, █████████████████████, przejrzystego raportowania odchyleń, ███████████████████████████████████████████████████, regularnego monitorowania kosztów wdrożenia europejskiego projektu CLP (Classification, Labeling and Packaging), █████████████████████ i ███████████████████████████, chciałem zostawić po sobie coś zupełnie innego, ale bezpośrednio związanego z atmosferą w biurze (choć może trafniej jest napisać – poza biurem).

***

Pracownicy firm mieszczących się na terenie ZA La Pièce (ZA – zone artisanale) są bardzo uprzywilejowani. 20 metrów od wysuniętego najbardziej na zachód budynku B1, za drogą Route de l’Etraz zaczynają się pola uprawne, ciągnące się dalej na zachód w kierunku Nyon i Genewy. Zgodnie z zasadami płodozmianu, miejscowi rolnicy sadzą na nich różne rośliny: kukurudzę, słonecznik, rzepak, buraki, marchewkę oraz zboże.

Kwitnący rzepak

Kwitnący rzepak

Rzepak tuż przed zbiorami

Rzepak tuż przed zbiorami

Co jakiś czas pojawiają się także sady owocowe.

Niosło raz dziecię wody dzbanuszek
Spotkał je w drodze siwy staruszek,
I rzekł do niego z uprzejmą minką:
Pozwól się napić, dziecinko! –
Dziecina chętnie schyla dzbanuszka,
I napoiła wodą staruszka.

Raz koło sadu szła ta dziecina,
Patrzy… z owocem drzewo się zgina:
Jakżeby rada zjeść klika gruszek!
Aż tu wychodzi siwy staruszek:
Ową dziecinę dobrą poznaje
I najpiękniejszych gruszeczek daje.
/Stanisław Jachowicz, Dziecię i staruszek/

Przez malownicze i zadbane pola przebiegają równe jak stół, betonowe ścieżki, którymi rolnicy mogą dojechać do swoich terenów i zadbać o to, żeby były jeszcze bardziej malownicze i zadbane.

Dróżki te idealnie nadają się też do biegania i z zadowoleniem mogę stwierdzić, że używałem ich do tego celu regularnie! Nie robiłem tego sam. Tak się złożyło, że moi koledzy i koleżanki z S.C. Johnson oraz sąsiednich firm, byli bardzo usportowieni. Co istotne, wyższe szczeble zarządzania biegały również bardzo regularnie i udzieliły błogosławieństwa na znikanie na 1 – 1,5 godziny w ciągu dnia pracy. Oczywiście zadania i obowiązki musiały być wykonane z najwyższą starannością, a czas pobytu w biurze odpowiednio wydłużony. Chociaż nie zawsze… Wspominałem już, że piątkowe popołudnia w okresie letnim przeznaczone były na wycieczki rowerowe dla chętnych; niezainteresowani mogli po prostu wrócić wcześniej do domu.

***

Wybiegając z siedziby S.C. Johnson (budynek B3), czy to wyjściem głównym (południowym), czy też tylnym (północnym), kieruję się na zachód. Po około 200 metrach, za ostatnim budynkiem B1, wbiegam nieco w górę na Route de l’Etraz, skręcam w prawo i zaraz w lewo (tak jak wskazują drogowskazy drogi rowerowej), i kontynuuję betonową ścieżką dalej na Zachód…

Na Zachód...

Na Zachód…

(Go West) Life is peaceful there
(Go West) In the open air
(Go West) Baby you and me
(Go West) This is our destiny
(Go West) Sun in wintertime
(Go West) We will do just fine
(Go West) Where the skies are blue
(Go West, this is what we’re gonna do)
/Pet Shop Boys/

Dróżka biegnie początkowo równolegle do autostrady Lozanna – Genewa, pod drutami wysokiego napięcia. Po 650 metrach podbiegam lekko w górę, na Route de Gilly i skręcam w prawo w kierunku niedalekich wzgórz. Po 100 metrach skręcam w lewo, znów na betonową drogę rolniczą Sur la Dolle. Nazwa pewnie wywodzi się od szczytu La Dolle, który widać na wprost w niezbyt odległych górach Jura.

Sur la Dolle

Sur la Dolle

Biegnę prosto jak po sznurku, mijam znajdujący się po lewej stronie sklep ogrodniczy i za gospodarstwem z wybiegiem dla koni skręcam w prawo w Chemin du Bois de Beaulieu. Ci, którzy nie zgadzają się z Biffem Tannenem z Powrotu do przyszłości, który nie cierpiał obornika („Je deteste fumier”), mogą zabrać nawóz na własne potrzeby…

Obornik do wzięcia

Obornik do wzięcia

Po 160 metrach dobiegam do ważnego punktu trasy, ponieważ tutaj trzeba podjąć decyzję, czy dalszy ciąg treningu będzie w terenie płaskim, czy też pagórkowatym.

Punkt decyzyjny

Punkt decyzyjny

Trasa po płaskim (wraz z kilkoma wariantami) jest doskonale znana wszystkim biegaczom z ZA La Pièce. Opiszę trasę mniej używaną, trudniejszą i dziką. Mam nadzieję, że zachęci to moich partnerów biegowych z biura do nowych sportowych wyzwań w terenie górzystym…

- Ale dlaczego pod górkę?! – zajęczała Katastrofa.
– Bo jesteśmy w górach, a w górach tak to już jest, że nie można cały czas schodzić z górki. Czasem wchodzi się pod górkę, ale za to wraca się z górki – wydyszał jednym tchem Pypeć.
/Wojciech Widłak, Pan Kuleczka/

Zostawiam zatem drogę rowerową i skręcam w prawo lekko pod górkę. Przekraczam główną drogę Route de l’Etraz i kontynuuję podbieg mając po prawej stronie koryto wąskiego strumienia, a po lewej krzewy winogron. Za narożnikiem winnicy skręcam w lewo i biegnę prosto aż do ulicy Les Truits, gdzie skręcam w prawo, a następnie znów w prawo, pod górę, w kierunku Vincy, jak pokazuje znak drogowy.

W kierunku Vincy

W kierunku Vincy

Na końcu Route Sous-Vincy, po lewej stronie znajduje się kościół, który mijam i przekraczając Route de Tartegnin, biegnę dalej w górę po Route de Vincy.

Wreszcie wbiegam do samego Vincy. Droga skręca łukiem w prawo przy okazałym budynku przypominającym dwór – jest to Château de Vincy. Dalej, na skrzyżowaniu skręcam w lewo i zaraz w prawo w kierunku szpitala. Mijam stojącą po prawej stronie fontannę, a następnie kolejny okazały budynek po stronie lewej. Po chwili, przed strumykiem, zostawiam drogę główną i skręcam w lewo, w stromą drogę asfaltową przez las (Chemin des Vaux).

W lewo pod górę

W lewo pod górę

Teraz tylko ja i droga w górę… Cisza… przerywana dźwiękiem krowich dzwonków na łące po prawej stronie… Spokój… (przez 9 miesięcy regularnego biegania minęło mnie na tej drodze maksymalnie 5 samochodów lokalnych mieszkańców). Ja i droga w górę…

Systematycznie wspinam się wyżej i wyżej. Po prawej stronie szemra strumyk Gillière. Nie zbaczam w żadne ścieżki odchodzące z drogi asfaltowej w prawo i lewo (chociaż są to możliwe warianty trasy dla ciekawskich). Po około 600 metrach od początku tej drogi mijam po lewej stronie stację wodociągową (Service des Eaux).

Świeża woda zdrowia doda

Świeża woda zdrowia doda

Za budynkiem z 1980 roku nadal prosto, aż do miejsca na pierwszym kilometrze od początku wspinaczki (około 4 km od startu).

Zmiana nawierzchni z asfaltu na szuter

Zmiana nawierzchni z asfaltu na szuter

Można stąd biec dalej w górę po asfalcie (co czasami robiłem), dzisiaj jednak wybieram ścieżkę w prawo. Przekraczam strumyk i szutrową dróżką (szuter – drobno pokruszone kamienie używane m.in. do wysypywania nawierzchni drogowych), zakręcającą łagodnym łukiem w prawo, dalej wspinam się w górę. Cały czas trzeba systematycznie piąć się coraz wyżej i wyżej. Ścieżka wije się po zalesionych stokach raz na północ, raz na południe.

Raz na północ, raz na południe, ale cały czas w górę...

Raz na północ, raz na południe, ale cały czas w górę…

Wreszcie, po około kilometrze od przekroczenia strumyka (5 km od startu w ZA La Pièce) dobiegam do najwyższego punktu trasy (760 m n.p.m). Roztacza się stąd wspaniały widok w kierunku wschodnim. Na pierwszym planie widać przeciwległy stok i ścieżkę, po której biegnie jakiś facet w zielonej kurtce Mammut Kento DRY Tech Premium, spodniach MTR 201 3/4 Tights, czapce Stollen Beanie i butach MTR 201 Pro Low.

Machamy do siebie! Dziwne, gość mi kogoś przypominał…

Dziwne, gość mi kogoś przypominał...

Dziwne, gość mi kogoś przypominał…

Dalej widać Jezioro Genewskie i wreszcie alpejskie szczyty od Rochers de Naye do Dent d’Oche.

Perspektywa

Perspektywa

Zbiegam kilkadziesiąt metrów w dół i skręcam w prawo, jeszcze bardziej w dół (ścieżka na wprost do góry prowadzi finalnie do jakiejś farmy). Zbiegając w dół zbliżam się do drewnianego szlabanu… Nagłe zawirowanie czasoprzestrzeni przerzuca mnie na jego drugą stronę i wgniata w ziemię. Szybko wstaję, przełykam ślinę, żeby odetkać uszy po nagłym skoku ciśnienia i ruszam dalej w dół. Spoglądam w prawo i widzę jakiegoś faceta w zielonej kurtce Mammut Kento DRY Tech Premium, spodniach MTR 201 3/4 Tightsczapce Stollen Beanie i butach MTR 201 Pro Low wbiegającego na najwyższy punkt trasy, na który przed chwilą sam wbiegałem.

Machamy do siebie! Dziwne, gość mi kogoś przypominał…

Dziwne, gość mi kogoś przypominał...

Dziwne, gość mi kogoś przypominał…

Ścieżka tym razem systematycznie obniża się w kierunku wschodnim-południowo-wschodnim. Po deszczu trzeba uważać, bo może być bardzo ślisko. Po jakimś czasie, przy zadaszonych drewnianych ławkach, droga zakręca o 180° w prawo, w kierunku zachodnim-północno-zachodnim.

180 stopni w prawo

180 stopni w prawo

Za drewnianym szlabanem ścieżka znowu zmienia kierunek na wschodnio-południowy i okazuje się, że ten fragment był kiedyś asfaltowy. Biegnąc w okresie jesienno-zimowym, w dole po prawej można dostrzec dach Hôpital de Gilly. W końcu ścieżka wybiega z lasu.

Biegnąc w prawo dostałbym się do szpitala. Dziękuję, nie skorzystam. Nie polecam też wariantu w lewo w górę, z powrotem do lasu. Sprawdziłem. Trzeba przedzierać się przez krzaki malin, kaleczące łydki, wspinać się stromym jarem, a następnie przejść przez ogrodzenie z drutu kolczastego i przez pastwiska dostać się w końcu do drogi Route de Châtel prowadzącej w dół do Tartegnin. Biegnę zatem prosto w dół wzdłuż winnicy do drogi La Bossenaz i skręcam w lewo. Droga prowadzi stromo w dół i dlatego wyłożona jest karbowanymi betonowymi płytami, żeby samochody nie ślizgały się w czasie deszczu lub w zimie.

Traction control system

Traction control system

Za zakrętem w prawo, mijam znajdujące się po lewej stronie wysypisko śmieci (déchetterie). Kilkanaście metrów niżej skręcam w prawo w Route de Beauregard, a po kolejnych 200 metrach kieruję się w lewo na Rolle.

Kierunek Rolle

Kierunek Rolle

Rue des Pressoirs prowadzi cały czas w dół przez Tartegnin (nazywane Pays du bon vin), a następnie przez winnice, aż do głównej drogi Route de l’Etraz. Dobiegam do budynku B3 po około 8,2 kilometrach. Przebiegnięcie trasy zajmuje mi około 50 minut, potem jeszcze prysznic i pełen energii zasiadam znów przy komputerze. Znaczy się… zasiadałem.

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mnie żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.
/Juliusz Słowacki, Testament mój/

Opactwo Benedyktynów

Na prawym brzegu Wisły… (Pasterka u Benedyktynów)

Minął już ponad rok od wydarzenia, które zmieniło losy Wszechświata i wpłynęło na życie wielu jego mieszkańców. Nawet Kroniki marsjańskie wspominały o tym istotnym wydarzeniu. Jak już doskonale wiecie (powtarzam to przecież przy każdej okazji), po rozstaniu z moją „prawdziwą rodziną” zacząłem pisać bloga.

***

Jednym z pierwszych wpisów była Pasterka na Srebrnej Górze z 24 grudnia 2013.

Historia kołem się toczy, więc w rok później, po wieczerzy wigilijnej, zgodnie z tradycją wyruszyłem poszukać Słowa, które stało się ciałem…

– Ona nie może się tak nazywać: Tradycja!
– Dlaczego niby?
– Pytasz, dlaczego? No bo tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić ani jej ustanowić. Kto inaczej sądzi, świeci jak zgasła świeczka na słonecznym dworze. Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem, to jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza… To jest ludu śpiewanie, to jest ojców mowa, to jest nasza historia, której się nie zmieni. A to co dookoła powstaje, od nowa, to jest nasza codzienność, w której my żyjemy.
/węglarz Tłoczyński odpowiada ojcu dziewczynki o imieniu Tradycja; „Miś, reż. Stanisław Bareja/

Tym razem zeszłoroczni uczestnicy nie znaleźli w sobie wystarczającej ilości Mocy, więc do klasztoru Benedyktynów w Tyńcu wyruszyłem samotnie.

Widok na Opactwo Benedyktynów  z przeciwnego brzegu Wisły

Widok na Opactwo Benedyktynów z przeciwnego brzegu Wisły

Tyniec leży na zachodnim krańcu Krakowa, nad Wisłą, która w tym miejscu tworzy malowniczy przełom wśród wzgórz zbudowanych z wapienia jurajskiego, nazywany Bramą Tyniecką.

Widok z dziedzińca opactwa w górę biegu Wisły. Po prawej stronie  wapienne skałki w Piekarach

Widok z dziedzińca opactwa w górę biegu Wisły. Po prawej stronie wapienne skałki w Piekarach

Obecnie Tyniec należy administracyjnie do Dębnik, jednej z dzielnic Krakowa. Miejsce to jest tak cenne przyrodniczo i historycznie, że jest częścią Bielańsko-Tynieckiego Parku Krajobrazowego. Obejmuje on fragment doliny Wisły na odcinku Ściejowice – Kraków wraz z trzema ważniejszymi kompleksami leśnymi: Laskiem Wolskim oraz drzewostanami w okolicach Tyńca i Czernichowa.

 

Dolina Wisły w okolicach Tyńca. Za rzeką Las Wolski i Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze

Dolina Wisły w okolicach Tyńca. Za rzeką Las Wolski i Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze na Bielanach

Nazwa parku wywodzi się od dwóch starych klasztorów położonych w jego granicach, na przeciwległych brzegach Wisły: Eremu Ojców Kamedułów na Bielanach (o którym to pisałem rok temu) oraz Opactwa Ojców Benedyktynów w Tyńcu.

Widok na klasztor od strony Piekar

Widok na klasztor od strony Piekar

Etymologia nazwy Tyniec wywodzi się natomiast od staropolskiego słowa „tyn”, które oznacza miejsce warowne. Można zatem wnioskować, że w Tyńcu znajdowały się umocnienia lub obwarowania, co zresztą potwierdzają badania historyczne.

Pierwsze ślady osadnictwa w rejonie Tyńca datowane są na 800-650 lat p.n.e. (V okres epoki brązu), kiedy istniało tu niewielkie grodzisko.

Dużo większe i lepiej zachowane fragmenty osadnictwa prehistorycznego można znaleźć niecały kilometr na południe od opactwa, w obrębie Góry Grodzisko (280 m n.p.m.). Zarośnięte trawą obwałowania mają kilka metrów wysokości, a w niektórych miejscach na zboczu można przy odrobinie dobrej woli rozpoznać pierwotną, kamienną konstrukcję wału. Pod tym kamiennym nasypem archeolodzy odnaleźli resztki drewnianej palisady. Na podstawie badań, oceniono, że grodzisko pochodzi z wczesnej epoki żelaza (ok. 500-400 lat przed naszą erą).

Czasy pomiędzy prehistorią, a historią, płynnie wypełnia legenda o Walgierzu Wdałym i Helgundzie, spisana po łacinie w średniowiecznej Kronice Wielkopolskiej, na przełomie XIII i XIV wieku.

Walgierz Wdały (czyli w języku staropolskim – mocny, rosły, dobrze zbudowany, przystojny), znany ze swej siły i urody właściciel Tyńca, podczas pobytu na francuskim dworze zakochał się w córce króla, pięknej Helgundzie, którą ojciec chciał wydać za królewicza alemańskiego (w innej wersji – wysłać do klasztoru). Chcąc skłonić jej serce ku sobie, przez trzy kolejne noce śpiewał pod jej oknem wzruszające pieśni.

Średniowieczną tradycję śpiewania nocą pod oknem ukochanej wykorzystywano w sztuce wielokrotnie /H.J. Chmielewski, Tytus, Romek i A'Tomek, księga XVI/

Średniowieczną tradycję śpiewania nocą pod oknem ukochanej wykorzystywano w sztuce wielokrotnie /H.J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, księga XVI/

Ostatecznie Helgunda pokochała Walgierza (chyba miała już dość jego zawodzenia pod oknem) i wraz z wybrankiem serca udała się do zamku w Tyńcu. Po drodze Walgierz musiał pokonać straszliwie obrażonego królewicza niemieckiego, który z zemsty za odrzucenie zalotów przez Helgundę, zastawił pułapkę na zakochanych uciekinierów.

Po powrocie do zamku, poddani Walgierza skarżyli mu się na krzywdy doznane od Wisława Pięknego, pana Wiślicy. Walgierz zaatakował zamek Wisława, pojmał go i wtrącił do lochu. Po jakimś czasie, jak to miał w zwyczaju, wyruszył na kolejną wyprawę awanturniczo-przygodową.

Helgunda, nękana samotnością, wypuściła więźnia z lochu. Urzeczona jego urodą (miał w końcu przydomek Piękny) szybko zapomniała o mężu i zaprosiła Wisława do swojej alkowy. Obawiając się jednak zemsty małżonka, Helgunda z kochankiem uciekła do Wiślicy – bo to zła kobieta była.

Wkrótce potem Walgierz powrócił z wyprawy. Dowiedziawszy się o niewierności żony, zapałał straszliwym gniewem i ruszył na zamek Wisława. Tam jednak został ponownie oszukany przez żonę, która obiecując wydać mu swojego kochanka, wpuściła go do zamku, gdzie w zasadzce czekali już rycerze Wisława. Walgierza zakuto w łańcuchy i uwięziono w klatce, z której co wieczór musiał obserwować miłosne uciechy Helgundy i Wisława. Jedyną osobą, która okazała serce uwięzionemu, była siostra Wisława, która powiedzmy to łagodnie, nie grzeszyła urodą. Uzyskawszy wcześniej od Walgierza obietnicę małżeństwa potwierdzoną przysięgą (brzydka, ale nie głupia), potajemnie dostarczyła mu klucze do kajdan i miecz. Gdy znowu kochankowie cieszyli się sobą, Walgierz zrzucił łańcuchy, wyszedł z klatki i pozbawił oboje życia.

Utwór łączy wątki rycerskiej tradycji zachodnioeuropejskiej z rodzimymi polskimi podaniami. Istniało kilka wersji eposu o Walterze (Walgierzu). Pierwotnie utwór opisywał ucieczkę Waltera i Helgundy z kraju Hunów i walkę o wiezione przez zbiegów skarby króla Attyli. Opowieść zawarta w Kronice Wielkopolskiej z podstawowego tworzywa eposu zachowuje imiona głównych bohaterów i motyw ich ucieczki. Jej kierunek zostaje jednak odwrócony: Walgierz i Helgunda uciekają na wschód, z Paryża do Polski. Z opowieści znikają Hunowie i dwór króla Attyli, pojawiają się natomiast elementy charakterystyczne dla XII i XIII wiecznej poezji dworskiej: walka o miłość i uznanie kobiety, śpiewanie pod oknem ukochanej. Zupełnie nowy jest też motyw wiarołomnej żony.

Legendę o Walgierzu i Helgundzie przytoczył Henryk Sienkiewicz w „Krzyżakach”, a nawiązywał do niej Stefan Żeromski w poemacie prozą, pod tytułem „Powieść o Walgierzu Wdałym”.

Także tyniecka gospoda Pod Lutym Turem znalazła poczesne miejsce w powieści Sienkiewicza, gdyż właśnie tam rozpoczyna się akcja „Krzyżaków”.

W Tyńcu, w gospodzie Pod Lutym Turem”, należącej do opactwa, siedziało kilku ludzi, słuchając opowiadania wojaka bywalca, który z dalekich stron przybywszy, prawił im o przygodach, jakich na wojnie i w czasie podróży doznał.
/Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy, tom I, rozdział I/

Historia tego miejsca ma swój początek dopiero w 1044 roku (taką datę podaje Jan Długosz), kiedy to w Tyńcu osadzeni zostają Ojcowie Benedyktyni. Zakon Świętego Benedykta (łac. Ordo Sancti Benedicti, skrót: OSB) to najstarszy katolicki zakon mniszy na Zachodzie, założony w 529 roku przez św. Benedykta z Nursji.

Do dziś trwają spory wśród historyków, kto dokładnie i kiedy założył tynieckie opactwo. Jedni bronią przekazu Długosza o 1044 roku i jako fundatora wskazują księcia Kazimierza Odnowiciela, inni odnoszą sprowadzenie mnichów do czasów Bolesława Szczodrego i wiążą to wydarzenie z jego koronacją królewską (1075). Bez względu na fundatora warto pamiętać, że Tyniec jest najstarszym klasztorem w Polsce, a mnisi przybyli tutaj ze słynnego opactwa w Cluny we Francji. W 1124 kardynał Idzi z Tuskulum, legat papieski, mnich w Cluny, wystawił najstarszy zachowany dokument Tyńca (oficjalne potwierdzenie prawa do tych terenów) i zapewne to on konsekrował pierwszy kościół klasztorny. Opat klasztoru w Tyńcu nazywany był abbas centrum villarum (od stu wsi posiadanych przez klasztor) i nosił tytuł arcy-opata.

Walory obronne Tyńca były wykorzystywane wielokrotnie na przestrzeni wieków. Klasztor był miejscem walk z Tatarami w XIII w., Czechami w XIV w. i Szwedami w XVII w. W latach 1771-72 Tyniec broniony był przez żołnierzy Konfederacji Barskiej, czyli pierwszego w dziejach Polski powstania narodowego.

Pamiątka pierwszego polskiego powstania narodowego

Pamiątka pierwszego polskiego powstania narodowego

Podczas ostatniej wojny wycofujący się z Krakowa Niemcy bronili się w Tyńcu przed wojskami radzieckimi.

Na podwórzu przed klasztorem wykopana jest studnia sięgająca poziomu Wisły. Według kolejnej tynieckiej legendy, pewien krakowski rzezimieszek został przyłapany na kradzieży. Mieszkańcy miasta gonili go aż do Tyńca, gdzie przekroczył bramę klasztoru i mógł się już czuć bezpiecznie. Klasztor w Średniowieczu był bowiem swojego rodzaju azylem. Przestępca został przygarnięty przez mnichów, wyspowiadany, a jako pokutę miał własnymi rękoma wykopać studnię. Tak też się stało i studnia, choć nie używana, stoi do dzisiaj.

 

Studnia na dziedzińcu

Studnia na dziedzińcu

Kościół dzisiejszy to świątynia barokowa. Wewnątrz uwagę przykuwa ołtarz główny, będący dziełem Franciszka Placidiego z obrazem przedstawiającym świętych Piotra i Pawła. Ołtarz zdobią figury wyobrażające: św. Petronellę (według apokryfów córkę apostoła Piotra), św. Grzegorza Wielkiego, św. Barbarę oraz św. Teklę.

Ambona i ołtarz główny

Ambona i ołtarz główny

W górnej części ołtarza widnieje łaciński napis Isti sunt viri sancti facti amici Dei (Oto są święci, którzy zostali przyjaciółmi Boga).

Przyjaciela Boga

Przyjaciela Boga

Na lewym filarze świątyni znajduje się ambona w kształcie łodzi, to również dzieło Franciszka Placidiego. Tuż przed amboną został umieszczony żłóbek, do którego w uroczystej procesji i ze śpiewem kolędy „Wśród nocnej ciszy” na ustach, braciszkowie złożyli małego Jezusa. To był znak do rozpoczęcia Pasterki.

Mizerna, cicha, stajenka licha...

Mizerna, cicha, stajenka licha…

Mszy Świętej o północy przewodniczył O. Konrad Małys OSB, przeor Opactwa tynieckiego. Homilię wygłosił O. Andrzej Haase OSB, proboszcz tynieckiej parafii.

W jednej z kaplic bocznych (jest ich w kościele sześć) znajduje się ołtarz z obrazem malowanym przez Andrzeja Radwańskiego i przedstawiającym św. Benedykta w otoczeniu trzech alegorii – Wstrzemięźliwości (kobieta z wędzidłem), Miłości Niebieskiej (kobieta ze skrzydłami) oraz Miłości Ziemskiej (kobieta w jasnej sukni).

Św. Benedykt i alegorie

Św. Benedykt i alegorie

Na sklepieniu kaplicy namalowany został św. Benedykt pośród aniołów, świętych oraz króla Kazimierza Odnowiciela. Po lewej stronie anioł trzyma medalik świętego Benedykta, po środku sam św. Benedykt trzyma księgę z fragmentem reguły benedyktyńskiej: We wszystkim więc niech wszyscy idą za Regułą, jak za mistrzynią… Po prawej stronie król trzyma kartę z napisem 100 wsi przeznaczam dla Tyńca - czyli kolejny punkt dla zwolenników teorii Jana Długosza.

Sklepienie kaplicy św. Benedykta

Sklepienie kaplicy św. Benedykta

 

Tyniec, podobnie jak wiele zgromadzeń krakowskich, podkreśla obecność papieża Jana Pawła II. Ojciec Święty odwiedził benedyktynów tynieckich w 2002 roku – informuje o tym tablica wmurowana przy wejściu do klasztoru.

W pierwszą rocznicę wizyty Jana Pawła II w opactwie benedyktynów w Tyńcu, kard. Franciszek Macharski odsłonił pamiątkową tablicę, upamiętniającą tamto spotkanie

W pierwszą rocznicę wizyty Jana Pawła II w opactwie benedyktynów w Tyńcu, kard. Franciszek Macharski odsłonił pamiątkową tablicę, upamiętniającą tamto spotkanie

***

Po mszy wyszedłem z klasztoru na dziedziniec, a następnie przez bramę i wzdłuż murów doszedłem do samochodu. Była druga w nocy, Słońce nadciągało nieubłaganie znad Pacyfiku, nie było sensu kłaść się spać. Postanowiłem pospacerować po okolicy. Wziąłem z samochodu latarkę i łyżkę do opon (tak na wszelki wypadek) i zszedłem w dół, w kierunku Wisły.

Przeprawa promowa przez Wisłę; pojazd na zdjęciu to Syrena 105 (jedyny całkowicie polski samochód)

Przeprawa promowa przez Wisłę; pojazd na zdjęciu to Syrena 105 (jedyny całkowicie polski samochód)

 

Na promie przez Wisłę

Na promie przez Wisłę

Z miejsca gdzie jeszcze za czasów mojego dzieciństwa kursował prom (działał nieprzerwanie od XII wieku do 1989 roku), udałem się w górę rzeki. Najpierw drogą u stóp 30 metrowej wapiennej skały, na której wznosi się opactwo, potem ścieżką poniżej wałów przeciwpowodziowych, a następnie samymi wałami dotarłem do podnóża Góry Grodzisko. Ciemności uniemożliwiały robienie zdjęć, więc w kilka dni później, wróciłem do Tyńca na sesję fotograficzną.

Tymczasem ulicami Walgierza Wdałego, Helgundy i Benedyktyńską dotarłem ponownie pod klasztor. Wsiadłem do samochodu i wróciłem do domu, zastanawiając się po drodze…

A dzisiaj czemu wśród ludzi
tyle łez, jęków, katuszy?
Bo nie ma miejsca dla Ciebie
w niejednej człowieczej duszy!
/„Nie było miejsca dla Ciebie”, polska kolęda, której autorem jest prawdopodobnie ksiądz Mateusz Jeż/