Sentymentalna wycieczka biegowa (część 5)

Tak, Sikornik…

Tyle razy przemierzałem tą widokową ścieżkę, czy to pieszo, czy na rowerze, czy to w dzień, czy w nocy, ale… biegłem nią po raz pierwszy.

Jak już pisałem wielokrotnie, Szwajcaria dała mi bardziej sportowe podejście do poruszania się oraz… zapewniła odpowiedni sprzęt – biegłem od stóp do głów odziany w produkty Mammuta (oprócz skarpetek oczywiście, których pomimo moich lamentów dalej nie ma w ofercie Mammuta) i dzięki temu mogłem wygodnie i modnie zwiedzić spory obszar Zwierzynieckiej Arkadii.

Prawidłowo rzecz ujmując, Sikornik to wydłużony grzbiet terenu o długości nieco ponad 3 km, ciągnący się ze wschodu na zachód, od ujścia Wisły do Rudawy przy Klasztorze Norbertanek aż do Przełęczy Przegorzalskiej oddzielającej go od Lasu Wolskiego. Od ponad 150 lat zwany jest też Wzgórzem św. Bronisławy. W języku potocznym, Sikornik zaczyna się dopiero na końcu Alei Waszyngtona.

Biegnę asfaltową aleją w kierunku zachodnim i zastanawiam się skąd wzięła się nazwa Sikornik. Pewnie w lesie, który niegdyś pokrywał w całości to wzniesienie, mieszkało dużo… sikorek.

Po prawej stronie alei widać stare ceglane budynki ogrodzone siatką.

Była to kiedyś jednostka wojskowa i teren był cały czas patrolowany przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a na ogrodzeniu wisiały znaki zakazu fotografowania. Teraz znaków już nie ma, wszystko można zobaczyć w Google Maps i szykuje się chyba jakiś remont…

Nieco dalej, także po prawej stronie drogi były ogródki działkowe, gdzie mój dziadek uprawiał owoce i warzywa na powierzchni kilku metrów kwadratowych, z których następnie robił fantastyczne przetwory na zimę. To też już przeminęło z wiatrem.

Trasa biegnie prosto na zachód, raz w górę, a raz w dół. Po prawej stronie, pomiędzy drzewami widać dzielnice Krowodrza, Bronowice, Prądnik Biały, a dalej w kierunku północnym zaczyna się Wyżyna Krakowsko-Częstochowska z malowniczym szlakiem Orlich Gniazd.

Po lewej stronie, w dolinie, rzeka Wisła powoli płynie w kierunku Wawelu i centrum Krakowa.

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków,
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała.

Dalej widać osiedla mieszkaniowe, następnie wzgórza otaczające Kraków od południa, a jeszcze dalej Gorce i Babią Górę. Perspektywę zamyka skalna ściana Tatr, tworząca naturalną granicę ze Słowacją. Można rozpoznać Łomnicę, Lodowy Szczyt i Mięguszowieckie Szczyty nad Morskim Okiem.

Na południe...

Na południe…

Na wprost na zachodzie widać Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze, o którym pisałem w artykule Pasterka na Srebrnej Górze, a do którego mam plan dzisiaj dobiec.

Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą...

Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą…

Zbiegam w końcu w dół do Przełęczy Przegorzalskiej, przez którą biegnie ulica Jodłowa łącząca ekskluzywną dzielnicę Wola Justowska z osiedlem Przegorzały i już jestem w Lesie Wolskim. Ścieżka pnie się ostro w górę przez piaszczysty wąwóz, a następnie już łagodniej przez las, aż do Krakowskiego ZOO, w którym bywałem w przeszłości wielokrotnie.

Daniel zwyczajny (Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (Mammut On The Run)

Daniel zwyczajny (nazwa łacińska: Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (nazwa łacińska: Mammut On The Run) – gatunek ssaka z rodziny biegających po górach

Wzdłuż ogrodzenia i wejścia do ZOO biegnę nieco w dół aleją Żubrową, ale zaraz przy budynku w którym znajduje się toaleta (ta informacja zawsze może się przydać), skręcam w lewo w aleję Wędrowników i biegnę nią aż do skrzyżowania szlaków.

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Wybieram szlak żółty prowadzący w prawo w dół kamienistą ścieżką. Pomiędzy stromymi ścianami Wolskiego Dołu zbiegam do Rezerwatu Panieńskie Skały. Przy skałkach przechodzę do marszu, żeby zrobić zdjęcia i wybrać dalszą trasę.

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Nagle słyszę jakieś kobiece głosy dochodzące z pomiędzy skał. Nie potrafię rozróżnić słów, więc z ciekawości podchodzę bliżej i w głębokiej szczelinie prowadzącej pod ziemię widzę ogromną salę…, jakby kaplicę oświetloną świecami…, a w niej kobiety w habitach. Wtedy wyraźnie do moich uszu dolatują słowa hymnu uwielbienia:

Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus
Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra
maiestatis gloriae tuae.

Po cichu wycofuję się do szlaku i zostawiam rozmodlone Norbertanki w ich bezpiecznym schronieniu.

 

Koniec części piątej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 4)

…muszę nadmienić, że przy ulicy Królowej Jadwigii mieszkał od lipca do sierpnia 1912 roku Włodzimierz Ulianow, bardziej znany jako Lenin, jeden z największych zbrodniarzy w historii świata, autor Rewolucji Październikowej i komunizmu, który w końcu… szczezł marnie na syfilis, sprzedany mu przez Nadieżdę Krupską, która jak się okazało, gościła w swoim łożu nie tylko Wodza Rewolucji. Oczywiście teorii spiskowych jak umarł Wódz jest więcej (udar, zawał, zatrucie, kiła złapana od prostytutki w Paryżu), a prawda „gdzieś tam jest”, jak mawiał agent Mulder („the truth is out there”).

Мы пойдём другим путём

Мы пойдём другим путём…

W domu pod numerem 41 mieściła się fila Krakowskiego Muzeum Lenina, ale jak niektórzy wiedzą, miastem szczególnie kojarzonym z Lenininem został (na mocy decyzji Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Poronin koło Zakopanego. Tam upaństwowiono karczmę, którą Lenin miał rzekomo często odwiedzać w czasie swego pobytu w górach i przemianowano na Muzeum Lenina, a pewnego dnia…

…ogłoszono konkurs na obraz pod tytułem: „Lenin w Poroninie”.
Wpłynęły na niego liczne prace w stylu: „Lenin na turni”, „Lenin z fajeczką góralską”, „Lenin spogląda na Giewont”…
Wreszcie przybył góralski malarz, samouk z wielkim obrazem, który przedstawiał leżącą na łóżku rozmamłaną dziwkę, a obok ubierającego się ponurego draba.
– Po co tu leziesz obywatelu? – zapytał milicjant pilnujący wejścia.
- Ja? Na konkurs „Lenin w Poroninie”.
- Co to ma znaczyć? Obraz nie jest w temacie konkursu!
- Ale ta kobieta to Nadieżda Krupska!
- A mężczyzna?
- To Feliks Dzierżyński!
- A gdzie Lenin?
- W Poroninie…

***

Biegnę zatem w górę po „kocich łbach” ulicy Błogosławionej Bronisławy, najsłynniejszej z Norbertanek. Po prawej stronie mijam Kościół Najświętszego Salwatora, a po lewej drewnianą kapliczkę św. Małgorzty, popularnie nazywaną „gontyną” i zaraz potem ulicę o takiej samej pogańskiej nazwie. Gontyna to przedchrześcijański typ budowli sakralnej u Słowian, miejsce spotkań, modlitw, nabożeństw i wróżb. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć”, nie mijam bezmyślnie, tylko zastanawiam się ile informacji na temat mijanych miejsc mam zaserwować czytelnikom. Moja żona twierdzi, że teksty, które piszę są za długie i przez to nudne dla współczesnego czytelnika. W dzisiejszych czasach musi być krótko, szybko i… po wierzchu. Takie są też obecnie artykuły na portalach internetowych (niektóre z nich posunęły się nawet do podawania treści w punktach). Ja jednak należę do epoki, która przeminęła, kiedy to w szkole pisało się wypracowania, a nie zaznaczało odpowiedzi w testach wyboru. To co Wam przekazuję, to i tak tylko niewielka część wspaniałej historii miasta.

Zatem po kolei…

Błogosławiona Bronisława

Bronisława urodziła się około Roku Pańskiego 1200, w Kamieniu Śląskim, w zamożnej rodzinie Odrowążów. Św. Jacek Odrowąż był jej kuzynem, a stryj Iwo Odrowąż piastował godność biskupa krakowskiego, która w 700 lat później przypadła w udziale Karolowi Wojtyle. Bronisława wychowana w środowisku żywej wiary, uczciwości i pobożności wstąpiła do klasztoru Norbertanek w Krakowie w wieku około 16-17 lat.

Zakon działał dopiero od niedawna (o czym wiecie z poprzedniej części sentymentalnej wycieczki), ale już był bardzo prężny i odgrywał znaczącą rolę w służbie dla ówczesnego społeczeństwa. W młodym wieku Bronisława została przełożoną klasztoru, w którym przebywało wtedy kilkaset sióstr, co świadczy o jej niezwykłym talencie organizacyjnym. Były to czasy rozbicia dzielnicowego, trwały walki książąt piastowskich o panowanie nad Krakowem. W czasie walk Bronisława i inne siostry niosły pomoc ofiarom wciągniętym w ten bratobójczy konflikt. W czasie zarazy w 1224 r. z wielkim zaangażowaniem służyła chorym, rozdawała leki i ubrania, karmiła głodnych. W najtrudniejszych chwilach udawała się na Sikornik, gdzie oddawała się modlitwie i medytacji. Gdy w 1253 roku zmarł św. Jacek (piąty Polak wyniesiony na ołtarze i jedyny mający swoją rzeźbę w kolumnadzie Berniniego na Placu Św. Piotra), Bronisława doznała wizji tryumfalnego wprowadzenia go przez Matkę Bożą do nieba. Wkrótce sama udała się w tą samą drogę, w roku 1259.

Grób Bronisławy odnaleziono dopiero w 1604 r. W czasie remontu kościoła znaleziono pęknięcie w murze, które według legendy wskazał rój pszczół. Trumienkę ukryto po raz drugi w czasie najazdu Szwedów na Kraków (1655). Znalezione po raz drugi kości Bronisławy w roku 1782 przełożono do podwójnej trumienki i przeniesiono do kościoła św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela. Dekretem z roku 1839 papież Grzegorz XVI zatwierdził kult oddawany od wieków Bronisławie.

Kapliczka św. Małgorzty

W roku 2016 obchodziliśmy 1050 rocznicę chrztu Polski. Wszyscy wiedzą, że za sprawą Mieszka I, Państwo Polan było chrystianizowane od 966 roku, jednak Państwo Wiślan prawdopodobnie uległo chrystianizacji już z końcem wieku IX, w ramach misji św. Metodego. Powyższy fakt jest często wykorzystywany przez krakauerologów, w celu udowodnienia wyższości Krakowa nad resztą świata.

Jak popatrzymy na to miasto z perspektywy czasu to dojdziemy do wniosku, że musimy być lepsi, choćby dlatego, że zostaliśmy ochrzczeni 100 lat wcześniej niż cała reszta Lechitów.
/Leszek Mazan/

W początkach chrześcijaństwa, kościoły budowano często w miejscu pogańskiego kultu, żeby dodatkowo eliminować je ze świadomości okolicznych mieszkańców. Jedno z takich miejsc znajdowało się właśnie na tym bezpiecznym wzgórzu ponad doliną Wisły…

Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic oraz nieoficjalna nazwa kaplicy św. Małgorzaty – „Gontyna”, przypominają o pogańskich świątyniach.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Początki kaplicy nie są bliżej znane. Wiadomo, że była budowana, palona, odbudowywana, niszczona i restaurowana, jak to często bywało na ziemiach polskich.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A'Tomek, księga I

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A’Tomek, księga I

Po kolejnym spaleniu (przez Szwedów), ksienia klasztoru Norbertanek Justyna Oraczowska, nakazała wzniesienie nowej, drewnianej kaplicy w stylu barokowym. Mniej więcej w tym samym kształcie przetrwała ona od XVII wieku do dnia dzisiejszego, będąc jednym z rzadkich przykładów drewnianego budownictwa sakralnego w Krakowie (leży na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej). Prawdopodobnie w początkach swojego istnienia służyła jako kaplica cmentarna, gdyż otaczał ją cmentarz morowy, na którym grzebano zmarłych na zarazę.

Kościół Najświętszego Salwatora

Tak jak wspominałem wcześniej, zasadnym było w czasach wczesnochrześcijańskich budować kościoły na miejscu pogańskich kultów i dlatego właśnie tutaj stanął jeden z najstarszych kościołów Krakowa. Jan Długosz twierdził, opierając się na sobie tylko znanych źródłach, że kościół Najświętszego Salwatora ufundował sławny rycerz Bolesława Krzywoustego – Piotr Włast. Oślepiony przez wrogów, szukał pomocy u Zbawiciela (Salvator – łac. Zbawiciel) i jako wotum za uzdrowienie miał ufundować siedemdziesiąt siedem kościołów, a wśród nich także ten zwierzyniecki. Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że właśnie ten kościół odegrał ważną rolę przy chrystianizacji Polski, ponieważ wezwanie Najświętszego Salwatora nosiły zazwyczaj pierwsze i najważniejsze kościoły chrystianizowanych krajów. Według legend i tradycji, świątynia istniała już w X wieku i była miejscem, gdzie swoje kazania wygłaszał święty Wojciech (udający się w 997 roku z misją do Prus). W źródłach pisanych natomiast pierwszą wzmiankę o kościele znaleziono w Roczniku Kapitulnym Krakowskim. Podano tam informację o „dedicatio ecclesiae sancti Salvatoris”, czyli poświęceniu kościoła w 1148 roku. Współcześni archeolodzy datują kościół na XI/XII wiek, ponieważ z tego czasu pochodzą najstarsze relikty, zachowane pod posadzką.

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach...

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach…

Z kościołem i znajdującym się wewnątrz obrazem Chrystusa na krzyżu z klęczącym poniżej grajkiem wiąże się jeszcze inna legenda.

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

Obraz ten został umieszczony w kościele na miejscu starego, romańskiego krucyfiksu, który był podobno darem przysłanym z Moraw dla pierwszego chrześcijańskiego księcia Polski. Krucyfiks ten, przedstawiający nagiego Chrystusa, dla dodania czci został przyodziany w królewską szatę, diamentową koronę i złote trzewiki. Pod krucyfiks przychodził często grać ubogi skrzypek. Bóg, widząc jego biedę, postanowił mu pomóc. Zsunął z figury Chrystusa jeden z cennych trzewików i rzucił go pod stopy grajka. Okoliczni mieszkańcy oskarżyli skrzypka o kradzież i umieścili trzewik z powrotem na figurze. Następnym razem, kiedy skrzypek zaczął grać pod krzyżem, kościół był pełen ludzi i złoty trzewik ponownie zsunął się do jego stóp. Wtedy już nikt nie mógł wątpić w uczciwość muzykanta. W XVII wieku krucyfiks Mieszka I przeniesiono do Włoch.

***

Droga wypłaszcza się, kończy się kostka brukowa, a zaczyna asfalt Alei Jerzego Waszyngtona. Dobiegam do Cmentarza Salwatorskiego.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz...

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…
/Stanisław Lem, Solaris/

Spoczywają tu między innymi Stanisław Lem, Jan Sztaudynger (ten od „myjcie się, dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny”) i Juliusz Osterwa (aktor i reżyser). Jerzy Harasymowicz ma tu tylko tablicę, ponieważ swoje prochy kazał rozrzucić nad Bieszczadami.

Co tu zostało z wierszy Mistrza

Co tu zostało z wierszy Mistrza
Klasa robotnicza, fasolka z bufetu
A smak poranny piwa
Łapczywie poznają poematy w beretach
/Wojciech Bellon, Bar na Stawach/

Aleja wznosi się łagodnie dalej i po chwil przekraczam mostek, pod którym biegnie droga łącząca ulicę Malczewskiego z ulicą Zaścianek.

Diabelski mostek

Diabelski mostek

Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby  na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły przenieść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku. Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub – jak się mówi na Salwatorze – diabelskim mostkiem.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Dalej w górę aleją pomiędzy drzewami, jak to miałem w zwyczju dawnymi czasy, chociaż wtedy odbywało się to bez wysiłku z mojej strony.

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Zaraz za pozostałościami bramy fortecznej Kościuszko (jeden z obiektów fortu Kościuszko należącego do zespołu budynków obronnych Twierdzy Kraków) nie wbiegam po schodach w prawo w górę, w kierunku Kopca Kościuszki, ale kontynuuję na wprost Aleją Waszyngtona wzdłuż ulicy Wodociągowej.

Dobiegam do miejsca, gdzie aleja spacerowa przecina ulicę skręcającą ostro w prawo w kierunku zabudowań fortu i wkraczam na Sikornik.

 

Koniec części czwartej

DYPLOM

Powrót do krainy Heidi

Minął czas potrzebny na to, aby Ziemia zatoczyła pełny krąg wokół Słońca od momentu, kiedy…

Heidi stała na skraju wzniesienia i machała ręką, dopóki goście nie zniknęli.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Powróciłem do Gryzonii, żeby znów wystartować w biegu górskim Swiss Irontrail organizowanym przez mojego ukochanego Mammuta. Stosując jednak zasadę „continuous improvement”, czyli ciągłego doskonalenia, którą wypalono w moim mózgu, ale przede wszystkim w moim sercu, podczas 17 lat pracy w pewnej firmie („Thank You for Smoking”), tym razem wybrałem dystans 91 kilometrów, a więc ponad dwa razy dłuższy niż w roku ubiegłym, kiedy jak pamiętacie, przebiegłem 41 kilometrów.

Na miejsce startu w Bergün dotarłem pociągiem. Tym razem obyło się bez wątpliwych „atrakcji” z udziałem bandziorów, które opisałem w poprzednim artykule. Na trasie były prawdziwe atrakcje. Kolej Retycka łącząca dwie historyczne linie kolejowe Albula i Bernina jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz uważana za jedną z najbardziej spektakularnych tras kolejowych na świecie. Otaczający ją krajobraz z uroczymi wioskami i romantycznymi widokami Alpejskimi jest również częścią Światowego Dziedzictwa. Trasa została otwarta w roku 1904, liczy prawie 130 kilometrów i prowadzi przez 55 tuneli i 196 wiaduktów, z których najsłynniejszy to łukowy wiadukt Landwasser.

W hali sportowej odebrałem numer startowy z chipem do pomiaru czasu oraz urządzenie GPS pozwalające zlokalizować mnie na trasie. Można się było posilić bananami, batonami energetycznymi, bulionem, Coca-Colą i wodą. Dla zawodników biegnących dłuższe dystanse (121 km i 221 km) był to już kolejny punkt żywieniowy.

Wśród osób startujących ze mną w T91 dostrzegłem Ildikó Wermescher i Csaba Nemeth, profesjonalnych biegaczy, należących do Mammut Pro Team Trail Running, którzy, jak sie później okazało wygrali w tej kategorii. Porozmawialiśmy chwilę o bieganiu, Mammucie, zeszłorocznych wrażeniach z biegu (okazało się, że razem z Ildikó bieglismy T41), Nemeth bardzo chwalił zawody rozgrywane w Polsce, w których uczestniczył (Bieg 7 Dolin). Zrobiłem telefonem zdjęcie z Ildikó, które niestety nie wyszło najlepiej, ale tak czy inaczej, pamiątka z miłego spotkania i rozmowy jest.

Muszę po raz kolejny poruszyć sprawę, o której już rozmyślałem i pisałem ostatnio. Ze zgrozą zauważyłem, że tak samo jak ja, Ildikó i Nemeth nie mieli skarpetek Mammuta! Wszystko mieliśmy „mammutowe” i tylko ta skarpetkowa rysa w wyglądzie…

 

Pistolet wystrzelił o godzinie 13:00 i ruszyliśmy początkowo po płaskim terenie (1373 m n.p.m), żeby po chwili zacząć się wspinać na 2831 m n.p.m. Jak widomo, jeżeli przez jakiś czas jest pod górę, to najprawdopodobniej później jest w dół. Tak było i tym razem.

Po biegu w okolicach 2800 – 2600 m n.p.m. ruszyłem w dół z przełęczy Pass digls Orgels (2699) do Savognin (1173). Był tam kolejny punkt żywieniowy i pierwszy możliwy nocleg. Zauważyłem, że niektórzy zawodnicy mieli pomoc od rodziny lub przyjaciół, którzy czekali na nich w głównych punktach żywieniowych/noclegowych i dostarczali świeże ubrania na przebranie, nacierali maściami rozgrzewającymi/przeciwbólowymi i dokarmiali przysmakami. Nie pomyślałem o tym i nie zaangażowałem rodziny w pomoc na trasie. Moi kibice mieli mnie witać dopiero na mecie, jak w roku ubiegłym, a okazało się, że T91 jest o wiele bardziej wymagające niż T41. Kolejna wskazówka na przyszłość.

Tak czy inaczej, w Savognin nie zdecydowałem się jeszcze na spanie, posiliłem się tylko i ruszyłem dalej…

Nocną część trasy wspominam z wielkim sentymentem, ponieważ było to doświadczenie inne niż to z czym człowiek spotyka się na codzień. Nocny chłód, tajemnicze szmery, trzaski, głosy zwierząt i wilkołaków oraz ciągłe skupienie, żeby nie zgubić trasy. Ech, coś wspaniałego!

Zdecydowałem się na nocleg w Lenzerheide, czyli w miasteczku, w którym rok temu zaczynałem T41. Padłem jak nieżywy i po sekundzie (ach ta dylatacja czasu) już wstałem, kiedy zadzwonił budzik w zegarku. W blasku poranka wyruszyłem na znaną mi już z zeszłego roku trasę, ale jakże inną przez skumulowanie zmęczenia. Z Lenzerheide (1473) droga wiodła znowu w górę powyżej 2500 metrów.

Tym razem w okolicach Weisshornu (2653) nie było burzy śnieżnej, ale wszędzie zalegała wilgotna, gęsta mgła. Co mnie zastanowiło, to pisk mew i słony zapach morza. Coś się tu nie zgadzało…

W pewnej chwili z mgły wyłonił się facet z dziwnie wypukłym czołem i śmiesznym wąsikiem. Miał zmierzwione włosy, wymizerowaną i nieumytą twarz oraz oczy pozbawione wyrazu. Nosił poplamiony, wyblakły i stary płaszcz z bombazyny, podobnie wyglądające spodnie, parę znoszonych butów oraz stary słomkowy kapelusz. Wyglądało, jakby poszczególne części garderoby, które miał na sobie, nie należały do niego. Bełkotał coś niezrozumiale. Kiedy mnie zobaczył, ruszył chwiejnym krokiem w moim kierunku. Trochę sie przestraszyłem i mocniej ścisnąłem kijki, gotowy do obrony. Dziwny facet zapytał po angielsku:
- Czy to Baltimore?
Wtedy miałem juz pewność.
- Drogi Edgarze – powiedziałem – To zdecydowanie nie jest Baltimore i wydaje mi się, że już tam nie wrócisz. Chyba serafowie niebiescy wysłuchali cię w końcu i będziesz mógł spotkać się ze swoją ukochaną Anabel.
- Kim jesteś? Skąd mnie znasz? Skąd wiesz o Anabel?
- Może to zabrzmi dziwnie, ale czytałem twoje opowiadania i wiersze, a także opis… twojej tajemniczej śmierci prawie 170 lat temu.
- To ja nie żyję od 170 lat?
- Hmm, myślę, że nie należysz ani do świata żywych, ani do świata umarłych. Jesteś zawieszony pomiędzy nimi. I czas biegnie dla ciebie inaczej (ach ta dylatacja czasu).
- A więc to Kraina Snu?
- Jeszcze nie, ale już blisko.
Pisk mew i szum morza nasiliły się…
- Musisz iść w kierunku tych dzwięków. Anabel czeka już na plaży.
W milczeniu uniósł rękę na pożegnanie, odwrócił się i zniknął w kłębiącej się mgle.
Biegnąc w dół, w kierunku Arosy i kolejnego punktu żywieniowego, słyszałem za sobą długi niespokojny grzmot podobny do odgłosu tysięcy mórz. Nie zatrzymywałem się, biegłem bez ustanku.

Każdy księżyc, nim zniknie, przynosi mi sny
O promiennej Annabel Lee;
I co noc każda z gwiazd oczu niesie mi blask
Niezrównanej Annabel Lee;
I co noc, ledwie morze uderzy przypływem,
Jam z mą żoną, kochanką, mym losem szczęśliwym,
W jej grobowcu z nadmorskiej mgły,
W tym królestwie nadmorskiej mgły.
/Edgar Allan Poe, Annabel Lee, przełożył Wiktor Woroszylski/

***

W Arosie, zrobiłem przerwę na posiłek i krótki odpoczynek w fantastycznie wyposażonym bunkrze przeciwatomowym. Było to trzecie i ostatnie miejsce, w którym można się było przespać, ale już nie skorzystałem z tej możliwości. Bunkier wyposażony był w prycze, toalety, prysznice i kuchnię. A zdarzają sie tacy (szczególnie w Genewie), którzy narzekają na tragiczne warunki w tego typu lokalach. Nie jest to oczywiście willa z ogrodem, ale na pewno miejsce jest bezpieczniejsze niż ostrzeliwana z moździerzy lepianka w Erytrei.

Z Arosy wspinaczka była w miarę łagodna, ale deszcz lejący się z nieba czynił ją zdecydowanie trudniejszą i na ostatni punkt żywieniowy w Jatz (1831) dotarłem potwornie wyczerpany. Kiedy zmęczony i śpiący gramoliłem się wsparty na kijkach na ostatnią przełęcz na trasie, myślałem po co ja się tak męczę? I kolejny krok w górę. Czemu na własne życzenie poddaję się takim torturom? I następny krok w kierunku mety. To już ostatni raz, nigdy więcej! I następny…

Na przełęczy Strelapass zamieniłem kilka zdań z osobą, która pilnowała punktu kontrolnego i „odhaczony” z listy ruszyłem w dół, mając przed sobą ostatnie 5 kilometrów trasy.

Kiedy dobiegłem do Davos, ludzie na ulicach, mimo nocnej pory bili mi brawo i pozdrawiali. Linię mety przekroczyłem SZCZĘŚLIWY!

Według Datasport byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem w mojej kategorii; kilka osób nie ukończyło biegu. Tym razem pokonałem 90.2 km w poziomie oraz + 5420m / – 5240m w pionie.

Kiedy rozluźniony, szczęśliwy i dumny spokojnie zajadałem kiełbasę z grilla i popijałem piwkiem w środku nocy, moje bolesne wątpliwości ze wspinaczki na przełęcz Strelapass rozwiały się jak… mgła. Już zacząłem planować, kiedy i na jaki bieg wybiorę się następnym razem – czy ja jestem normalny?

Świeżom wrócił w nasze światy…
Spoza Thule lodowatej -
Z sfer, co we mgłach się promienią,
Poza C z a s e m  i  P r z e s t r z e n i ą.
/E. A. Poe, Kraina snu, tłumaczenie Antoni Lange/

Musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?

Rodzina pojechała na wakacje do Polski, a ja, jako przedstawiciel „ludu pracującego miast i wsi” pozostałem na stanowisku i przez cały tydzień wydajnie pracowałem. Nastał jednak weekend i trzeba było zaplanować coś na samotne dwa dni. W poprzedniej korporacji nie miałbym z tym problemu, ponieważ „śmiertelne linie” zmusiły by mnie do pracy także w dni teoretycznie od niej wolne.

Praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela. Pracą swoją, przestrzeganiem dyscypliny pracy, współzawodnictwem pracy i doskonaleniem jej metod lud pracujący miast i wsi wzmacnia siłę i potęgę Ojczyzny, podnosi dobrobyt narodu i przyśpiesza całkowite urzeczywistnienie ustroju socjalistycznego. Przodownicy pracy otoczeni są powszechnym szacunkiem narodu.
/Artykuł 14, Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z roku 1952; tzw. konstytucja stalinowska/

Obecna firma nie zapewniała mi weekendowych nadgodzin, musiałem więc wymyślić coś samemu. Myślałem i wymyśliłem…

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

…że przeprawię się z Doliny Rodanu przez Alpy, aż do St-Gingolph i wrócę do Lozanny statkiem kursującym po Jeziorze Genewskim. Przygotowałem więc szybko potrzebny ekwipunek i ruszyłem w tan!

Więc ten pan, smętny pan
Zdenerwował się, proszę państwa, okropnie.
Pojął, że właśnie on
Może życie przesiedzieć przy oknie.
Nagle wstał, ruszył w tan,
Walc hiszpański mu dodał odwagi.
/Jerzy Połomski, Cała sala śpiewa z nami/

Wsiadłem do pociągu na dworcu głównym w Lozannie, gdzie przytrafiła mi się przygoda, którą chciałbym opisać, ku przestrodze. W pociągu, idąc przez przedział, szukałem miejsca żeby usiąść. Większość foteli była zajęta, ale dostrzegłem korzystną lokalizację, gdzie tylko jeden człowiek siedział pod oknem, mając koło siebie plecak, a pozostałe 3 fotele były wolne. Usiadłem zatem naprzeciwko niego, ale od strony przejścia, żeby móc wyprostować nogi. Plecak położyłem od strony okna.

Nagle przez przedział zaczeła przeciskać się dosyć głośna grupa czarnoskórych mężczyzn. Kiedy przechodzili obok mnie i mojego sąsiada, jednemu z nich wypadła z ręki garść drobnych monet i posypała sie na nas i na podłogę. Bełkocząc “excusez-moi”, jeden z czarnych mężczyzn schylił się i zaczął zbierać monety.

Już pochylałem się żeby mu pomóc, gdy moja wybujała wyobraźnia przypomniała mi filmy o ninja, którzy rzucając w tłum drobne monety, odwracali od siebie uwagę. Kiedy ludzie zajęci byli zbieraniem rozsypanych pieniędzy, ninja mogli zabijać, porywać, wykonywać inne zadania lub po prostu uciekać. W ułamku sekundy zrozumiałem, że tu została zastosowana ta sama metoda! Wyprostowałem się i przygarnąłem plecak do piersi! Mój sąsiad jednak nie oglądał filmów o japońskich skrytobójcach, bo z zapałem zabrał się do zbierania monet z podłogi, gdy tymczasem drugi z czarnoskórych mężczyzn już sięgał po jego plecak leżacy na fotelu. Krzyknąłem po angielsku: “Uważaj na plecak”! (bo po francusku nie zebrałem myśli tak szybko).

Po pierwsze mężczyzna zrozumiał co mówię, po drugie zareagował i w dodatku wykazał się refleksem, bo w ostaniej chwili chycił swój plecak i wyrwał go z ręki Murzyna. Rabusie szybko zrozumieli, że tym razem się nie udało i wybiegli z pociągu. Skutkiem ubocznym zajścia było to, że wzbogaciłem się o 50 centymów (w 10 i 5 centówkach), których bandyci nie zdążyli pozbierać razem z portfelami pasażerów. Wdzięczny turysta, jak się okazało ze Szkocji, dziękował mi kilka razy za uratowanie jego dobytku i dziwił się, że takie rzeczy dzieją się w uważanej za bezpieczną Szwajcarii.

Taaak, to już nie ta sama Szwajcaria co za czasów „Goldfingera” i „Służby Jej Królewskiej Mości”. Nawet James Bond dostrzega różnicę i wybiera Austrię na miejsce swoich nowych przygód w filmie „Spectre”. Zatem pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, jeżeli zacznie spadać na was deszcz drobnych monet, to nie cud – to napad, a nie zawsze będzie przy Was inspektor Harry Callahan.

Wiem, o czym myślisz, śmieciu: „Strzelił sześć razy czy tylko pięć?”. Szczerze mówiąc, w tej całej zabawie straciłem rachubę. Ale zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci głowę… musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?
/Brudny Harry/

***

Wysiadłem na stacji w Aigle o 12:20, żegnany serdecznie przez Szkota, który jechał do Chamonix. Od razu ruszyłem biegiem trasą turystyczną wzdłóż torów, cofając się początkowo w kierunku Lozanny. Po chwili (jak wiadomo z komiksów o Tytusie, jedna chwila = trzy momenty) dotarłem do szpaleru drzew wśród których płynie Grande Eau (zbyt duża to ona nie była). Skręciłem w lewo po wałach przeciwpowodziowych, przebiegłem pod autostradą i wraz ze strumieniem dotarłem do Rodanu (Le Rhône).

Skręciłem znów w lewo, w asfaltową drogę, która jest także trasą rowerową i rolkową. Dotarłem do mostu i przeprawiłem się po nim na drugą stronę rzeki. Zaraz za mostem zbiegłem po wale w lewo w dół, do asfaltowej drogi i także trasy rolkowo-rowerowej, równoległej do trasy z przeciwległego brzegu.

Po płaskiej drodze biegłem aż do miejscowości Vouvry, nad którą 450 metrów wyżej góruje budynek elektrowni Chavalon.

Elektrownia została  uruchomiona w roku 1965 i spalała ciężki olej opałowy (mazut), który powstawał jako produkt uboczny produkcji paliwa w pobliskiej rafinerii w Collombey. Z powodów ekologicznych została zamknięta w roku 1999. Jednakże w związku z planowanym wyłączeniem wszystkich elektrowni atomowych w Szwajcarii do roku 2034, będzie ponowne uruchomiona, tym razem wykorzystując gaz ziemny do produkcji elektryczności.

Zacząłem wspinać się szlakiem turystycznym, kilkakrotnie przecinając serpentyny drogi dla samochodów.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki plecakowi Mammut Lithium Z20 byłem zabezpieczony. Piłem zarówno ze zbiornika w plecaku (o zaletach tej metody pisałem już w artykułach Mammut w krainie Heidi i Celuj w Księżyc), jak i z bidonu, umieszczonego w uchwycie przytwierdzonym rzepami do szelki plecaka. To nowy element ekwipunku, który postanowiłem przetestować.

Z wodą, a raczej z jej brakiem nie ma żartów na długich trasach. Po kilku godzinach marszobiegu w górach przy upalnej pogodzie, każdy łyk jest na wagę złota, dlatego dodatkowy zapas bardzo się przydaje. Wykorzystałem ten zapas do dna i dlatego mogę potwierdzić, że Add-​on bottle holder się sprawdził. Dodatkowo jest lekki (60 gramów) i ma możliwośc regulacji w zależności od średnicy butelki. Mała rzecz, a cieszy.

Widzieć ile szczęścia w sobie,
Kryje każda mała rzecz.
Cie-szmy się z małych rze-czy, bo
wzór na szczę-ście w nich zapisa-ny jeest!
/Sylwia Grzeszczak, Małe rzeczy/

Zaprawdę powiadam Wam, smak H20 zmienia się w zależności od zmęczenia organizmu i im większe zmęczenie, tym lepszy smak.

Róża czerwono, biało kwitnie bez,
Nikt z nas nie pęka chociaż krucho jest.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie.
Kto by się martwił, że na drodze kurz
I śnieg, i deszcz-to znamy już.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Woda po walce ma jak wino smak.
/Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową/

Dotarłem do miejscowości Miex i przez jakiś czas znów biegłem po asfalcie drogą prowadzącą samochody do Lac de Taney (dla zmotoryzowanych dodam, że ostatni odcinek dozwolony jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła i blokadą dyferencjału różnicowego, więc samochody z tzw. inteligentnym napędem 4×4 włączanym przez komputer nie mogą tam wjeżdżać). Za kapliczką na końcu miejscowości skręciłem w prawo, wróciłem na dziki szlak i dalej w górę kontynuowałem moją wycieczkę biegową także w kierunku Lac de Taney, ale w zdecydowanie dłuższej wersji.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki krótkim portkom Mammut MTR 141 Shorts Long Men biegło się, jak na te warunki, całkiem dobrze. Ponieważ opisywać będę krótkie portki, sprawę tego, co w tych krótkich portkach jest ukryte, zobrazuję tylko poniższym dowcipem:

Przychodzi facet do lekarza i wystawia na blat lekarskiego biurka swoje przyrodzenie.
Lekarz spogląda i pyta:
- Za krótki?
- Nie!
- Za cienki?
- Nie!
- No to jaki?
- Fajny! Co nie!?

Spodenki są tak krótkie, że nie ma zbyt wiele do opisywania. Tkanina to mieszanka poliamidu i elastanu. Od wewnątrz spodenki posiadają siateczkę. Są baaardzo lekkie, ważą 150 gramów (na wadze kuchennej mojej żony nic nie ważą), dzięki temu biegnie się w nich wygodnie. Są przewiewne, schną szybko i w ogóle bardzo dobrze mi się w nich biega. Własne odczucia w ostatecznym rozrachunku są najlepszym doradcą przy wyborze ubrań i sprzętu sportowego.

Dotarłem w końcu nad Lac de Taney od strony północno wschodniej. To urokliwe jeziorko znajduje się na wysokości 1408 m n.p.m. Mieści się przy nim pole namiotowe, mała osada domków i restauracja. Przebiegłem przez przysiółek, przy fontannie uzupełniłem zapas wody i skierowałem się w lewo, w górę trawersując stok. Szlak wiódł prosto na zachód, żeby po jakimś czasie skręcić lekko w kierunku północnym i przez przełecz Pas de Lovenex dotrzeć do przełęczy Col de la Croix.

Będąc tak wysoko w górach człowiek wycisza się, rozmyśla, zastanawia się nad najważniejszymi sprawami w życiu, szuka absolutu… Mnie nurtowała tyko jedna myśl – dlaczego Mammut nie produkuje skarpetek!? To zaniedbanie było wielokrotnie punktowane i wypominane przez moich znajomych, co tworzyło rysę w moim perfekcyjnym mammutowym wizerunku. Muszę napisać do działu marketingu w Seon, kiedy ta karygodna sytuacja się zmieni. Było by to wspaniałe uzupełnienie kolekcji butów (trailowych, wysokogórskich i trekkingowych).

A’propos butów. Upał był niemiłosierny…, ale opisywane już wcześniej Mammut MTR 201 Pro Low dobrze ze mną współpracowały. Stopy swobodnie oddychały i nie miały żadnych obtarć, a trzymanie się podłoża było fantastyczne. Szczególnie przydatne okazało się to na następnym etapie wyprawy.

Z przełęczy droga prowadziła ostro w dół po luźnych kamieniach, w kierunku granicy z Francją. Zbiegłem do dna doliny i wzdłóż potoku granicznego La Morge dobiegłem do St-Gingolph.

I tu problem. Do Evian nie jeździł już żaden autobus, ani statek. Sił już nie miałem, ni czasu, żeby biec asfaltową drogą wśród jadących samochodów. Cóż było robić? Nie miałem długiego szarego prochowca, jak Rotger Hauer, tylko piękną, pomarańczową koszulkę Mammuta, więc założyłem, że nie powinienem wzbudzać zbyt dużego strachu jako „Autostopowicz”. Miałem rację. Po około 10 minutach machania ręką na nadjeżdzające pojazdy, jakiś samochód zatrzymał się przy mnie. W środku siedziała młoda dziewczyna ubrana dosyć… śmiało, że tak powiem. Okazało się, że jedzie do Evian do kasyna do… pracy. Wsiadłem zatem do środka. Najpierw grzecznie i krótko opowiedziałem skąd się wziałem na drodze, jaką dzisiaj trasę pokonałem i dlaczego potrzebuję transportu, a potem przez resztę drogi mówiła ona. Okazało się, że jest… doktorem psychologii i wraz z innymi doktorantami zarówno psychologii, jak i socjologii opisują zjawisko uzależnienia od hazardu. Obecnie jeżdżą po różnych kasynach i prowadza badania. Strój okazał się… kamuflarzem potrzebnym do badań.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.
/Łk, 6, 37/

Dojechaliśmy do Evian. Pani doktor wysadziła mnie przy porcie, a sama pojechała do swojego „laboratrorium” prowadzić badania. Wsiadłem na statek o godznie 20:45. Siedząc w czasie rejsu na ławce na rufie mogłem spokojnie podziwiać widoki. Po stronie bakburty tarcza słoneczna powoli, ale nieubłaganie opadała w kierunku ciemnego pasma Gór Jura, aby skryć się za czarnymi szczytami dokładnie w momencie, kiedy statek zacumował w porcie w Ouchy, w Lozannie.

Ciemność, ktora nadciągnęła znad Morza Środziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto. Zniknęły wiszące mosty, łączące świątynię ze straszliwą wieżą Antoniusza, otchłań zwaliła się z niebios i pochłonęła skrzydlatych bogów ponad hipodromem, pałac Hasmonejski wraz z jego strzelnicami, bazary, karawanseraje, zaułki, stawy… Jeruszalaim, wielkie miasto, zniknęło, jak gdyby nigdy nie istniało. Pożarła je ciemność, która przeraziła wszystko, co żyło w samym Jeruszalaim i w jego okolicach. Dziwna chmura przygnana została znad morza przed wieczorem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan
/Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata/

Mammut Lithium Z 20

Już za parę dni, za dni parę
weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów,
Pitagoras, bądźcie zdrów,
do widzenia, wam, canto, cantare.
/Halina Kunicka, Lato, lato czeka/

Podstawową ochronę i wspomaganie mojej nożnej siły napędowej opisałem szczegółowo w pierwszym teście sprzętu sportowego, czyli w artykule pod tytułem Mammut MTR Pro Low, gdzie bohaterami były buty do biegania w terenie.

Skoro przenoszenie napędu jest zabezpieczone, mogę przyjrzeć się bliżej zapleczu magazynowemu, czyli plecakowi Mammut Lithium Z 20 (wspominanemu luźno przy okazji mojego celowania w Księżyc).

Zacznę od sprawy najważniejszej, czyli od koloru. Plecak jest zielono-szary (nazwa kodowa dark spring-iron). Bardzo mi się podobają te wyszukane nazwy kolorów jakie stosuje Mammut. Zupełnie jak z amerykańskiego filmu o komandosach ratujących świat przed przeważającymi siłami komunistów, terrorystów lub kosmitów (Alpha Romeo Mike Yankee Alpha Lima Papa Hotel Alpha Bravo Echo Tango). Na zielonym materiale fantastycznie prezentuje się czerwone logo Mammuta! Plecak Lithium Z 20 można sobie sprawić jeszcze w dwóch kolorach (dark orange-iron i smoke-iron). Mnie najbardziej podoba się wersja z zielonym. Over!

Wszel­ka, mój bra­cie, teoria jest szara,
Zielo­ne zaś jest życia drze­wo złote.

Grau, teurer Freund, ist al­le Theorie
Und grün des Le­bens gol­dner Baum. (niem.)

/Johann Wolfgang Goethe, Faust/

Jest to plecak przeznaczony przede wszystkim do biegów górskich, ale nada się do wszelkich aktywności sportowych na świeżym powietrzu. Waży jedynie 630 gramów według producenta. Mnie na wadze kuchennej (której moja żona używa do przygotowywania przepysznych ciast) wyszło trochę więcej, bo około 670 gramów. Jego wymiary wynoszą 48x26x19 centymetrów. Nazwa Lithium w zamyśle projektantów pochodzi pewnie od litu, czyli najlżejszego znanego metalu, o liczbie atomowej 3. Pierwiastek ten jest wysoce reaktywny i palny, dlatego trzeba przechowywać go w olejach mineralnych lub w atmosferze gazów obojętnych. Pamiętam z lekcji chemii, jak kawałek litu wyjęty z nafty i wrzucony do wody kręcił się po jej powierzchni w kółko i rozpuszczał wydzielając ogromne ilości bąbelków (wodoru).

Zamek komory głównej rozpina się aż poniżej połowy wysokości plecaka, dzięki czemu można go wygodnie pakować od przodu, co na pewno doceniłby Jason Bourne poszukujący swojej tożsamości:

Otworzył chlebak i wydostał zeń buty, grube skarpety, zwinięte ciasno spodnie i ciepłą, drelichową koszulę. Gdzieś, kiedyś, w przeszłości nauczył się pakować, wykorzystując miejsce do maksimum; chlebak zawierał o wiele więcej rzeczy, niż można by sądzić. Ale gdzie? Dlaczego? Po co? Pytaniom nie było końca.
/Robert Ludlum, Tożsamość Bourne’a/

Plecak jest przystosowany do zamontowania plastikowego wkładu na wodę (bukłaka) z rurką doprowadzającą płyn do ust. Z komory głównej rurkę można wyprowadzić przez otwory nad pasami naramiennymi z lewej lub z prawej strony i umocować je pod gumowymi uchwytami.

System nawadniający to fantastyczne ułatwienie przy długich biegach, kiedy w każdej chwili można się napić bez konieczności zatrzymywania się i ściągania plecaka. Ważne jest także to, że po włożeniu ustnika ręce są wolne. Pierwszy raz użyłem systemu nawadniającego w plecaku Mammut Lithium Z 20 na biegu Trail du Dents du Midi i jak już pisałem byłem zachwycony.

Plecak ma jeszcze na górze małą kieszonkę z wszytym uchwytem karabinkowym (np. do przypięcia kluczy)…

…i większą zajmującą mniej więcej całą ścianę przednią plecaka (np. na dokumenty, mapy).

Po bokach znajdują się dwie elastyczne kieszenie (np. na zapasowe butelki z wodą, rękawiczki lub czapkę), które mogą być dodatkowo zaciągnięte i zabezpieczone przy pomocy pasków.

System nośny składa się z elastycznych pasów naramiennych, z miękkiej siateczki od strony pleców, która szybko wysycha i pozwala ciału oddychać (3-D Air-Mesh). Od strony zewnętrznej ramiączka wzmocnione są nylonową siateczką. Jak już pisałem, na szelkach są wszyte gumki do umocowania rurki nawadniającej, a także elementy odblaskowe. Pas piersiowy z zapięciem na klipsa i z gwizdkiem można regulować w górę i w dół oraz oczywiście na szerokość. Pas piersiowy zapobiega zsuwaniu się szelek na boki i przemieszczaniu się plecaka w czasie biegu.

Pas biodrowy ma taką samą rolę, a dodatkowo odciąża ramiona (ciężar opiera się dzięki niemu w większości na biodrach). Wykonany jest również z siateczki 3-D Air-Mesh, a na jego lewej części znajduje się jeszcze jedna kieszonka. Moim zdaniem kieszeń jest za bardzo z tyłu i w czasie biegu ciężko do niej sięgać (np. po telefon, który jest obowiązkową częścią ekwipunku w długodystansowych biegach górskich). Jest to jedyny minus, jaki znalazłem w tym plecaku i wierzę, że firma Mammut weźmie sobie do serca moją konstruktywną krytykę i dokona lekkiego face liftingu. Mam nadzieję, że w następnej wersji plecaka Lithium Z 20 kieszonka będzie łatwiej dostępna, czyli przesunięta w kierunku przednim. Można by też od razu dodać drugą, dla symetrii – idealny schowek na małe Conieco do przekąszenia o jedenstej rano

Na tylnej ścianie plecaka, stykającej się z plecami, znajdują się miękkie podkładki z pianki (3-D EVA foam) z kanalikami wentylacyjnymi, a pomiędzy nimi „komin” umożliwiający cyrkulację powietrza.

Plecak na moje potrzeby jest idealny. Fantastycznie trzyma się pleców, jest bardzo wygodny, nie powoduje otarć i pozwala plecom oddychać. I oczywiście jest zielony.

Rzekł niebieski: Słów mi szkoda.
Każdy z czasem wypłowieje.
A zielony tylko dodał:
- Mam nadzieję… Mam nadzieję…
/Jan Brzechwa, Kolory/

Już trochę kilometrów ze mną przebiegł, więc wiem o czym piszę. Tym bardziej, że mój poprzedni plecak trailowy innej firmy nie był tak komfortowy i lekko ocierał skórę (szwy były zrobione z czegoś co przypominało żyłkę do wędki i w miejscach, gdzie ta żyłka wystawała z materiału robiła ze mnie fakira).

Bardzo polecam używanie kijków w czasie długich górskich biegów. Pomagają utrzymać równowagę, odciążają kolana i można się na nich wspierać, jak już ma się za sobą większość trasy i nogi ledwo wloką się jedna za drugą. Nie są one jednak potrzebne przez cały czas i wtedy przydało by się jakieś miejsce do ich transportu. W moim zielonym plecaku…

Bo ja pan, bo ja król,
Wśród zielonych niw i pól!

/Edmund Wasilewski, Krakowiak/

…jest to bardzo ciekawie rozwiązane. W dolnej części plecaka jest metalowa linka, którą można wysuwać i wsuwać. Do niej wkłada się jeden koniec kijków, a drugi umocowuje w górnej części plecaka przy pomocy zaciąganego paska z klipsowym zapięciem.

Do plecaka można jeszcze teoretycznie doczepić różne przedmioty, które uważa się za niezbędne w czasie zawodów, treningu czy wycieczki (np. kubek). Służą do tego 4 bardzo mocne zaczepy na przedniej części plecaka i 2 na szelkach.

W praktyce, w czasie zawodów dodatkowe rzeczy dyndające przy plecaku tylko zaburzają równowagę i powodują niepotrzebny hałas, ale na spokojną wycieczkę w gronie rodziny lub przyjaciół można zawiesić tam cały Sklepik z marzeniami.

MTR 201 Pro Low

Mammut MTR 201 Pro Low

Ostatnio mniej pisałem, a więcej biegałem, co wynikało z pewnego zadania, którego się podjąłem – mogę z dumą powiedzieć, że biegałem i… testowałem. Testowanie jest dla mnie rzeczą nową, a wyzwanie jest tym większe, że za obiekt testu wybrałem buty biegowe mojego ukochanego Mammuta (przepraszam za to intymne stwierdzenie). Miłość to piękne uczucie, ale staje się jeszcze piękniejsze po przetestowaniu w ekstremalnych warunkach.

Miłość jest rozkosznym kwiatem, ale trzeba mieć odwagę zerwać go na skraju przepaści.
/Henri Stendhal/

Jak to zwykle bywa z… pierwszym razem, chciałem do niego podejść w sposób szczególny. Długo myślałem jak przeprowadzić taki test, żeby w subiektywny, a zarazem obiektywny sposób pokazać wszystkie cechy butów do biegów górskich Mammut MTR 201 Pro Low. Myślałem i wymyśliłem – najlepiej zrobić to po swojemu.

***

Buty Mammut MTR 201 Pro Low pojawiły się w moim życiu w czarnym pudełku z czerwonym logo Mammuta. Były one dodatkowo owinięte w oryginalny papier pakowy pokryty napisami MAMMUT. Dla biegania nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, ale świadczy o klasie produktu. Szwajcarskie zegarki mają też kilka warstw opakowania, przez które trzeba się przedrzeć zanim nastąpi sam moment założenia zegarka na rękę. Po wyjęciu z pudełka i papieru, szybko założyłem buty na nogi i wyszedłem pobiegać… Aha, jeszcze obciąłem metki.

To źle, że miłość, choć ślepa i głucha,
Idzie, gdzie zechce i czego chce słucha.
/William Shakespeare, Romeo i Julia/

Na wszelki wypadek przypominam, że pierwsza przebieżka w nowych butach powinna być krótka, żeby uniknąć obtarć i bąbli, które często pojawiają się przy zmianie obuwia biegowego na nowe. Czy to dzięki krótkiemu, 10 kilometrowemu dystansowi, czy może dzięki odporności moich zgrabnych stóp, czy może wreszcie dzięki jakości obuwia, nic złego się nie wydarzyło i pierwsza próba wypadła pomyślnie.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia, od ostatniego wejrzenia, od każdego, wszelkiego wejrzenia.
/Vladimir Nabokov, Lolita/

Ale po kolei. Testowany model jest w szałowym, zielono-czerwonym kolorze o technicznej nazwie “wiosenne piekło” (spring-inferno); można wybrać także kolory inferno-black, dark cyan-sunglow i light grey-imperial. Buty ważą 742 gramów (rozmiar UK 10,5), co prawdopodobnie zgadza się z danymi producenta, który podaje w specyfikacji 676 g dla rozmiaru UK 8,5.

MTR 201 Pro Low nie są wodoodporne, co może być minusem w czasie biegu w deszczu, ale dzięki temu są lżejsze od modeli z membraną GORE-TEX (mają one dodatkowe trzy literki GTX w nazwie) o ponad 100 g, co z kolei może mieć znaczenie przy biegach na długich dystansach, kiedy pod koniec trasy każdy dodatkowy gram czuje się w nogach. Zamiast cięższej wodoodpornej membrany, w tym modelu użyto lekkiej siatki, która szybko wysycha po zmoczeniu i pozwala stopie oddychać.

Dużo biegałem po mokrych, błotnistych nawierzchniach, w czasie deszczu i po deszczu, w pobliżu rzek i strumieni. Siateczka przemaka błyskawicznie, ale… kiedy tylko kończy się kontakt z wodą, zaczyna szybko wysychać i jeżeli mam tyle szczęścia, że w końcu wychodzi słońce, to do domu dobiegam już w suchych butach. Dodatkowo, ta lekka siateczkowa konstrukcja dobrze przepuszcza powietrze i odprowadza ciepło ze stopy. Dlaczego tak się dzieje widać dokładnie patrząc “przez buta” pod światło.

There should be laughter after pain There should be sunshine after rain /Mark Knopfler, Why Worry/

There should be laughter after pain
There should be sunshine after rain
/Mark Knopfler, Why Worry/

Materiały zastosowane wewnątrz buta są miękkie w dotyku i powodują, że stopa czuje się komfortowo. Na zewnątrz natomiast, w newralgicznych miejscach zastosowano dodatkowe gumowe wzmocnienia (Rubber toe cap) i system wsparcia pięty (360 Heel Support). Jak opisywał Wiktor Suworow, były żołnierz sowieckiego Specnazu, w książce “Akwarium”, materiały zastosowane w ubiorze komandosa powinny być od strony podszewki delikatne, jak skóra kobiety, a z zewnątrz szorstkie jak skóra nosorożca. Buty Mammut MTR 201 Pro Low spełniają te wymagania.

Teraz dyskusyjna sprawa sznurówek, a raczej MTR Speed Lace System, który może, ale nie musi się podobać. Jak sama nazwa wskazuje, dzięki temu systemowi szybciej zawiązuje się buty. Z tym punktem całkowicie się zgadzam – robi się to błyskawicznie. Następnie jednak trzeba pozostały “nadmiar” sznurówek gdzieś schować. Jest do tego przygotowana specjalna kieszonka w języku buta, ale ponieważ znajduje się ona pod już zaciągnietymi sznurówkami, ciężko jest do niej upchnąć ich końcówki. Ale jak się to już zrobi, to siedzą tam i nie wypadają. W razie potrzeby, sznurowadła można też… zwyczajnie zasznurować.

Agresywny dwukierunkowy bieżnik trzyma się dobrze (powiedziałbym nawet doskonale) na prawie wszystkich rodzajach nawierzchni. Mammut nadał mu nazwę kodową Sonar, ponieważ jego forma wzorowana była na kształcie rozchodzących się we wszystkich kierunkach fal sonaru; czyli… “Polowanie Na Czerwony Październik”. Testowałem go na błotnistych leśnych szlakach, ostrych górskich głazach, szutrowych ścieżkach, a nawet na śniegu.

Zarówno przy odbiciu, przyspieszaniu i biegu pod górę, buty trzymają się nawierzchni jakby były przyklejone. Tak samo zachowują się w trakcie szybkiego zbiegania połączonego nawet ze skokami i zapewniają doskonałe tarcie podczas hamowania, gdy trzeba zwolnić. Zeskakując na luźny szuter prawie nie ma poślizgu i można szybko biec dalej.

Jedyną niebezpieczną przygodę związaną z butami Mammut MTR 201 Pro Low przeżyłem nad brzegami rzeki La Venoge. Był to jednorazowy przypadek, ale moim obowiązkiem jest o nim poinformować. To tak, jak ze skutkami ubocznymi lekarstw – jednemu pacjentowi na stu wyskoczą krosty na du…, ale w ulotce informacyjnej trzeba napisać, że lekarstwo może powodować wysypkę. Biegłem zatem piękną trasą wzdłuż rzeki La Venoge, na północ od jej ujścia do Jeziora Genewskiego przy Préverenges. Biegłem i podziwiałem dziką okolicę, dodatkowo zdziczałą przez wysoki poziom wody w rzece.

Lekko mżyło. Nagle, kiedy patrzyłem w bok na imponujący wodospad, wbiegłem na mokre płaskie kamienie leżące tuż przy brzegu i zacząłem szaleńczy taniec jak bohaterowie kreskówek, którzy nadepnęli na skórkę banana. I tak, jak bohaterom kreskówek, udało mi się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Byłem tak zdziwiony tym zupełnym brakiem przyczepności, że zawróciłem i przyjrzałem się kamieniom. Były, jak już pisałem, płaskie i pokryte jakimś zielonym nalotem (mchem?). Przejechałem po nich butem kilka razy i było jak na lodowisku. Wróciłem w to samo miejsce jakiś czas później przy pięknej pogodzie i z pewną taką nieśmiałością wbiegłem na kamienie. Tym razem były suche i nawet o milimetr stopa mi się nie przesunęła. Z tej przygody wysnułem więc taki wniosek, że mokry mech na kamieniach nie jest dobrym podłożem dla butów Mammut MTR 201 Pro Low (na marginesie dodam, że chyba dla każdych butów).

Podsumowując, buciki Mammut MTR 201 Pro Low dobrze mi się sprawuje. Nogi się w nich nie męczą, przyczepność do podłoża (oprócz mokrego mchu) jest rewelacyjna, schną szybko, pozwalają stopie oddychać i… są ładne. Wygląda na to, że będziemy razem dłuuuugo biegać, tym bardziej, że zbliża się Swiss Irontrail (91 km).

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.
/Antoine de Saint-Exupéry/

***

P.S. Z tyłu butów, na paskowym uchwycie pomagającym założyć je na nogę, znajduje się jakaś tajemnicza długość i szerokość geograficzna… Moja wrodzona ciekawość zmusiła mnie żeby sprawdzić, jaki punkt na powierzchni ziemi reprezentują współrzędne 47 36° N i 08 16° E. Musiałem najpierw zrozumieć w jakim formacie podana jest długość i szerokość geograficzna:

  • stopnie, minuty i sekundy (DMS),
  • stopnie i minuty (DM),
  • stopnie w zapisie dziesiętnym (DD).

Po próbach w konwerterze współrzędnych geograficznych, doszedłem w końcu do wyniku, który wskazał punkt w Szwajcarii, w kantonie Aargau, w dystrykcie Lenzburg, w mieście Seon, przy ulicy Birren, przy której znajduje się… fabryka i centrala firmy Mammut. No to strzał w dziesiątkę!

Księżyc i limba

Celuj w księżyc

Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.
/Patrick Süskind, Pachnidło. Historia pewnego mordercy/

Ten cytat nie jest oczywiście astronomicznie poprawny, ponieważ jeśli minie się Księżyc, to do najbliższej gwiazdy (nie licząc Słońca), będzie jeszcze około 40 bilionów kilometrów. Oddaje on jednak ducha przygody, poszukiwania i ciągłego próbowania…

Kontynuując swoje zainteresowanie biegami górskimi, wystartowałem w Trail Dents du Midi, tym razem na dystansie 57 kilometrów. Zanim opiszę moje przygody na trasie, wspomnę że tym razem nie byłem w szarej masie biegaczy w środku stawki, ale byłem jedyny w swoim rodzaju – byłem ostatni! Pomimo tego, że raczej minąłem się z Księżycem, radość z samego ukończenia biegu w limicie czasu, była lądowaniem wśród gwiazd.

Start znajdował się w Champéry na wysokości 1050 metrów nad poziomem morza. Po odebraniu numeru startowego, obowiązkowej kontroli ekwipunku (lampka czołówka, zapas wody, kubek, folia termiczna, kurtka z kapturem, gwizdek) i odprawie, ustawiłem się na linii startu. Było jeszcze ciemno i lampka okazała się zdecydowanie potrzebna. Rozpoczęcie biegu dla zawodników amatorów wyznaczone było na godzinę 6:00. Pistolet wystrzelił punktualnie i ruszyliśmy. Biegnąc przez Rue Centrale w kierunku południowym opuściliśmy miasteczko.

I tu ciekawostka. Lampka rozświetlała ciemności na tyle, że przypomniałem sobie, iż już tu byłem dawno temu, kiedy moja młodsza córka jeździła jeszcze w wózeczku. Trasa Le chemin des poussettes była spokojnym i bezpiecznym pomysłem na miły rodzinny spacer na łonie przyrody. Dystans z Champéry do Grand-Paradis to około 2 kilometry, łagodnej dróżki przez las. Na miejscu wspaniałe widoki na majestatyczne szczyty Dents du Midi i możliwość zjedzenia posiłku w zadaszonym miejscu na piknik. Do Champéry powrót tą sama drogą.

Widok na masyw Dents du Midi z Grand-Paradis

Widok na masyw Dents du Midi z Grand-Paradis

Ja tym razem nie widziałem szczytów, a do mety w Champéry zostało mi jeszcze około 55 kilometrów przez góry.

Od Grand-Paradis biegłem lekko w górę dolinki, przez Forêt de la Lui, aż do wysokości 1200 metrów. Tu zaczęła się wspinaczka po zboczu Dent de Rossétan do wysokości około 1600 metrów. Następnie w miarę płaski teren, nadający się do biegu i falujący spokojnie w zakresie 400 metrów w górę i w dół.

Aby do świtu, kochani, aby do świtu! Słońce nadciąga nieubłaganie znad Pacyfiku /fragment piosenki Jana Pietrzaka/

Aby do świtu, kochani, aby do świtu! Słońce nadciąga nieubłaganie znad Pacyfiku /fragment piosenki Jana Pietrzaka/

Zaczęło się robić jasno około godziny 7:30, a niedługo później wschodzące słońce oświetliło górskie szczyty.

Chłodny poranek w górach

Chłodny poranek w górach

Wyzłocone słońcem szczyty
Już różowo w górze płoną,
I pogodnie lśnią błękity
Nad pogiętych skał koroną.

W dole – lasy skryte w cieniu
Toną jeszcze w mgle perłowej,
Co w porannym oświetleniu
Mknie się z wolna przez parowy.

Mgły w dolinie

Mgły w dolinie

Lecz już wietrzyk mgłę rozpędza,
I ta rwie się w chmurek stada…
Jak pajęcza, wiotka przędza
Na krawędziach skał osiada.

A spod sinej tej zasłony
Świat przegląda coraz szerzej,
Z nocnych, cichych snów zbudzony,
Taki jasny, wonny, świeży.
/Adam Asnyk, Ranek w górach/

Pierwszy punkt kontrolny znajdował się u podnóża Haute Cime, czyli najwyższego „zęba” (3257 m n.p.m.) w grupie siedmiu wierzchołków Dents du Midi. Potem długi, kilkukilometrowy odcinek w okolicach poziomicy 2000 metrów, aż do Signal de Soi, gdzie znajdował się z kolei pierwszy punkt żywieniowy (zaopatrzony jak w hotelu 5 gwiazdkowym – pieczywo, sery, czekolady, owoce, herbata, Coca-Cola, woda).

Wzmocniony ruszyłem dalej radując się ścieżką wznoszącą się i opadającą łagodnie, cały czas po północnej stronie „zębów”.

Babciu, czemu masz takie duże zęby?

Babciu, czemu masz takie duże zęby?

Z Chindonne (1604 m n.p.m.) zaczął się stromy zbieg do Vérossaz (811 m n.p.m.). W tej miejscowości miała miejsce zmiana zawodników w biegu sztafetowym. Ja, nie chwaląc się, także drugą połowę trasy miałem pokonać osobiście. Najpierw jednak posiliłem się nieco i odpocząłem.

Około 11:30 wyruszyłem w dalszą drogę, a po pięciu minutach wyprzedził mnie pierwszy z profesjonalnych zawodników, który rozpoczął bieg o godzinie 9:00, czyli 3 godziny po mnie!

Przez długi czas biegłem mniej więcej na wysokości 1100 – 1200 metrów, okrążając masyw Dents du Midi i kierując się coraz bardziej na południe.

Break on Through (To the Other Side)

Break on Through (To the Other Side)

Przebiegłem przez Mex i dalej przez tamę (na której znajdował się kolejny punkt kontrolny), przedostałem się na drugi brzeg potoku Torrent de St. Barthélemy. Tu, na wysokości 1182 m n.p.m. rozpocząłem mozolną wspinaczkę, która zakończyła się dopiero ponad kilometr wyżej, na przełęczy Col du Jorat (2323 m n.p.m.).

W Ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,
Gdzie pawiookie drzemią stawy,
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy,
Bokiem się piętrzy turnia śliska,
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy…

Samotny, senny, zadumany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.
Cisza… O liście wiatr nie trąca,

A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.
/Jan Kasprowicz, Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach/

Muszę jeszcze wspomnieć, że tym razem zabrałem ze sobą kijki i była to bardzo dobra decyzja. Rzeczywiście jest to duże odciążenie dla nóg, a na tak długiej trasie i z tyloma stromymi podejściami po prostu niezbędny element ekwipunku.

W czasie zbiegania w dół po drugiej stronie przełęczy, nagle załamała się pogoda i do schroniska przy jeziorze Lac de Salanfe (1942 m n.p.m.) dobiegłem w strugach deszczu. Na szczęście był tam kolejny punkt żywieniowy. Zostałem ugoszczony pieczywem, serem, suszoną szynką i ciepłą herbatą. Uzupełniłem także zapas wody, w zbiorniku w moim plecaku Mammut Lithium Z 20, z którego co jakiś czas popijałem sobie przez rurkę nie przerywając biegu. To także okazało się fantastycznym rozwiązaniem. Jak widać, wyciągnąłem wnioski z błędów popełnionych na poprzednim biegu w Davos. Popełniłem jednak nowe: nie miałem zegarka z GPS, przez co nie mogłem na bieżąco kontrolować przebytego dystansu i ściereczki do okularów, które co chwile zalewane były potem.

– Czyż to nie cudownie, Marylo, że jutro następuje nowy dzień, w którym nie uczyniłam jeszcze żadnego głupstwa?
– Jestem pewna, że popełnisz niejedno – rzekła Maryla. – Pod tym względem nikt ci nie dorówna.
– Wiem o tym – przyznała Ania żałośnie. – Ale czy Maryla zauważyła u mnie ten pocieszający objaw? Nigdy dwukrotnie nie popełniam tego samego błędu!
– Niewiele na tym zyskujesz, jeśli wymyślasz coraz to nowe.
– Ależ Marylo. Chyba musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba może uczynić, więc kiedy popełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.
/Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza/

Deszcz przestał padać i zza chmur wyszło piękne słońce. Znajdowałem się teraz dokładnie po południowej stronie Dents du Midi, które z tej perspektywy wyglądały jeszcze bardziej groźnie i tajemniczo. Początkowo biegłem przy brzegu jeziora, a następnie odbiłem w prawo i przez księżycowy krajobraz zacząłem kolejną wspinaczkę.

Ta była jednak trochę inna od poprzednich, ponieważ w pewnym momencie trasa prowadziła nad 200 metrowymi urwiskami. Poręcze z łańcuchów pomagały nieco we wdrapywaniu się coraz wyżej, ale dotychczasowy wysiłek i respekt przed upadkiem kilkaset metrów w dół, potęgował drganie mięśni nóg, kiedy przylepiony do ściany skalnej przechodziłem nad przepaściami.

Wysoko na skały zrębie
Limba iglastą koronę
Nad ciemne zwiesiła głębie,
Gdzie lecą wody spienione.

Samotna rośnie na skale,
Prawie ostatnia już z rodu…
I nie dba, ze wrzące fale
Skałę podmyły u spodu.

Z godności pełną żałobą
Chyli się ponad urwisko
I widzi w dole pod sobą
Tłum świerków rosnących nisko.

Te łatwo wschodzące karły,
W ściśniętym krocząc szeregu,
Z dawnych ją siedzib wyparły
Do krain wiecznego śniegu.

Niech spanoszeni przybysze
Pełzają dalej na nowo!
Ona się w chmurach kołysze -
Ma wolne niebo nad głową!

Nigdy się do nich nie zniży,
O życie walczyć nie będzie -
Wciąż tylko wznosi się wyżej
Na skał spadziste krawędzie.

Z pogardą patrzy u szczytu
Na tryumf rzeszy poziomej…
Woli samotnie z błękitu
Upaść strzaskana przez gromy.
/Adam Asnyk, Limba/

Przez przełęcz Col de Susanfe (2494) i kolejny punkt kontrolny przedostałem się do imponującej doliny Susanfe, prowadzącej w dół w kierunku Champéry.

Sponiewierany Mammut

Sponiewierany Mammut

Zaczęło się ściemniać, a do celu było jeszcze daleko, dlatego organizatorzy ustawili więcej punktów kontrolnych na tym odcinku biegu. Brawo, fantastyczna organizacja. Tak więc przez Cabane de Susanfe (2102), Pas d’Encel (1808) i Bonavau (1550) wróciłem do Grand-Paradis, gdzie o świcie, również po ciemku i z włączoną lampką pokonywałem pierwsze kilometry biegu. Koło się zamknęło, wąż Ouroboros zjadł własny ogon, ale do mety miałem jeszcze około 2 kilometry. Wiedziałem już, że zmieszczę się w limicie czasu, więc nie było paniki. Powłócząc nogami, systematycznie zbliżałem się do Champéry

Linię mety przekroczyłem jako ostatni, 17 minut przed wyznaczonym limitem czasu, pokonując 57 kilometrów i 4733 metry dodatniej różnicy wysokości.

Człowiek jest niezdolny do tego, by nie być do wszystkiego zdolnym.
/Waldemar Łysiak, Konkwista/

Swiss Iron Trail Finisher

Mammut w krainie Heidi

Spójność zachowań z prezentowaną wizją jest jednym z istotnych czynników w biznesie. Nie jest dobrze odbierane przez społeczeństwo i prawodawców, gdy jakaś firma głosi, że nie reklamuje swoich produktów wśród nieletnich, po czym sponsoruje koncert, którego publicznością są w większości nastolatki. Ale to inna historia.

Ja postanowiłem pokazać, że w świecie realnym jestem spójny z tym co piszę na blogu i wziąłem udział w biegu górskim o wdzięcznej nazwie Swiss Irontrail, a którego głównym sponsorem była firma… Mammut.

Tym razem udałem się na wschód, gdzie jak stwierdził Jerzy Stuhr w „Seksmisji”, „musi być jakaś cywilizacja”. Jemu chodziło oczywiście o Związek Radziecki, ja natomiast trafiłem na wschodni kraniec Szwajcarii, do kantonu Gryzonia, do miasta Davos, w którym co roku odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne. Żeby jednak nawiązać do wspomnianego wcześniej ZSRR, dodam, że częstym gościem tego kurortu jest były członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) i minister w socjalistycznym rządzie PRL, Aleksander Kwaśniewski. W tym zachowaniu w ogóle nie ma spójności – piewca i czynny działacz socjalistyczny, ukochał jeden z najbardziej luksusowych kurortów świata (symbol zgniłego kapitalizmu).

No, my tu gadu, gadu, a trzeba zaczynać zabawę.

Z ładnie położonego, starego miasteczka Mayenfeld prowadzi wąska dróżka, biegnąca przez zielone, pełne drzew pola, aż do podnóża wysokich od tej strony gór, spozierających z powagą ku dolinie. Dalej, tam gdzie dróżka zaczyna ostro piąć się pod górę, ciągną się łąki porośnięte niska trawą i górskimi ziołami. Ich zapach wita przybysza z daleka, sama zaś dróżka wiedzie już prosto w Alpy.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Start do biegu na 42.7 km miał swój początek w Lenzerheide na wysokości około 1500 m n.p.m. Najpierw rozgrzewkowa, 4 kilometrowa rundka wokół jeziorka Heidsee, a następnie ostro w górę na 2000 m n.p.m. Po około 15 kilometrach, na wysokości ponad 2500 m n.p.m. pierwszy postój regeneracyjny w stacji kolejki górskiej. Następnie spokojnie w dół, szeroką drogą, która w zimie jest nartostradą i ponowna wspinaczka na najwyższy punkt biegu, czyli szczyt Weisshorn o wysokości 2653 m n.p.m.

Na alpejskim szlaku

Na alpejskim szlaku

Prawie pod koniec wspinaczki, gdy wybiegłem zza skały, zobaczyłem stojącego na drodze wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Gdy podbiegłem bliżej, zobaczyłem, że wspiera się on na mieczu z valyrianskiej stali – wtedy go poznałem. Eddard Stark, Lord Winterfell i Namiestnik Północy, wskazał mieczem na szczyt, rzekł „winter is comming” i rozpłynął się w pierwszych płatkach śniegu. Dzięki temu ostrzeżeniu otrzymanemu w ostatniej chwili, nałożyłem szybko kaptur mojej zielonej kurtki Mammut DRYtech Premium i z pewnością siebie wszedłem na szczyt.

Winter is coming

Winter is coming

Szalała tam burza śnieżna. Grube płatki śniegu wirowały w szalonym tańcu i zalepiały okulary, wiatr wył potępieńczo, a na granicy widoczności przemykały tajemnicze postacie o błękitnych oczach. Na szczęście burza nie trwała dłużej niż 10 minut i po chwili zza chmur wyjrzało piękne słońce, w którego promieniach zbiegłem przez Tęczowy Most do Arosy.

Tęczowy Most Bifrost - jedyna droga do Asgardu

Tęczowy Most Bifrost – jedyna droga do Asgardu

Tam, w bunkrze przeciwatomowym posiliłem się makaronem z sosem bolognese i przepiłem to wszystko Coca-Colą. Po około 20 minutach ruszyłem dalej. Początkowo w dół, co nie przeszkadzało tak bardzo w trawieniu, a następnie ponownie w górę przez alpejskie łąki, na których pasły się alpejskie krowy.

Krowy rasy szwajcarskiej

Krowy rasy szwajcarskiej

Zmęczenie dawało o sobie znać. Już wiedziałem, że na następny bieg zabiorę kijki, które odciążą nogi i pomogą we wspinaczce. Także w kwestii przyjmowania płynów, miałem w plecaku butelki, co okazało się niezbyt wygodne, gdyż za każdym razem musiałem ściągać plecak, wyjmować butelkę, odkręcać i dopiero pić. Czyli kolejna nauka wynikająca z praktyki – na następny raz – plecak ze zbiornikiem na wodę i rurką.

Tymczasem trzeba było wspomagać się inaczej, żeby biec dalej, naprzód, przed siebie, zdobywać kolejne metry i kilometry. Przypomniał mi się wtedy bardzo pouczający kawał, właśnie w temacie pokonywania kolejnych kilometrów:

Młody wielbłąd pyta swojego taty:
- Tatusiu, dlaczego gazele mają takie piękne i zgrabne raciczki, a my mamy takie wielkie rozczapierzone kopyta?
- Widzisz synku, nasze kopyta są dostosowane do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, człapać noga za nogą, ciągle do przodu i nie zapadać się w piasku.
- Aha. A dlaczego antylopy mają taką gładką i błyszczącą sierść, a my mamy takie kłaki zwisające, a w innych miejscach nawet nie mamy sierści?
- Widzisz synku, nasza skóra dostosowana jest do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, ciągle do przodu, gdzie w ciagu dnia jest niesamowicie gorąco, a nocą temperatura spada nawet poniżej zera.
- Aha. A dlaczego zebry mają taką piękną i zgrabną linię pleców, a my mamy takie okropne garby?
- Widzisz synku, nasze garby są niezbędne do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, ciągle do przodu i kiedy inne zwierzęta już umrą z głodu, my możemy iść dalej pobierając jedzenie z naszych garbów.
- Aha. Ale po co nam to wszystko, jak my przecież w ZOO mieszkamy?

Ostatni, krótki postój, po 35 kilometrach, w Jatz na wysokości 1831 m n.p.m., a następnie 500 metrów w górę, na dystansie 2 kilometrów. Po zdobyciu przełęczy Strelapass, gdzie znajdował się punkt kontrolny, został już tylko długi zbieg do Davos.

Strelapass

Strelapass

W Davos, na mecie czekała na mnie rodzina, niedobitki kibiców, którzy się jeszcze nie znudzili mimo tego, że witali zwycięzców biegu ponad pięć godzin wcześniej. Na finiszu biegu przez Gryzonię nie mogło oczywiście zabraknąć honorowej mieszkanki kantonu, czyli Heidi.

Mammut już po biegu i Heidi

Mammut już po biegu i Heidi

Heidi stała na skraju wzniesienia i machała ręką, dopóki goście nie zniknęli.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Castelmola błyszczy jeszcze wyżej...

Castelmola błyszczy jeszcze wyżej…

Po rozgrzewce na Corso Umberto, wyruszyłem poza miasto. Bieganie w okolicach Taorminy to dzika przyjemność i to nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. W ciągu tygodnia zwiedziłem dużo ciekawych miejsc, ale nie spotkałem zbyt wielu ludzi, za to zwierzęta towarzyszyły mi na każdym kroku.

"Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Świat, w którym baśń ta dzieje się..."

“Gdzieś jest, lecz nie wiadomo gdzie. Świat, w którym baśń ta dzieje się…”

Moje sycylijskie wycieczki biegowe zaczynałem zawsze o świtaniu, żeby później, w normalnych godzinach zwiedzać miasto, teatr grecki i inne turystyczne atrakcje razem z rodziną i przyjaciółmi. “Kiedy ranne wstawały zorze”, wychodziłem z Residence Schuler  na Piazza Padre Pio i ulicą Via Otto Geleng biegłem aż do skrzyżowania z Vico Tauro.

Wygląda na to, że kult Ojca Pio jest bardzo żywy na Sycylii, ponieważ w każdym ze zwiedzanych kościołów widziałem obraz lub rzeźbę z jego podobizną. Oczywiście na placu Ojca Pio nie mogło zabraknąć jego pomnika. Dla Polaków szczególnie interesujące są jego relacje z Karolem Wojtyłą. Jak wynika z zachowanej korespondencji i relacji świadków, Ojciec Pio wiedział, że polski ksiądz w przyszłości zostanie papieżem. Kiedy stygmatyk z San Giovanni Rotondo otrzymał od Karola Wojtyły list z prośba o modlitwę w intencji chorej na raka Wandy Półtawskiej, matki czwórki dzieci, powiedział “jemu nie można odmówić”. Po tygodniu, kobieta w niewytłumaczalny sposób wyzdrowiała. Po otrzymaniu drugiego listu od biskupa krakowskiego, tym razem z podziękowaniami za modlitwę, polecił swojemu współpracownikowi, aby zachował oba listy, ponieważ pewnego dnia będą “bardzo ważne”

Ojciec Pio

Ojciec Pio

Będąc nadal wierny zasadzie “bawiąc – uczyć”, wspomnę jeszcze skąd wzięła się nazwa ulicy, przez którą codziennie przebiegałem i przechodziłem. Otto Geleng był niemieckim malarzem, specjalizującym się w tworzeniu krajobrazów. Przeprowadził się z Berlina do Taorminy w poszukiwaniu pejzaży dla swoich obrazów i trafił w miejsce idealne. Zaczął malować wszystko co mogła zaoferować Taormina, czyli morze, góry, ruiny i pokrytą śniegiem Etnę, z których żadne nie było znane odbiorcom w europejskich miastach. Kiedy jego obrazy były prezentowane na wystawach w Berlinie i Paryżu, wielu krytyków oskarżało go o “wybujałą wyobraźnię”. Wtedy młody artysta uniósł się honorem (skąd my to znamy) i zaprosił niedowiarków do Taorminy, obiecując, że pokryje wszystkie koszty, jeżeli te magiczne widoki nie będą prawdziwe. Krajobrazy okazały się prawdziwe i panowie krytycy zachwycili się miastem. Otto okazał się dobrym przedsiębiorcą i wizjonerem. Po reakcjach swoich kolegów wyczuł nadchodzącą falę zainteresowania regionem i założył pierwszy hotel w mieście, stając się prekursorem turystyki w Taorminie.

Otto Geleng, "Taormina. Widok na ruiny w świetle poranka. W tle ośnieżona Etna", 1872

Otto Geleng, “Taormina. Widok na ruiny w świetle poranka. W tle ośnieżona Etna”, 1872

Wracając do biegu, od skrzyżowania kieruję się w górę po kamiennych schodach między domami mieszkalnymi, do drogi SP10 zwanej inaczej Rotabile Castelmola.

Castelo Saraceno i Castelmola

Castelo Saraceno i Castelmola

Następnie przez dwa przejścia dla pieszych, prowadzące prosto do kolejnych schodów. Po stopniach w górę na zakręt “patelnię” wspomnianej już drogi SP10. Prowadzi ona takimi własnie zakosami do Castelmoli, czyli celu mojej przebieżki. Ja jednak rezygnuję z wdychania spalin z licznych tutaj skuterów Vespa pędzących pod górę – tą przyjemność zostawiam sobie na “Rzymskie wakacje” – i wybieram trasę dla pieszych.

"Rzymskie wakacje"

“Rzymskie wakacje”

Biały drogowskaz z napisem Castelmola wskazuje wąską drogę odchodzącą w lewo, w którą wbiegam. Po około 70 metrach mijam uliczkę prowadzącą w prawo do jakiejś posiadłości i po kolejnych 70 metrach wbiegam na kamienne schodki odchodzące w prawo w górę od drogi. Są one oznaczone napisem Castelmola Porta dei Saraceni 902 D.C. na żółtej tablicy. Od tego miejsca zaczyna się trasa piękna, dzika i… zaniedbana.

Tu gdzieś jest ścieżka

Tu gdzieś jest ścieżka

Z pomiędzy kamiennych stopni wyrasta trawa, a drewniana balustrada jest połamana. Widać, że czasy świetności ta promenada ma już dawno za sobą. Nic to, taką własnie drogą wspinam się po zboczu wzgórza na którym wznosi się Castelmola. Trzeba uważać i patrzeć pod nogi, ponieważ od czasu do czasu zdarza się nawet zapadnięta nawierzchnia, a nie było by bezpiecznie spaść w przydrożne chaszcze. Trasa przez lasek, w kierunku północno-zachodnim, kończy się po chwili i wybiegam na otwartą przestrzeń pod dużą skałą z prawej strony ścieżki. Po około 100 metrach przebiegam przez ruiny bramy przez którą w roku 902 Emir Ibrahim Ahmed wkroczył do Taorminy, ostatniej twierdzy bizantyjskiej na Sycylii i zniszczył miasto.

Porta dei Saraceni

Porta dei Saraceni

Arabowie wykorzystali osłabienie Cesarstwa Bizantyńskiego i od VII wieku organizowali ataki na południowe wybrzeże Sycylii, które były kontynuowane bez większych sukcesów w kolejnych stuleciach. W roku 827 wylądowali w mieście Mazara z ponad 10 tysiącami wojowników, z konkretnym celem zdobycia całej wyspy. Taormina, dzięki swojemu położeniu długo odpierała ataki najeźdźców, aż wreszcie emir dostał się do miasta od północy, przez Bramę Cuseni, nazwaną następnie Bramą Saraceńską (Porta dei Saraceni), żeby pamiętać o tym tragicznym wydarzeniu. Miasto zostało splądrowane i zniszczone, mieszkańcy wymordowani i tylko młode dziewczyny zostały oszczędzone, ale… wysłane do haremów w Bagdadzie.

Od bramy droga prowadzi w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim. Na drodze pojawia się szuter z drobnych skał wulkanicznych, który ostrymi krawędziami kaleczy buty. Po 90 metrach ścieżka kieruje się na północ, w kierunku Castelmoli i zakosami wspina się po zboczu. Od czasu do czasu towarzyszą mi ładne, ale zniszczone latarnie imitujące stylem “belle epoque”.

Balustrada do remontu (za pieniądze Konfederacji Szwajcarskiej?)

Balustrada do remontu (za pieniądze Konfederacji Szwajcarskiej?)

Biegnę dalej pod górę, nie zważając na trudności techniczne, a nawet ciesząc się, że jestem sam i nie obijam się o innych ludzi jak na tatrzańskich szlakach, gdzie nawet wspinając się na Rysy, najwyższy szczyt Polski (2499 m n.p.m.), trzeba stać w kolejce.

"I am the Lizard King I can do anything"

“I am the Lizard King I can do anything”

Pod koniec wspinaczki znowu pojawia się więcej roślinności. Po chwili od trasy odchodzi alejka w prawo w dół, która prowadzi do kapliczki Chiesa San Biagio z I wieku.

There's still time to change the road you're on

There’s still time to change the road you’re on

 

Chiesa San Biagio

Chiesa San Biagio

Podsumowując, trasa czasy świetności ma już za sobą i zdecydowanie przydałby się jej remont. Jestem pewien, że kiedy Sardynia dołączy do Konfederacji Szwajcarskiej jako 27 kanton (Canton Marittimo), Sycylia pójdzie w jej ślady i dofinansowanie turystyki będzie jednym z głównych punktów planu inwestycyjnego dla zamorskich posiadłości Szwajcarii.

Do Castelmoli wbiegam od południa na ulicę Via Circonvallazione Sud. Teraz trzeba improwizować, ponieważ ilość wąskich i krętych uliczek jest tak duża, że trzymanie się dokładnie trasy, gdybym ją opisał byłoby stresujące, a stresów należy unikać. Generalnie kierować się trzeba w górę, na północ-północny-wschód, aż dotrze się do dużego placu i tarasu widokowego. Z ciekawością wspinam się do zamku i… zastaję bramę zamkniętą z powodu remontu.

Od tarasu widokowego zbiegam w dół znaną już drogą SP10 i po około 100 metrach skręcam w prawo na schodki, które przez parking prowadzą do deptaku schodzącego zakosami w dół w kierunku Taorminy. Kierując się tą trasą dobiegam znów (uff) do drogi SP10. Przez chwilę biegnę ulicą i po 250 metrach skręcam w lewo po skosie, w uliczkę Via Madonna Rocca prowadzącą pod górę do Sanktuarium Matki Boskiej na Skale.

Santuario Madonna della Rocca

Santuario Madonna della Rocca

Nie byłbym sobą, gdybym nie podbiegł jeszcze wyżej, do Castelo Saraceno, po popękanych schodach, nie chronionych już nawet połamanymi balustradami. A tu niestety znowu niemiła niespodzianka – zamknięte z powodu remontu. Szwajcario przybywaj!

Wracam więc do sanktuarium i zaczynam zbiegać w dół po drodze krzyżowej (passione strada), z której roztacza się piękny widok na zatokę i Piazza IX Aprile.

Widok na Piazza IX Aprile z Santuario Madonna della Rocca

Widok na Piazza IX Aprile z Santuario Madonna della Rocca

Po kilku minutach znajduję się w centrum Taorminy i znowu na Corso Umberto – czy to jakieś czary? A właściwie to dobrze się składa, kupię parę cytryn do herbaty…

Sycylijska cytryna

Sycylijska cytryna

 

 

 

Taormina błyszczy w górze

Taormina błyszczy w górze

Jak inni wielcy artyści, aktorzy, celebryci i pisarze, przybyłem do Taorminy podziwiać wspaniałą przyrodę, architekturę oraz atmosferę elegancji i dobrego stylu. W przeciwieństwie do nich miałem jednak jeszcze jeden cel – bieganie pod górę.

Na urwisku prostopadłem,
Na uciętych skał marmurze,
Ponad modrych mórz zwierciadłem
Taormina błyszczy w górze.
/Adam Asnyk, Taormina/

Taormina, zwana “perełką Sycylii”, to jedno z najczęściej odwiedzanych miast wyspy. Miasto położone jest na stokach Gór Pelorytańskich (Monti Peloritani), na szczycie wzgórza Monte Tauro. Poniżej rozciąga się Morze Jońskie, które oddziela wyspę od Grecji, z której wywodzą się jedni z pierwszych kolonizatorów Sycylii.

Odwrócona ku wschodowi
W głąb Jońskiego patrząc morza,
Pierwsze świtu blaski łowi,
Które grecka śle jej zorza.
/Adam Asnyk, Taormina/

Grecka zorza (chociaż tak naprawdę to na horyzoncie widać Kalabrię)

Grecka zorza (chociaż tak naprawdę to na horyzoncie widać Kalabrię)

Ze względu na swoje strategiczne położenie w centrum Morza Śródziemnego, wyspa była narażona na ataki ze strony Greków, Kartagińczyków, Rzymian i Arabów. Także Hiszpanie i Francuzi walczyli o podporządkowanie sobie Sycylii. Dzisiaj pozostałości budownictwa każdego ze zdobywców stanowią o niepowtarzalnej atrakcyjności tego miejsca.

To najwspanialsze dzieło sztuki i natury!
/Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska/

Najsłynniejszym i najstarszym zabytkiem Taorminy są ruiny teatru greckiego (teatro greco). Jest to drugi co do wielkości obiekt tego typu na Sycylii, po teatrze w Syrakuzach. Wykuto go w skale w III wieku przed naszą erą, wykorzystując naturalne ukształtowanie terenu.

Na błękitów malowidle
O minionych czasach marzy:
Wysunięty na jej skrzydle
Grecki teatr siadł na straży.
/Adam Asnyk, Taormina/

Teatr grecki widoczny ze ścieżki do Santuario Madonna della Rocca

Teatr grecki widoczny ze ścieżki do Santuario Madonna della Rocca

Chociaż został w późniejszym czasie przebudowany przez  Rzymian i wykorzystywany do walk gladiatorów, jego układ jest zgodny z kanonami architektury greckiej. Posiada on centralny plac (orchestra), widownię (theatron) i scenę (skene). Z zachowanych fragmentów dekoracji można przypuszczać, że teatr był zbudowany w porządku korynckim – czyli głowice kolumn miały kształt koszyka uformowanego z dwóch rzędów liści akantu.

Kolumny korynckie w teatrze greckim w Taorminie

Kolumny korynckie w teatrze greckim w Taorminie

Głowica kolumny w kształcie kalatosu uformowanego z dwóch rzędów liści akantu

Głowica kolumny w kształcie kalatosu uformowanego z dwóch rzędów liści akantu

Ponieważ akant rośnie na Sycylii, mogłem po raz pierwszy w rzeczywistości zobaczyć spiritus movens jednego z podstawowych porządków architektonicznych.

Akant w środowisku naturalnym

Akant w środowisku naturalnym

Przy okazji mogłem poćwiczyć moje umiejętności finansowe i sprawdzić rachunek wyników teatru, który prezentowany jest w niewielkim muzeum na terenie zabytku. Po wnikliwym audycie stwierdziłem, że teatr prawdopodobnie był pralnią brudnych pieniędzy, gdyż przechodziły przez niego dodatkowe miliony drachm od jakiejś starożytnej (najstarszej?) organizacji pod nazwą “Córy Koryntu”…

Starożytna księgowość

Starożytna księgowość

Na koniec dodam, że teatr jest fantastycznie położony i wykorzystuje niebo, okoliczne wzgórza i ośnieżoną sylwetę Etny, jako naturalną scenografię. Starożytna budowla zachowała do dzisiaj doskonałą akustykę i stanowi idealne tło dla wydarzeń kulturalnych. Współcześnie w teatrze odbywają się koncerty, spektakle i festiwale. Najbardziej znanym wydarzeniem jest “Taormina FilmFest”, najstarszy festiwal filmowy we Włoszech. Pierwsza impreza odbyła się w roku 1955, a w 1971 została na stałe przeniesiona do Taorminy. W ciągu tych lat gościła wiele gwiazd światowego kina, między innymi: Elizabeth Taylor, Marlenę Dietrich, Sophię Loren, Roberta De Niro, Marlona Brando, Audrey Hepburn, Gregory Pecka i Matta Dillona grającego Hanka Chinaskiego, alter-ego kultowego pisarza Charlesa Bukowskiego w filmie “Factotum”.

Życie jest tak dob­re, jak dob­rym poz­wa­lasz mu być.
/Charles Bukowski/

Przepraszam, ja przecież o bieganiu miałem pisać. Na bieganie przyjdzie pora, obiecuję. Jestem jednak przekonany, że pewne informacje na temat “tak pięknych okoliczności przyrody… i niepowtarzalnych” muszą być podane.

Zatem następnym punktem programu jest park miejski (Villa Comunale), w którym można podziwiać barwną śródziemnomorską roślinność i angielski ogród, zaprojektowany przez Florence Trevelyan, kuzynkę królowej Wiktorii, która mieszkała w Taorminie pod koniec XIX wieku. Ogród położony jest na tarasie skalnym poniżej teatru greckiego. W parku znajdują się rośliny śródziemnomorskie, żywopłoty, rabaty kwiatowe, a ze ścieżek roztaczają się widoki na morze, góry i oczywiście Etnę.

Widok na Etnę z parku miejskiego

Widok na Etnę z parku miejskiego

Większość turystów biega po sklepach na głównej ulicy miasta, Corso Umberto. Jest to owszem miłe zajęcie, ale można przeznaczyć na nie więcej czasu (i pieniędzy) niż na ukończenie maratonu.

Maraton na Corso Umberto

Maraton na Corso Umberto

Od północy i południa miasto zamknięte jest bramami. Porta Messina stanowi wejście północne, a Porta Catania wejście południowe. Pomiędzy nimi wiedzie właśnie Corso Umberto, które stanowi oś miasta. Mniej więcej w połowie długości Corso, przy Piazza IX Aprile znajduje się trzecia brama – Porta di Mezzo, zwana również wieżą zegarową. Z placu roztacza się kolejny przepiękny widok w kierunku Etny.

Kiedy słyszę słowo „Taormina”, oczami wyobraźni widzę wysokie wzgórze, nisko rozłożone jedwabiste morze, w blasku słońca roztapiającą się jak kryształ Etnę i w końcu całą czarodziejską scenerię grecko-rzymskiego teatru. Jest to jedyna taka scenografia na świecie”.
/Jarosław Iwaszkiewicz, Książka o Sycylii/

Corso Umberto jest zamknięta dla samochodów, więc bezpiecznie można odwiedzać sklepy, restauracje, bary, kawiarnie i przyjemnie spędzać czas. Ja, wraz z rodziną i przyjaciółmi, spędzałem go bardzo przyjemnie, między innymi w Gambero Rosso na Via Naumachie 11, przecznica z Corso Umberto.

Delektowaliśmy się tam smaczną kuchnią włoską oraz doskonale dobranym winem i docenialiśmy zaangażowaną i sprawną obsługę. Takie połączenie sprawiło, że odwiedzaliśmy lokal jeszcze kilka razy podczas pobytu w Taorminie.

W Gambero Rosso

W Gambero Rosso

Plątanie się po Corso Umberto przyniosło jeszcze jeden pozytywny efekt. Poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy się z właścicielką biura podróży SAT (Sicilian Airbus Travel), która wskazała nam najciekawsze miejsca i imprezy w Taorminie i zaoferowała dużą zniżkę na wycieczki po okolicy, między innymi na Etnę, do Syrakuz i barokowego miasta Noto.

Planowanie wycieczek (spostrzegawczy zauważą zdjęcie Audrey Hepburn odwiedzającej Taorminę)

Planowanie wycieczek (spostrzegawczy zauważą zdjęcie Audrey Hepburn odwiedzającej Taorminę)

Za jej namową uczestniczyliśmy także w tradycyjnej procesji wielkanocnej odbywającej się w Wielki Piątek. Trasa wiedzie, jak pewnie się domyślacie przez Corso Umberto. Mężczyźni i kobiety ubrani na czarno niosą rzeźby pokazujące mękę Chrystusa, a między nimi idą dzieci pierwszokomunijne w białych strojach. Oświetlenie ulicy i wszystkich sklepów jest wyłączone i tylko świeczki uczestników procesji rzucają słabe światło na rozgrywające się wydarzenia.

Nasza przewodniczka Giovanna w innej roli

Nasza przewodniczka Giovanna w innej roli

Jak tylko procesja się kończy, właściciele sklepów włączają światła ponownie i wracają do prowadzenia interesów.

Oddajcie Cezarowi to, co należy do Cezara, a Bogu to, co należy do Boga.
/Mt 22, 15-21/

To tyle w ramach wstępu. W następnym artykule będzie już zdecydowanie więcej o bieganiu…