Mammut Lithium Z 20

Już za parę dni, za dni parę
weźmiesz plecak swój i gitarę.
Pożegnania kilka słów,
Pitagoras, bądźcie zdrów,
do widzenia, wam, canto, cantare.
/Halina Kunicka, Lato, lato czeka/

Podstawową ochronę i wspomaganie mojej nożnej siły napędowej opisałem szczegółowo w pierwszym teście sprzętu sportowego, czyli w artykule pod tytułem Mammut MTR Pro Low, gdzie bohaterami były buty do biegania w terenie.

Skoro przenoszenie napędu jest zabezpieczone, mogę przyjrzeć się bliżej zapleczu magazynowemu, czyli plecakowi Mammut Lithium Z 20 (wspominanemu luźno przy okazji mojego celowania w Księżyc).

Zacznę od sprawy najważniejszej, czyli od koloru. Plecak jest zielono-szary (nazwa kodowa dark spring-iron). Bardzo mi się podobają te wyszukane nazwy kolorów jakie stosuje Mammut. Zupełnie jak z amerykańskiego filmu o komandosach ratujących świat przed przeważającymi siłami komunistów, terrorystów lub kosmitów (Alpha Romeo Mike Yankee Alpha Lima Papa Hotel Alpha Bravo Echo Tango). Na zielonym materiale fantastycznie prezentuje się czerwone logo Mammuta! Plecak Lithium Z 20 można sobie sprawić jeszcze w dwóch kolorach (dark orange-iron i smoke-iron). Mnie najbardziej podoba się wersja z zielonym. Over!

Wszel­ka, mój bra­cie, teoria jest szara,
Zielo­ne zaś jest życia drze­wo złote.

Grau, teurer Freund, ist al­le Theorie
Und grün des Le­bens gol­dner Baum. (niem.)

/Johann Wolfgang Goethe, Faust/

Jest to plecak przeznaczony przede wszystkim do biegów górskich, ale nada się do wszelkich aktywności sportowych na świeżym powietrzu. Waży jedynie 630 gramów według producenta. Mnie na wadze kuchennej (której moja żona używa do przygotowywania przepysznych ciast) wyszło trochę więcej, bo około 670 gramów. Jego wymiary wynoszą 48x26x19 centymetrów. Nazwa Lithium w zamyśle projektantów pochodzi pewnie od litu, czyli najlżejszego znanego metalu, o liczbie atomowej 3. Pierwiastek ten jest wysoce reaktywny i palny, dlatego trzeba przechowywać go w olejach mineralnych lub w atmosferze gazów obojętnych. Pamiętam z lekcji chemii, jak kawałek litu wyjęty z nafty i wrzucony do wody kręcił się po jej powierzchni w kółko i rozpuszczał wydzielając ogromne ilości bąbelków (wodoru).

Zamek komory głównej rozpina się aż poniżej połowy wysokości plecaka, dzięki czemu można go wygodnie pakować od przodu, co na pewno doceniłby Jason Bourne poszukujący swojej tożsamości:

Otworzył chlebak i wydostał zeń buty, grube skarpety, zwinięte ciasno spodnie i ciepłą, drelichową koszulę. Gdzieś, kiedyś, w przeszłości nauczył się pakować, wykorzystując miejsce do maksimum; chlebak zawierał o wiele więcej rzeczy, niż można by sądzić. Ale gdzie? Dlaczego? Po co? Pytaniom nie było końca.
/Robert Ludlum, Tożsamość Bourne’a/

Plecak jest przystosowany do zamontowania plastikowego wkładu na wodę (bukłaka) z rurką doprowadzającą płyn do ust. Z komory głównej rurkę można wyprowadzić przez otwory nad pasami naramiennymi z lewej lub z prawej strony i umocować je pod gumowymi uchwytami.

System nawadniający to fantastyczne ułatwienie przy długich biegach, kiedy w każdej chwili można się napić bez konieczności zatrzymywania się i ściągania plecaka. Ważne jest także to, że po włożeniu ustnika ręce są wolne. Pierwszy raz użyłem systemu nawadniającego w plecaku Mammut Lithium Z 20 na biegu Trail du Dents du Midi i jak już pisałem byłem zachwycony.

Plecak ma jeszcze na górze małą kieszonkę z wszytym uchwytem karabinkowym (np. do przypięcia kluczy)…

…i większą zajmującą mniej więcej całą ścianę przednią plecaka (np. na dokumenty, mapy).

Po bokach znajdują się dwie elastyczne kieszenie (np. na zapasowe butelki z wodą, rękawiczki lub czapkę), które mogą być dodatkowo zaciągnięte i zabezpieczone przy pomocy pasków.

System nośny składa się z elastycznych pasów naramiennych, z miękkiej siateczki od strony pleców, która szybko wysycha i pozwala ciału oddychać (3-D Air-Mesh). Od strony zewnętrznej ramiączka wzmocnione są nylonową siateczką. Jak już pisałem, na szelkach są wszyte gumki do umocowania rurki nawadniającej, a także elementy odblaskowe. Pas piersiowy z zapięciem na klipsa i z gwizdkiem można regulować w górę i w dół oraz oczywiście na szerokość. Pas piersiowy zapobiega zsuwaniu się szelek na boki i przemieszczaniu się plecaka w czasie biegu.

Pas biodrowy ma taką samą rolę, a dodatkowo odciąża ramiona (ciężar opiera się dzięki niemu w większości na biodrach). Wykonany jest również z siateczki 3-D Air-Mesh, a na jego lewej części znajduje się jeszcze jedna kieszonka. Moim zdaniem kieszeń jest za bardzo z tyłu i w czasie biegu ciężko do niej sięgać (np. po telefon, który jest obowiązkową częścią ekwipunku w długodystansowych biegach górskich). Jest to jedyny minus, jaki znalazłem w tym plecaku i wierzę, że firma Mammut weźmie sobie do serca moją konstruktywną krytykę i dokona lekkiego face liftingu. Mam nadzieję, że w następnej wersji plecaka Lithium Z 20 kieszonka będzie łatwiej dostępna, czyli przesunięta w kierunku przednim. Można by też od razu dodać drugą, dla symetrii – idealny schowek na małe Conieco do przekąszenia o jedenstej rano

Na tylnej ścianie plecaka, stykającej się z plecami, znajdują się miękkie podkładki z pianki (3-D EVA foam) z kanalikami wentylacyjnymi, a pomiędzy nimi „komin” umożliwiający cyrkulację powietrza.

Plecak na moje potrzeby jest idealny. Fantastycznie trzyma się pleców, jest bardzo wygodny, nie powoduje otarć i pozwala plecom oddychać. I oczywiście jest zielony.

Rzekł niebieski: Słów mi szkoda.
Każdy z czasem wypłowieje.
A zielony tylko dodał:
- Mam nadzieję… Mam nadzieję…
/Jan Brzechwa, Kolory/

Już trochę kilometrów ze mną przebiegł, więc wiem o czym piszę. Tym bardziej, że mój poprzedni plecak trailowy innej firmy nie był tak komfortowy i lekko ocierał skórę (szwy były zrobione z czegoś co przypominało żyłkę do wędki i w miejscach, gdzie ta żyłka wystawała z materiału robiła ze mnie fakira).

Bardzo polecam używanie kijków w czasie długich górskich biegów. Pomagają utrzymać równowagę, odciążają kolana i można się na nich wspierać, jak już ma się za sobą większość trasy i nogi ledwo wloką się jedna za drugą. Nie są one jednak potrzebne przez cały czas i wtedy przydało by się jakieś miejsce do ich transportu. W moim zielonym plecaku…

Bo ja pan, bo ja król,
Wśród zielonych niw i pól!

/Edmund Wasilewski, Krakowiak/

…jest to bardzo ciekawie rozwiązane. W dolnej części plecaka jest metalowa linka, którą można wysuwać i wsuwać. Do niej wkłada się jeden koniec kijków, a drugi umocowuje w górnej części plecaka przy pomocy zaciąganego paska z klipsowym zapięciem.

Do plecaka można jeszcze teoretycznie doczepić różne przedmioty, które uważa się za niezbędne w czasie zawodów, treningu czy wycieczki (np. kubek). Służą do tego 4 bardzo mocne zaczepy na przedniej części plecaka i 2 na szelkach.

W praktyce, w czasie zawodów dodatkowe rzeczy dyndające przy plecaku tylko zaburzają równowagę i powodują niepotrzebny hałas, ale na spokojną wycieczkę w gronie rodziny lub przyjaciół można zawiesić tam cały Sklepik z marzeniami.

MTR 201 Pro Low

Mammut MTR 201 Pro Low

Ostatnio mniej pisałem, a więcej biegałem, co wynikało z pewnego zadania, którego się podjąłem – mogę z dumą powiedzieć, że biegałem i… testowałem. Testowanie jest dla mnie rzeczą nową, a wyzwanie jest tym większe, że za obiekt testu wybrałem buty biegowe mojego ukochanego Mammuta (przepraszam za to intymne stwierdzenie). Miłość to piękne uczucie, ale staje się jeszcze piękniejsze po przetestowaniu w ekstremalnych warunkach.

Miłość jest rozkosznym kwiatem, ale trzeba mieć odwagę zerwać go na skraju przepaści.
/Henri Stendhal/

Jak to zwykle bywa z… pierwszym razem, chciałem do niego podejść w sposób szczególny. Długo myślałem jak przeprowadzić taki test, żeby w subiektywny, a zarazem obiektywny sposób pokazać wszystkie cechy butów do biegów górskich Mammut MTR 201 Pro Low. Myślałem i wymyśliłem – najlepiej zrobić to po swojemu.

***

Buty Mammut MTR 201 Pro Low pojawiły się w moim życiu w czarnym pudełku z czerwonym logo Mammuta. Były one dodatkowo owinięte w oryginalny papier pakowy pokryty napisami MAMMUT. Dla biegania nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, ale świadczy o klasie produktu. Szwajcarskie zegarki mają też kilka warstw opakowania, przez które trzeba się przedrzeć zanim nastąpi sam moment założenia zegarka na rękę. Po wyjęciu z pudełka i papieru, szybko założyłem buty na nogi i wyszedłem pobiegać… Aha, jeszcze obciąłem metki.

To źle, że miłość, choć ślepa i głucha,
Idzie, gdzie zechce i czego chce słucha.
/William Shakespeare, Romeo i Julia/

Na wszelki wypadek przypominam, że pierwsza przebieżka w nowych butach powinna być krótka, żeby uniknąć obtarć i bąbli, które często pojawiają się przy zmianie obuwia biegowego na nowe. Czy to dzięki krótkiemu, 10 kilometrowemu dystansowi, czy może dzięki odporności moich zgrabnych stóp, czy może wreszcie dzięki jakości obuwia, nic złego się nie wydarzyło i pierwsza próba wypadła pomyślnie.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia, od ostatniego wejrzenia, od każdego, wszelkiego wejrzenia.
/Vladimir Nabokov, Lolita/

Ale po kolei. Testowany model jest w szałowym, zielono-czerwonym kolorze o technicznej nazwie “wiosenne piekło” (spring-inferno); można wybrać także kolory inferno-black, dark cyan-sunglow i light grey-imperial. Buty ważą 742 gramów (rozmiar UK 10,5), co prawdopodobnie zgadza się z danymi producenta, który podaje w specyfikacji 676 g dla rozmiaru UK 8,5.

MTR 201 Pro Low nie są wodoodporne, co może być minusem w czasie biegu w deszczu, ale dzięki temu są lżejsze od modeli z membraną GORE-TEX (mają one dodatkowe trzy literki GTX w nazwie) o ponad 100 g, co z kolei może mieć znaczenie przy biegach na długich dystansach, kiedy pod koniec trasy każdy dodatkowy gram czuje się w nogach. Zamiast cięższej wodoodpornej membrany, w tym modelu użyto lekkiej siatki, która szybko wysycha po zmoczeniu i pozwala stopie oddychać.

Dużo biegałem po mokrych, błotnistych nawierzchniach, w czasie deszczu i po deszczu, w pobliżu rzek i strumieni. Siateczka przemaka błyskawicznie, ale… kiedy tylko kończy się kontakt z wodą, zaczyna szybko wysychać i jeżeli mam tyle szczęścia, że w końcu wychodzi słońce, to do domu dobiegam już w suchych butach. Dodatkowo, ta lekka siateczkowa konstrukcja dobrze przepuszcza powietrze i odprowadza ciepło ze stopy. Dlaczego tak się dzieje widać dokładnie patrząc “przez buta” pod światło.

There should be laughter after pain There should be sunshine after rain /Mark Knopfler, Why Worry/

There should be laughter after pain
There should be sunshine after rain
/Mark Knopfler, Why Worry/

Materiały zastosowane wewnątrz buta są miękkie w dotyku i powodują, że stopa czuje się komfortowo. Na zewnątrz natomiast, w newralgicznych miejscach zastosowano dodatkowe gumowe wzmocnienia (Rubber toe cap) i system wsparcia pięty (360 Heel Support). Jak opisywał Wiktor Suworow, były żołnierz sowieckiego Specnazu, w książce “Akwarium”, materiały zastosowane w ubiorze komandosa powinny być od strony podszewki delikatne, jak skóra kobiety, a z zewnątrz szorstkie jak skóra nosorożca. Buty Mammut MTR 201 Pro Low spełniają te wymagania.

Teraz dyskusyjna sprawa sznurówek, a raczej MTR Speed Lace System, który może, ale nie musi się podobać. Jak sama nazwa wskazuje, dzięki temu systemowi szybciej zawiązuje się buty. Z tym punktem całkowicie się zgadzam – robi się to błyskawicznie. Następnie jednak trzeba pozostały “nadmiar” sznurówek gdzieś schować. Jest do tego przygotowana specjalna kieszonka w języku buta, ale ponieważ znajduje się ona pod już zaciągnietymi sznurówkami, ciężko jest do niej upchnąć ich końcówki. Ale jak się to już zrobi, to siedzą tam i nie wypadają. W razie potrzeby, sznurowadła można też… zwyczajnie zasznurować.

Agresywny dwukierunkowy bieżnik trzyma się dobrze (powiedziałbym nawet doskonale) na prawie wszystkich rodzajach nawierzchni. Mammut nadał mu nazwę kodową Sonar, ponieważ jego forma wzorowana była na kształcie rozchodzących się we wszystkich kierunkach fal sonaru; czyli… “Polowanie Na Czerwony Październik”. Testowałem go na błotnistych leśnych szlakach, ostrych górskich głazach, szutrowych ścieżkach, a nawet na śniegu.

Zarówno przy odbiciu, przyspieszaniu i biegu pod górę, buty trzymają się nawierzchni jakby były przyklejone. Tak samo zachowują się w trakcie szybkiego zbiegania połączonego nawet ze skokami i zapewniają doskonałe tarcie podczas hamowania, gdy trzeba zwolnić. Zeskakując na luźny szuter prawie nie ma poślizgu i można szybko biec dalej.

Jedyną niebezpieczną przygodę związaną z butami Mammut MTR 201 Pro Low przeżyłem nad brzegami rzeki La Venoge. Był to jednorazowy przypadek, ale moim obowiązkiem jest o nim poinformować. To tak, jak ze skutkami ubocznymi lekarstw – jednemu pacjentowi na stu wyskoczą krosty na du…, ale w ulotce informacyjnej trzeba napisać, że lekarstwo może powodować wysypkę. Biegłem zatem piękną trasą wzdłuż rzeki La Venoge, na północ od jej ujścia do Jeziora Genewskiego przy Préverenges. Biegłem i podziwiałem dziką okolicę, dodatkowo zdziczałą przez wysoki poziom wody w rzece.

Lekko mżyło. Nagle, kiedy patrzyłem w bok na imponujący wodospad, wbiegłem na mokre płaskie kamienie leżące tuż przy brzegu i zacząłem szaleńczy taniec jak bohaterowie kreskówek, którzy nadepnęli na skórkę banana. I tak, jak bohaterom kreskówek, udało mi się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Byłem tak zdziwiony tym zupełnym brakiem przyczepności, że zawróciłem i przyjrzałem się kamieniom. Były, jak już pisałem, płaskie i pokryte jakimś zielonym nalotem (mchem?). Przejechałem po nich butem kilka razy i było jak na lodowisku. Wróciłem w to samo miejsce jakiś czas później przy pięknej pogodzie i z pewną taką nieśmiałością wbiegłem na kamienie. Tym razem były suche i nawet o milimetr stopa mi się nie przesunęła. Z tej przygody wysnułem więc taki wniosek, że mokry mech na kamieniach nie jest dobrym podłożem dla butów Mammut MTR 201 Pro Low (na marginesie dodam, że chyba dla każdych butów).

Podsumowując, buciki Mammut MTR 201 Pro Low dobrze mi się sprawuje. Nogi się w nich nie męczą, przyczepność do podłoża (oprócz mokrego mchu) jest rewelacyjna, schną szybko, pozwalają stopie oddychać i… są ładne. Wygląda na to, że będziemy razem dłuuuugo biegać, tym bardziej, że zbliża się Swiss Irontrail (91 km).

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.
/Antoine de Saint-Exupéry/

***

P.S. Z tyłu butów, na paskowym uchwycie pomagającym założyć je na nogę, znajduje się jakaś tajemnicza długość i szerokość geograficzna… Moja wrodzona ciekawość zmusiła mnie żeby sprawdzić, jaki punkt na powierzchni ziemi reprezentują współrzędne 47 36° N i 08 16° E. Musiałem najpierw zrozumieć w jakim formacie podana jest długość i szerokość geograficzna:

  • stopnie, minuty i sekundy (DMS),
  • stopnie i minuty (DM),
  • stopnie w zapisie dziesiętnym (DD).

Po próbach w konwerterze współrzędnych geograficznych, doszedłem w końcu do wyniku, który wskazał punkt w Szwajcarii, w kantonie Aargau, w dystrykcie Lenzburg, w mieście Seon, przy ulicy Birren, przy której znajduje się… fabryka i centrala firmy Mammut. No to strzał w dziesiątkę!

Księżyc i limba

Celuj w księżyc

Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.
/Patrick Süskind, Pachnidło. Historia pewnego mordercy/

Ten cytat nie jest oczywiście astronomicznie poprawny, ponieważ jeśli minie się Księżyc, to do najbliższej gwiazdy (nie licząc Słońca), będzie jeszcze około 40 bilionów kilometrów. Oddaje on jednak ducha przygody, poszukiwania i ciągłego próbowania…

Kontynuując swoje zainteresowanie biegami górskimi, wystartowałem w Trail Dents du Midi, tym razem na dystansie 57 kilometrów. Zanim opiszę moje przygody na trasie, wspomnę że tym razem nie byłem w szarej masie biegaczy w środku stawki, ale byłem jedyny w swoim rodzaju – byłem ostatni! Pomimo tego, że raczej minąłem się z Księżycem, radość z samego ukończenia biegu w limicie czasu, była lądowaniem wśród gwiazd.

Start znajdował się w Champéry na wysokości 1050 metrów nad poziomem morza. Po odebraniu numeru startowego, obowiązkowej kontroli ekwipunku (lampka czołówka, zapas wody, kubek, folia termiczna, kurtka z kapturem, gwizdek) i odprawie, ustawiłem się na linii startu. Było jeszcze ciemno i lampka okazała się zdecydowanie potrzebna. Rozpoczęcie biegu dla zawodników amatorów wyznaczone było na godzinę 6:00. Pistolet wystrzelił punktualnie i ruszyliśmy. Biegnąc przez Rue Centrale w kierunku południowym opuściliśmy miasteczko.

I tu ciekawostka. Lampka rozświetlała ciemności na tyle, że przypomniałem sobie, iż już tu byłem dawno temu, kiedy moja młodsza córka jeździła jeszcze w wózeczku. Trasa Le chemin des poussettes była spokojnym i bezpiecznym pomysłem na miły rodzinny spacer na łonie przyrody. Dystans z Champéry do Grand-Paradis to około 2 kilometry, łagodnej dróżki przez las. Na miejscu wspaniałe widoki na majestatyczne szczyty Dents du Midi i możliwość zjedzenia posiłku w zadaszonym miejscu na piknik. Do Champéry powrót tą sama drogą.

Widok na masyw Dents du Midi z Grand-Paradis

Widok na masyw Dents du Midi z Grand-Paradis

Ja tym razem nie widziałem szczytów, a do mety w Champéry zostało mi jeszcze około 55 kilometrów przez góry.

Od Grand-Paradis biegłem lekko w górę dolinki, przez Forêt de la Lui, aż do wysokości 1200 metrów. Tu zaczęła się wspinaczka po zboczu Dent de Rossétan do wysokości około 1600 metrów. Następnie w miarę płaski teren, nadający się do biegu i falujący spokojnie w zakresie 400 metrów w górę i w dół.

Aby do świtu, kochani, aby do świtu! Słońce nadciąga nieubłaganie znad Pacyfiku /fragment piosenki Jana Pietrzaka/

Aby do świtu, kochani, aby do świtu! Słońce nadciąga nieubłaganie znad Pacyfiku /fragment piosenki Jana Pietrzaka/

Zaczęło się robić jasno około godziny 7:30, a niedługo później wschodzące słońce oświetliło górskie szczyty.

Chłodny poranek w górach

Chłodny poranek w górach

Wyzłocone słońcem szczyty
Już różowo w górze płoną,
I pogodnie lśnią błękity
Nad pogiętych skał koroną.

W dole – lasy skryte w cieniu
Toną jeszcze w mgle perłowej,
Co w porannym oświetleniu
Mknie się z wolna przez parowy.

Mgły w dolinie

Mgły w dolinie

Lecz już wietrzyk mgłę rozpędza,
I ta rwie się w chmurek stada…
Jak pajęcza, wiotka przędza
Na krawędziach skał osiada.

A spod sinej tej zasłony
Świat przegląda coraz szerzej,
Z nocnych, cichych snów zbudzony,
Taki jasny, wonny, świeży.
/Adam Asnyk, Ranek w górach/

Pierwszy punkt kontrolny znajdował się u podnóża Haute Cime, czyli najwyższego „zęba” (3257 m n.p.m.) w grupie siedmiu wierzchołków Dents du Midi. Potem długi, kilkukilometrowy odcinek w okolicach poziomicy 2000 metrów, aż do Signal de Soi, gdzie znajdował się z kolei pierwszy punkt żywieniowy (zaopatrzony jak w hotelu 5 gwiazdkowym – pieczywo, sery, czekolady, owoce, herbata, Coca-Cola, woda).

Wzmocniony ruszyłem dalej radując się ścieżką wznoszącą się i opadającą łagodnie, cały czas po północnej stronie „zębów”.

Babciu, czemu masz takie duże zęby?

Babciu, czemu masz takie duże zęby?

Z Chindonne (1604 m n.p.m.) zaczął się stromy zbieg do Vérossaz (811 m n.p.m.). W tej miejscowości miała miejsce zmiana zawodników w biegu sztafetowym. Ja, nie chwaląc się, także drugą połowę trasy miałem pokonać osobiście. Najpierw jednak posiliłem się nieco i odpocząłem.

Około 11:30 wyruszyłem w dalszą drogę, a po pięciu minutach wyprzedził mnie pierwszy z profesjonalnych zawodników, który rozpoczął bieg o godzinie 9:00, czyli 3 godziny po mnie!

Przez długi czas biegłem mniej więcej na wysokości 1100 – 1200 metrów, okrążając masyw Dents du Midi i kierując się coraz bardziej na południe.

Break on Through (To the Other Side)

Break on Through (To the Other Side)

Przebiegłem przez Mex i dalej przez tamę (na której znajdował się kolejny punkt kontrolny), przedostałem się na drugi brzeg potoku Torrent de St. Barthélemy. Tu, na wysokości 1182 m n.p.m. rozpocząłem mozolną wspinaczkę, która zakończyła się dopiero ponad kilometr wyżej, na przełęczy Col du Jorat (2323 m n.p.m.).

W Ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,
Gdzie pawiookie drzemią stawy,
Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy
Na plamy szarych złomów ciska.

U stóp mu bujne rosną trawy,
Bokiem się piętrzy turnia śliska,
Kosodrzewiny wężowiska
Poobszywały głaźne ławy…

Samotny, senny, zadumany,
Skronie do zimnej tuli ściany,
Jakby się lękał tchnienia burzy.
Cisza… O liście wiatr nie trąca,

A tylko limba próchniejąca
Spoczywa obok krzaku róży.
/Jan Kasprowicz, Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach/

Muszę jeszcze wspomnieć, że tym razem zabrałem ze sobą kijki i była to bardzo dobra decyzja. Rzeczywiście jest to duże odciążenie dla nóg, a na tak długiej trasie i z tyloma stromymi podejściami po prostu niezbędny element ekwipunku.

W czasie zbiegania w dół po drugiej stronie przełęczy, nagle załamała się pogoda i do schroniska przy jeziorze Lac de Salanfe (1942 m n.p.m.) dobiegłem w strugach deszczu. Na szczęście był tam kolejny punkt żywieniowy. Zostałem ugoszczony pieczywem, serem, suszoną szynką i ciepłą herbatą. Uzupełniłem także zapas wody, w zbiorniku w moim plecaku Mammut Lithium Z 20, z którego co jakiś czas popijałem sobie przez rurkę nie przerywając biegu. To także okazało się fantastycznym rozwiązaniem. Jak widać, wyciągnąłem wnioski z błędów popełnionych na poprzednim biegu w Davos. Popełniłem jednak nowe: nie miałem zegarka z GPS, przez co nie mogłem na bieżąco kontrolować przebytego dystansu i ściereczki do okularów, które co chwile zalewane były potem.

– Czyż to nie cudownie, Marylo, że jutro następuje nowy dzień, w którym nie uczyniłam jeszcze żadnego głupstwa?
– Jestem pewna, że popełnisz niejedno – rzekła Maryla. – Pod tym względem nikt ci nie dorówna.
– Wiem o tym – przyznała Ania żałośnie. – Ale czy Maryla zauważyła u mnie ten pocieszający objaw? Nigdy dwukrotnie nie popełniam tego samego błędu!
– Niewiele na tym zyskujesz, jeśli wymyślasz coraz to nowe.
– Ależ Marylo. Chyba musi być granica dla błędów, jakie jedna osoba może uczynić, więc kiedy popełnię już wszystkie, musi przecież nastąpić koniec. Jest to stanowczo myśl bardzo pocieszająca.
/Lucy Maud Montgomery, Ania z Zielonego Wzgórza/

Deszcz przestał padać i zza chmur wyszło piękne słońce. Znajdowałem się teraz dokładnie po południowej stronie Dents du Midi, które z tej perspektywy wyglądały jeszcze bardziej groźnie i tajemniczo. Początkowo biegłem przy brzegu jeziora, a następnie odbiłem w prawo i przez księżycowy krajobraz zacząłem kolejną wspinaczkę.

Ta była jednak trochę inna od poprzednich, ponieważ w pewnym momencie trasa prowadziła nad 200 metrowymi urwiskami. Poręcze z łańcuchów pomagały nieco we wdrapywaniu się coraz wyżej, ale dotychczasowy wysiłek i respekt przed upadkiem kilkaset metrów w dół, potęgował drganie mięśni nóg, kiedy przylepiony do ściany skalnej przechodziłem nad przepaściami.

Wysoko na skały zrębie
Limba iglastą koronę
Nad ciemne zwiesiła głębie,
Gdzie lecą wody spienione.

Samotna rośnie na skale,
Prawie ostatnia już z rodu…
I nie dba, ze wrzące fale
Skałę podmyły u spodu.

Z godności pełną żałobą
Chyli się ponad urwisko
I widzi w dole pod sobą
Tłum świerków rosnących nisko.

Te łatwo wschodzące karły,
W ściśniętym krocząc szeregu,
Z dawnych ją siedzib wyparły
Do krain wiecznego śniegu.

Niech spanoszeni przybysze
Pełzają dalej na nowo!
Ona się w chmurach kołysze -
Ma wolne niebo nad głową!

Nigdy się do nich nie zniży,
O życie walczyć nie będzie -
Wciąż tylko wznosi się wyżej
Na skał spadziste krawędzie.

Z pogardą patrzy u szczytu
Na tryumf rzeszy poziomej…
Woli samotnie z błękitu
Upaść strzaskana przez gromy.
/Adam Asnyk, Limba/

Przez przełęcz Col de Susanfe (2494) i kolejny punkt kontrolny przedostałem się do imponującej doliny Susanfe, prowadzącej w dół w kierunku Champéry.

Sponiewierany Mammut

Sponiewierany Mammut

Zaczęło się ściemniać, a do celu było jeszcze daleko, dlatego organizatorzy ustawili więcej punktów kontrolnych na tym odcinku biegu. Brawo, fantastyczna organizacja. Tak więc przez Cabane de Susanfe (2102), Pas d’Encel (1808) i Bonavau (1550) wróciłem do Grand-Paradis, gdzie o świcie, również po ciemku i z włączoną lampką pokonywałem pierwsze kilometry biegu. Koło się zamknęło, wąż Ouroboros zjadł własny ogon, ale do mety miałem jeszcze około 2 kilometry. Wiedziałem już, że zmieszczę się w limicie czasu, więc nie było paniki. Powłócząc nogami, systematycznie zbliżałem się do Champéry

Linię mety przekroczyłem jako ostatni, 17 minut przed wyznaczonym limitem czasu, pokonując 57 kilometrów i 4733 metry dodatniej różnicy wysokości.

Człowiek jest niezdolny do tego, by nie być do wszystkiego zdolnym.
/Waldemar Łysiak, Konkwista/

Swiss Iron Trail Finisher

Mammut w krainie Heidi

Spójność zachowań z prezentowaną wizją jest jednym z istotnych czynników w biznesie. Nie jest dobrze odbierane przez społeczeństwo i prawodawców, gdy jakaś firma głosi, że nie reklamuje swoich produktów wśród nieletnich, po czym sponsoruje koncert, którego publicznością są w większości nastolatki. Ale to inna historia.

Ja postanowiłem pokazać, że w świecie realnym jestem spójny z tym co piszę na blogu i wziąłem udział w biegu górskim o wdzięcznej nazwie Swiss Irontrail, a którego głównym sponsorem była firma… Mammut.

Tym razem udałem się na wschód, gdzie jak stwierdził Jerzy Stuhr w „Seksmisji”, „musi być jakaś cywilizacja”. Jemu chodziło oczywiście o Związek Radziecki, ja natomiast trafiłem na wschodni kraniec Szwajcarii, do kantonu Gryzonia, do miasta Davos, w którym co roku odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne. Żeby jednak nawiązać do wspomnianego wcześniej ZSRR, dodam, że częstym gościem tego kurortu jest były członek Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR) i minister w socjalistycznym rządzie PRL, Aleksander Kwaśniewski. W tym zachowaniu w ogóle nie ma spójności – piewca i czynny działacz socjalistyczny, ukochał jeden z najbardziej luksusowych kurortów świata (symbol zgniłego kapitalizmu).

No, my tu gadu, gadu, a trzeba zaczynać zabawę.

Z ładnie położonego, starego miasteczka Mayenfeld prowadzi wąska dróżka, biegnąca przez zielone, pełne drzew pola, aż do podnóża wysokich od tej strony gór, spozierających z powagą ku dolinie. Dalej, tam gdzie dróżka zaczyna ostro piąć się pod górę, ciągną się łąki porośnięte niska trawą i górskimi ziołami. Ich zapach wita przybysza z daleka, sama zaś dróżka wiedzie już prosto w Alpy.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Start do biegu na 42.7 km miał swój początek w Lenzerheide na wysokości około 1500 m n.p.m. Najpierw rozgrzewkowa, 4 kilometrowa rundka wokół jeziorka Heidsee, a następnie ostro w górę na 2000 m n.p.m. Po około 15 kilometrach, na wysokości ponad 2500 m n.p.m. pierwszy postój regeneracyjny w stacji kolejki górskiej. Następnie spokojnie w dół, szeroką drogą, która w zimie jest nartostradą i ponowna wspinaczka na najwyższy punkt biegu, czyli szczyt Weisshorn o wysokości 2653 m n.p.m.

Na alpejskim szlaku

Na alpejskim szlaku

Prawie pod koniec wspinaczki, gdy wybiegłem zza skały, zobaczyłem stojącego na drodze wysokiego mężczyznę w czarnym płaszczu. Gdy podbiegłem bliżej, zobaczyłem, że wspiera się on na mieczu z valyrianskiej stali – wtedy go poznałem. Eddard Stark, Lord Winterfell i Namiestnik Północy, wskazał mieczem na szczyt, rzekł „winter is comming” i rozpłynął się w pierwszych płatkach śniegu. Dzięki temu ostrzeżeniu otrzymanemu w ostatniej chwili, nałożyłem szybko kaptur mojej zielonej kurtki Mammut DRYtech Premium i z pewnością siebie wszedłem na szczyt.

Winter is coming

Winter is coming

Szalała tam burza śnieżna. Grube płatki śniegu wirowały w szalonym tańcu i zalepiały okulary, wiatr wył potępieńczo, a na granicy widoczności przemykały tajemnicze postacie o błękitnych oczach. Na szczęście burza nie trwała dłużej niż 10 minut i po chwili zza chmur wyjrzało piękne słońce, w którego promieniach zbiegłem przez Tęczowy Most do Arosy.

Tęczowy Most Bifrost - jedyna droga do Asgardu

Tęczowy Most Bifrost – jedyna droga do Asgardu

Tam, w bunkrze przeciwatomowym posiliłem się makaronem z sosem bolognese i przepiłem to wszystko Coca-Colą. Po około 20 minutach ruszyłem dalej. Początkowo w dół, co nie przeszkadzało tak bardzo w trawieniu, a następnie ponownie w górę przez alpejskie łąki, na których pasły się alpejskie krowy.

Krowy rasy szwajcarskiej

Krowy rasy szwajcarskiej

Zmęczenie dawało o sobie znać. Już wiedziałem, że na następny bieg zabiorę kijki, które odciążą nogi i pomogą we wspinaczce. Także w kwestii przyjmowania płynów, miałem w plecaku butelki, co okazało się niezbyt wygodne, gdyż za każdym razem musiałem ściągać plecak, wyjmować butelkę, odkręcać i dopiero pić. Czyli kolejna nauka wynikająca z praktyki – na następny raz – plecak ze zbiornikiem na wodę i rurką.

Tymczasem trzeba było wspomagać się inaczej, żeby biec dalej, naprzód, przed siebie, zdobywać kolejne metry i kilometry. Przypomniał mi się wtedy bardzo pouczający kawał, właśnie w temacie pokonywania kolejnych kilometrów:

Młody wielbłąd pyta swojego taty:
- Tatusiu, dlaczego gazele mają takie piękne i zgrabne raciczki, a my mamy takie wielkie rozczapierzone kopyta?
- Widzisz synku, nasze kopyta są dostosowane do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, człapać noga za nogą, ciągle do przodu i nie zapadać się w piasku.
- Aha. A dlaczego antylopy mają taką gładką i błyszczącą sierść, a my mamy takie kłaki zwisające, a w innych miejscach nawet nie mamy sierści?
- Widzisz synku, nasza skóra dostosowana jest do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, ciągle do przodu, gdzie w ciagu dnia jest niesamowicie gorąco, a nocą temperatura spada nawet poniżej zera.
- Aha. A dlaczego zebry mają taką piękną i zgrabną linię pleców, a my mamy takie okropne garby?
- Widzisz synku, nasze garby są niezbędne do tego, aby iść tysiące kilometrów przez pustynie, ciągle do przodu i kiedy inne zwierzęta już umrą z głodu, my możemy iść dalej pobierając jedzenie z naszych garbów.
- Aha. Ale po co nam to wszystko, jak my przecież w ZOO mieszkamy?

Ostatni, krótki postój, po 35 kilometrach, w Jatz na wysokości 1831 m n.p.m., a następnie 500 metrów w górę, na dystansie 2 kilometrów. Po zdobyciu przełęczy Strelapass, gdzie znajdował się punkt kontrolny, został już tylko długi zbieg do Davos.

Strelapass

Strelapass

W Davos, na mecie czekała na mnie rodzina, niedobitki kibiców, którzy się jeszcze nie znudzili mimo tego, że witali zwycięzców biegu ponad pięć godzin wcześniej. Na finiszu biegu przez Gryzonię nie mogło oczywiście zabraknąć honorowej mieszkanki kantonu, czyli Heidi.

Mammut już po biegu i Heidi

Mammut już po biegu i Heidi

Heidi stała na skraju wzniesienia i machała ręką, dopóki goście nie zniknęli.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/