Sentymentalna wycieczka biegowa (część 3)

Z Placu na Stawach pobiegłem w lewo, ulicą Senatorską w kierunku Salwatora. Minąłem miejsce, gdzie kiedyś mieściło się przedszkole, w którym bawiłem się i uczyłem przez 3 lata. To tu byłem Piernikowym królem, Muchomorem, który zgubił swój kapelusz i żołnierzem Powstania Listopadowego. Tutaj jadłem niezpomniane jajko na twardo w sosie koperkowym i obowiązkowo spałem po obiedzie. Po przedszkolu i ogródku z piaskownicą nie ma już ani śladu – teraz stoi tu budynek mieszkalno-biurowy.

Piernikowy król i jego goście

Piernikowy król i jego goście

 

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

 

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Dotarłem znów do ulicy Kościuszki i przebiegłem przez most na rzece Rudawie, do której kilkadziesiąt metrów dalej, przy klasztorze Sióstr Norbertanek wpada Wisła (to nie pomyłka, tak się prawidłowo mówi na Zwierzyńcu). Jeżeli nie wierzysz, to idze, idze bajoku!

Klasztor, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków dzielnicy, powstał w II połowie XII wieku. Jak głosi tradycja, jego fundatorem był dziedzic Zwierzyńca, rycerz Jaksa Gryfita z Miechowa, który po powrocie z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej ufundował w 1162 roku klasztor i kościół. Norbertanki są najstarszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym w Polsce, a przybyły na Zwierzyniec z czeskich Doksan koło Pragi. Na przestrzeni wieków siostry modlące się za murami klasztoru miały różne przygody, z których co najmniej jedna przeszła do legendy.

Według historyków, Tatarzy atakowali Kraków co najmniej trzykrotnie. Podczas jednego z najazdów, ucierpiał również klasztor Norbertanek. Najeźdźcy przedarli się przez mury obronne i jak to mieli w zwyczaju zaczęli rabować, niszczyć i szukać kobiet do gwałcenia. Legenda głosi, że siostry uciekały przed pohańbieniem podziemnymi tunelami, które prowadziły od zabudowań klasztornych aż pod Lasek Wolski. Gdy Norbertanki wyszły już na powierzchnię ziemi, dostrzegły, że Tatarzy wysłali patrole i przeszukują cały las. Zaczęły dalej uciekać przez jary i wąwozy Lasku Wolskiego, cały czas modląc się o ratunek. Po chwili ujrzały przed sobą wapienne skały, a wśród nich maleńką kapliczkę, ukrytą między gęstymi krzakami i uznały to za znak bożej łaski. Ich szczere modły zostały wysłuchane – kapliczka wraz z Pannami Zwierzynieckimi zapadła się pod ziemię. Na jej miejscu pojawiły się skały wapienne, które zsunęły się na drogę. Tak z bożą pomocą Norbertanki ocaliły cnotę. Legenda mówi dalej, że jeżeli ktoś o czystym sercu będzie wędrował w pobliżu Panieńskich Skał może usłyszeć z pod ziemi głosy szczerej modlitwy uratowanych sióstr…

Z klasztorem połączony jest barokowy kościół pod wezwaniem św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela i razem tworzą największy, po Wawelu, kompleks zabytkowy miasta.

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

W kościele tym brali ślub moi dziadkowie, rodzice, ja zostałem ochrzczony i także mój ślub odbył się w tych zabytkowych murach. W latach dziecinnych, w każda Wielką Sobotę meldowałem się na dziedzińcu klasztoru z koszyczkiem pokarmów do poświęcenia, w Poniedziałek Wielkanocny nie mogłem się doczekać na Emaus, a w oktawę Bożego Ciała maszerowałem w pochodzie Lajkonika.

Za klasztorem i pętlą tramwaju numer 6, przebiegam przejściem dla pieszych przez ulicę Królowej Jadwigi i skręcam zaraz w prawo, w kolejną ulicę biegnącą ostro w górę. W tym miejscu mógłbym już opisywać dalszą drogę coraz wyżej i wyżej w kierunku Kopca Kościuszki, ale…

 

Koniec części trzeciej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 2)

Miejsce startu, jak już wspominałem, wybrałem bardzo sentymentalnie. Wyruszyłem z pod budynku, w którym mieszkałem jako dziecko, a który znajduje się przy ulicy Komorowskiego 1.

Komorowskiego 1

Komorowskiego 1

Bolesław Komorowski – lekarz urzędowy Półwsia Zwierzynieckiego, a po włączeniu go w obręb Krakowa (co, jak już wiemy, nastąpiło w roku 1910) – lekarz miejski Zwierzyńca. Był on na początku ubiegłego wieku słynną w Krakowie postacią. Przeszedł do historii miasta przede wszystkim jako lekarz-społecznik, ponieważ w swym gabinecie przyjmował biednych za darmo, dawał też pieniądze na lekarstwa i chleb, jeśli im go brakowało. Niektórzy współcześni mu krakowianie nazywali doktora Komorowskiego „Janosikiem w białym kitlu” – wysokimi honorariami „łupił” zamożnych pacjentów, aby bez zapłaty leczyć biednych. A że lekarzem był świetnym, prowadził chyba największą praktykę w mieście, nie brakowało mu bogatych pacjentów.

Pamiętam, że na parterze kamienicy, od strony ulicy Tadeusza Kościuszki (zakładam, że o Kościuszce wszyscy słyszeli) mieścił się sklep „1001 drobiazgów”, a od strony podwórka melina Pani F. Na trzecim piętrze miał pracownię arysta Ozimek, a podobno pod podwórkiem, na którym grałem w piłkę znajduje się schron przeciwatomowy.

Ulicą Komorowskiego dotarłem do Placu na Stawach, gdzie chodziłem z babcią na zakupy. Dziwaczna nazwa wzięła się od stawów hodowlanych, których pobliski zakon Norbertanek używał jako zaplecza rybnego dla swojej kuchni. Stawy z czasem zasypano, a na ich miejscu powstał plac targowy.

Plac na Stawach współcześnie

Plac na Stawach współcześnie

Wielkim rarytasem były frytki smażone na starym, wielokrotnie używanym oleju, w szarej papierowej torbie, która szybko nasiąkała tłuszczem, a sól do frytek sypało się ze słoika z pokrywką podziurawioną gwoździem.

Na deser można było dostać Lody Bambino o smaku śmietankowo-kawowym.

Najważniejszym miejscem Placu był jednak Bar na Stawach, który przeszedł na zawsze do historii dzielnicy, miasta, a nawet do historii Polski. Stało się tak za sprawą poety Jerzego Harasymowicza, który opisał życie zwierzynieckich kindrów, łaziorów i andrusów w malowniczy, a nawet bajkowy sposób. Ten niezwykle wrażliwy artysta przeczuwał, że ten barwny świat nieodwołalnie odchodził w przeszłość i siłą swego poetyckiego talentu pragnął ocalić go od zapomnienia.

Nieraz pytają za kim jestem
W tym kraju częsta to sprawa
Mówię najbardziej popieram szyld
Z napisem “Bar Na Stawach”

Tam Maks Wózek przychodzi i Rufino
Goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy
Tam zielone pachnie nocy piwo
Tam się schodzą placowe drogi
/Jerzy Harasymowicz, Bar na Stawach/

Podmiejscy herosi, goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy to byli głównie malarze, murarze, wózkarze i tramwajarze. Właśnie to towarzystwo wyczarowywało słynne krakowskie szopki, o których wspominałem wcześniej i tworzyło folklor krakowskiego przedmieścia.

W barze zbierał się „Zwierzyńca kwiat”, by nad kuflem piwa podumać o życiu, wieść niekończące się dyskusje lub kibicować swojemu klubowi piłkarskiemu. Do baru szło się, by kogoś spotkać lub coś ważnego załatwić, prosić o pomoc w zrzuceniu węgla do piwnicy albo w wyniesieniu szafy na piętro.

W barze rządził Czesiek Czorny, oprócz, rzecz jasna właściciela, pana Władysława Ogińskiego. Czesiek, czyli Czesław Zając, szafarz (bo wynosił po schodach szafy, meble, fortepiany i najróżniejsze graty), miał zdolności przywódcze i zaliczał się do tych, co na Zwierzyńcu wodzą prym.

Pisząc o andrusach, obowiązkowo trzeba wsponieć o Aleksandrze Kobylińskim, czyli „Makino”. Ten „Andrusów Król” i twórca zespołu „Andrusy”, sporą część swojego repertuaru zaczerpnął właśnie z twórczości Jerzego Harasymowicza. Pamiętam, jak zespół przychodził grać na podwórku kamienicy przy Komorowskiego i z wąskiego okienka klatki schodowej rzucałem im pieniążki owinięte w papier.

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Harasymowicz i Kobyliński poznali się w Barze na Stawach (przedstawił ich sobie Czesiek Czorny), a ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci poety, czyli prawie 30 lat. Pseudonim „Makino”, którym Aleksander Kobyliński posługuje się na co dzień, wywodzi się właśnie z poezji Jerzego Harasymowicza i oznacza po prostu tego, który „ma kino”.

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Siwym, czyli Zbyszku Nowaku. Pomny nauk, jakie otrzymał od własnego ojca na łożu śmierci, nigdy nie pracował. Ojciec go ostrzegł, że kiedyś będzie wyścig o pracę – „pamiętaj synu, żebyś nie dał sobie wydrzeć ostatniego miejsca”. Prorok jaki, czy co? Już pół wieku temu przepowiedział „wyścig szczurów”!

Nie ma już Baru na Stawach, gdzie obok handlarzy z pobliskiego placu spotykali się „fajni goście”, nie ma poety Jerzego Harasymowicza. Oto, jak unicestwienie Baru widział oczami duszy jego stały bywalec i największy piewca Zwierzyńca:

Wkrótce zburzą ludzi z baru
Zburzą ich czapy zuchwałe
Nieba runie stary gołębnik
I będą poematy przesłuchane

Kiedy runie Na Stawach bar
Grube kufle jak cheruby uniosą Bar Wierszy
Czarna życia toczyła się platforma
Twardy duszy formował się krawężnik

Żałobne piwo dają w barze Na Stawach
W żeberkach już piszczą rekwije
Bar jak beczek piramida runie
Pod gruzami grzebiąc kariatydę

I rozumiem Madonnę placu
Z sercem przebitym kuchennym nożem
I rozumiem przyjaciele wasze
Na dnie kufla dusze stracone
/Jerzy Harasymowicz, Zburzenie baru/

Kinder – swój chłopak, fajny gość, nie zaawansowany jeszcze zanadto w latach. Niekoniecznie ze Zwierzyńca; fajnych gości nie brakowało też na Ludwinowie, w Czarnej Wsi, Podgórzu czy na Krowodrzy.

Łazior – taki, co łaził, czyli chodził po Zwierzyńcu i żebrał na piwo, ale też szukał zajęcia, żeby parę groszy uczciwie zarobić. Włóczęga, wagabunda. Pytał o robotę (zrzucanie węgla do piwnicy, wniesienie szafy na piętro) w barze Na Stawach.

Andrus – osobnik zadziorny, ale honorowy, nigdy chamski, ubrany po andrusowsku (kaszkiet obowiązkowo zakładany na bakier, koszula w kratę, apaszka, połatana marynarka także w kratę) i posługujący się specyficzną andrusowską gwarą, która w Krakowie jednoznacznie demaskuje pochodzenie z okolicy Placu na Stawach. Mawiał: a idze, idze, klarnecie bosy! (stosowało się także wersje z klarnetem łysym lub złamanym) albo idze, idze, bajoku! Kiedy szedł do miasta, co należy rozumieć jako przekroczenie Aleji Trzech Wieszczów, dla zadania szyku ubierał marynarkę, często na gołe ciało i już z daleka błyszczały jego mocno wyglancowane, przy pomocy kremu Nivea, buty.

 

Koniec części drugiej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 1)

Uduchowione rozważania z poprzednich wizyt w Krakowie opisałem w nastroju bożonarodzeniowym w artykułach Pasterka na Srebrnej Górze i Na prawym brzegu Wisły… (Pasterka u Benedyktynów). Tym razem znów coś konkretnie związanego z krakowskim bieganiem (tak jak w artykule Historia kołem się toczy), chociaż jak zawsze będą „wycieczki” historyczno-informacyjne, czy żartobliwo-moralizatorskie.

Z Mariackiej wieży
na srebrnej trąbce.
Co to za koncert?

A pod Wawelem
do jamy ścieżka.
Kto w jamie mieszkał?

Kogut na Rynku
macha skrzydłami.
Kto jeździł na nim?

Konno, z buławą,
brodą do pasa.
Któż to tak hasa?

U czapki pióro
i wiatr w sukmanie.
Co to za taniec?

Kłębami dymów
światła zasnute.
Czy znasz tę hutę?

Ten Wawel, Rynek,
gołębi dwieście,
w jakim to mieście?
/Jerzy Kierst, Czy to Kraków/

Kraków to miasto w Polsce, a konkretnie w Małopolsce. Żeby być precyzyjnym dodam, że w powiecie krakowskim, nad rzeką Wisłą, która „płynie po polskiej krainie”. Mam nadzieję, że czytelnicy mojego bloga wiedzą co nieco na temat Krakowa.

Na przykład to, że przez kilkaset lat był stolicą Polski, że tutaj Mikołaj Wierzynek zorganizował słynną ucztę dla europejskich władców, za panowania króla Kazimierza Wielkiego i że tu studiował Mikołaj Kopernik, który jeszcze wtedy nie był pewny, czy to Ziemia krąży wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

W Krakowie malował, pisał i tworzył Stanisław Wyspiański, który widział swój teatr ogromny…

"Bóg Ojciec" - witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

“Bóg Ojciec” – witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

…tutaj przygotowywał się do prowadzenia barki Kościoła światowego kardynał Karol Wojtyła

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

… i w tym oto mieście Daniel Bukowski kupił swój pierwszy produkt Mammuta.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

Opisać Kraków w kilku zdaniach, to wielka sztuka lub… świętokradztwo. To tak, jakby opisywać w paru słowach Rzym, Shangri-la czy ściany tunelu czasoprzestrzennego. Dlatego niech te parę linijek wstępu oraz to, co napiszę za chwilę, zachęci Was do dogłębnego zapoznania się z wielowiekową historią Krakowa, a najlepiej skłoni do odwiedzenia Stołecznego Królewskiego Miasta osobiście.

***

Wiem, miało być o bieganiu. I będzie…, ale na punkt startowy mojej sentymentalnej trasy wybrałem miejsce z moich lat dziecinnych, pełne wspomnień, wypada więc napisać o nim kilka zdań (oraz zrobić kilka zdjęć, oczywiście aparatem Zorka 5).

W Krakowie, który przez mieszkańców uważany jest za pępek świata (istnieje osobna dziedzina nauki – krakauerologia, głosząca wyższość Krakowa nad resztą świata, a jej głównym ekspertem jest Leszek Mazan), jest pewna dzielnica, uważana z kolei przez tubylców za pępek Krakowa. Znajduje się ona nieco na zachód od Wawelu, oddzielona od reszty miasta rzeką Wisłą, Alejami Trzech Wieszczów i Wielką Łąką (Błonia Krakowskie).

Może gdzieś wsie słyną z urody,
Może gdzieś są rajskie ogrody,
Może gdzieś są miasta ze srebra,
Może gdzieś niczego już nie brak?
Ale nie ma tam wiatru od Błoni,…
Nie ma Wisły płynącej od Tyńca,
Ale nigdzie nie tańczy lajkonik -
Nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca!
/Tadeusz Kwiatkowski, “Romek i Julka”/

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach... pastwiska

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach… pastwiska

Tak, Zwierzyniec… Wieś przyłączona do Krakowa w 1910 roku, która wniosła wiele lokalnych tradycji do historii miasta.

To stąd „konno, z buławą, broda do pasa” wyrusza Lajkonik, czyli brodaty jeżdziec na sztucznym koniku przytwierdzonym do pasa, w stroju “tatarskim”, z ogromną buławą, której uderzenie ma przynosić szczęście na cały rok. Geneza pochodu ma kilka wersji, ale mnie najbardziej podoba się ta o dzielnych zwierzynieckich flisakch (“włóczkach”), którzy obronili miasto przed najazdem tatarskim, a powracając przebrani w stroje zabitych najeźdżców i na ich koniach, dali początek wielowiekowej tradycji.

To tutaj w Poniedziałek Wielkanocny odbywa się nasłynniejszy odpust parafialny – Emaus i stąd wywodzi się tradycja budowy bogato zdobionych szopek krakowskich, których konkurs odbywa się rok rocznie na Rynku Głównym, a wystawę pokonkursową można podziwiać w Pałacu Krzysztofory.

 

W tej dzielnicy mieszkał Jacek Malczewski, Gustaw Holoubek, Roman Polański i, nie chwaląc się, JA.

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej", to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

“Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej”, to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

Zwierzyniec jest miejscem magicznym, otoczonym jakimś polem siłowym, dzięki któremu szalony pęd współczesnego, zewnętrznego świata zwalnia, jakby zdawał sobie sprawę, że są rzeczy cenniejsze od wyścigu szczurów i nie należy ich niszczyć, a tradycja to…

 

Koniec części pierwszej