Kroki w nieznane

W moim dzisiejszym tekście nie chodzi tylko o kroki literackie, czyli cykl opowiadań fantastycznych z lat 70-tych, ale o kroki prawdziwe…

Kroki w nieznane

Kroki w nieznane

…kroki stawiane w dzikich i niedostępnych lasach oraz bezdennych i ciemnych dolinach w okolicach Lozanny. Chociażbym tymi ciemnymi dolinami biegał, zła się nie ulęknę, pomimo tego, że będzie to kontynuacja Ścieżki Zboczeńca

Tam doliny są bezdenne,
Tam urwiska są kamienne,
Tam są głazy fantastyczne –
Letargiczne – magnetyczne –
I otchłanie – i pieczary –
I olbrzymich lądów jary –
/ Edgar Allan Poe, Kraina snu/

***

…zatem wybieram bramkę numer… trzy.

Ze Stand de Volson biegnę prosto, tak jak prowadzi droga, w kierunku północno-wschodnim. Częściowo wykorzystuję ścieżkę dydaktyczną, utworzoną przez miasto Pully nie tak dawno temu. Zaraz skręcam w lewo i pochylając się w biegu, żeby nie zostać postrzelonym przez pociski mogące nadlatywać ze strzelnicy, prę dalej naprzód; nie skręcam w prawo na łąkę, jak sugerują „salamandrowe” znaki ścieżki dydaktycznej (pozostawiam ją na powrót).

Padnij!

Padnij!

Rachityczny asfalt szybko się kończy i biegnę po szutrowej ścieżce. Przebiegam obok „Schrödingerowskiego pudełka na kota”, w którym, zgodnie z zasadami fizyki kwantowej, ów kot jest jednocześnie żywy i martwy (tak mi się skojarzyło z „krokami w nieznane”, kiedy zobaczyłem ten drewniany sześcian). Po chwili, przy niewielkiej polance, spotykam strumień La Paudèze. Po lewej stronie ścieżki dostrzegam przykładowe rodzaje skał występujących w okolicy wraz z opisami.

Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Ścieżka dalej wiedzie w górę. Dobiegam do mostku, nad strumieniem La Chandelar, który jest dopływem La Paudèze.

W lewo, czy w prawo? Zatem na przykład w… prawo.

W lewo, czy w prawo? Zatem na przykład w… prawo.

Znów rozwidlenie szlaków. W lewo, w górę strumienia, ścieżka prowadzi do l’Arbre classé („sklasyfikowane drzewo”, a cóż to może znaczyć?) i Monts de Pully, a w prawo, między innymi do Signal de Belmont i Moudon. Podczas mojej pierwszej wycieczki biegowej w te okolice, traktowałem te szlaki jako osobne trasy. Teraz już wiem, że jest możliwość ich połączenia i zaliczenia interesującej pętli, żeby nie wracać tą samą drogą. Takie podejście podyktowane jest moim Kodeksem Biegowym:

  1. Biegać po ścieżkach, a nie po asfalcie,
  2. Biegać po górach i pagórkach, a nie po płaskim terenie,
  3. Nie wracać tą samą drogą,
  4. Biec, truchtać lub iść, ale zawsze do przodu,
  5. Na koniec najważniejsza rzecz – kodeks to tylko zbiór wskazówek, o czym już kiedyś wspominałem, cytując kapitana Barbossę (The code is more what you’d call “guidelines” than actual rules).

Zatem na przykład w… prawo. Po 65 metrach w lewo, zgodnie z „turisme pedestre”.

Można tu pobiec trochę dalej prosto, około 150 metrów, a po chwili w prawo w dół, ścieżką wysypaną trocinami, aż do drewnianego „belwederu”, z którego roztacza się widok w dół doliny La Paudèze i w kierunku Alp wznoszących się po drugiej stronie Jeziora Genewskiego.

Na Belweder!

Na Belweder!

W dole widać też Stand de Volson i budynek strzelnicy. Biegając tutaj trzeba uważać, żeby nie nadepnąć na jednego z okolicznych mieszkańców, o których informują rożne mądre tablice.

Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

Padalec zwyczajny (Anguis fragilis)

Po chwili przez mały mostek i w górę po drewnianych schodkach, do zakrętu drogi Boulevard de la Fôret, którą ostrożnie przekraczam aby biec dalej w górę, po asfalcie Chemin du Bois-Trépay. Po 350 metrach przebiegam pod zawieszoną wysoko na betonowych filarach autostradą numer 9. Dalej w górę, wzdłuż płynącego w wąwozie strumienia. Po kilkuset metrach droga zakręca w lewo na południowy zachód, ale ja skręcam w prawo w szutrową ścieżkę, która prowadzi jeszcze bardziej pod górę.

A9

A9

Ścieżka wypłaszacza się, dobiegam do słupka z drogowskazami i skręcam w prawo, w kierunku Signal de Belmont. Biegnę prosto przed siebie i tym razem nie skręcam w prawo w dół po schodkach, gdzie po przekroczeniu strumienia trasa prowadzi do wspomnianego przed chwilą Signal de Belmont.

W końcu docieram do miejsca, gdzie strumień zamyka dalszą drogę. Oczywiście przeskakuję przez strumień i badam możliwość dalszego biegu, ale uznaję, że to rzeczywiście tutaj znajduje się naturalny koniec tej trasy. Zatem czas wracać…

This is the end Beautiful friend This is the end My only friend, the end

This is the end
Beautiful friend
This is the end
My only friend, the end

Początkowo po swoich śladach, aż do drogowskazu, przy którym wbiegłem na tę ścieżkę po szutrowym podbiegu. Teraz w prawo, w kierunku Trois Chasseurs; nie wracam na razie do Pully, żeby się, jak już wiecie, nie powtarzać.

Can you picture what will be So limitless and free Desperately in need...of some...stranger's hand In a...desperate land

Can you picture what will be
So limitless and free
Desperately in need…of some…stranger’s hand
In a…desperate land

Po 300 metrach skręcam w prawo, tak jak pokazuje żółta strzałka i po asfaltowej ścieżce biegnę w kierunku głównej drogi Route de Chenaule, gdzie skręcam w lewo w kierunku La Rosiaz i Pully. Przebiegam nad znaną już autostradą numer 9 i wraz z drogą skręcam w prawo (w lewo ścieżka prowadzi do małego cmentarza). Kiedy widzę przed sobą parking pod lasem, zostawiam Route de Chenaule, która skręca w lewo i przebiegam na wprost przez parking do lasu.

Zaraz w lewo, w górę, po szutrowej nawierzchni, w ścieżkę zdrowia, po której biegnę teoretycznie „pod prąd”. Dobiegając na szczyt (693 m n.p.m), po lewej stronie, w przesiece, widzę Alpy, znajdujące się po drugiej stronie jeziora. Teraz znów w lewo, po wciąż obniżającej się dróżce. Po 770 metrach od momentu, kiedy wbiegłem na ścieżkę zdrowia, dobiegam do rozwidlenia, na którym kieruję się w lewo, ostro w dół, aż do ważnego punktu orientacyjno-krajoznawczego.

Droga przechodzi przez bramę skalną, której lewa strona pokryta jest plątaniną korzeni. Korzenie należą do drzewa, z którego okoliczni mieszkańcy są bardzo dumni i dlatego nazwali je l’Arbre classé. Znając kontekst, mogę teraz użyć tłumaczenia logiczno-poetyckiego, zamiast dosłownego, czyli po prostu „pomnik przyrody”. Rzeczywiście, ładnie to wygląda i zgodnie z tematem „kroków w nieznane” kojarzy mi się z Larą Croft…

Oficjalny szlak skręca w lewo tuż za skalną bramą, ale można pobiec jeszcze prosto w dół w celach kilometrowo-krajoznawczych, aż do drewnianego pomostu zawieszonego nad korytem strumienia.

There's danger on the edge of town Ride the King's highway, baby Weird scenes inside the gold mine Ride the highway west, baby

There’s danger on the edge of town
Ride the King’s highway, baby
Weird scenes inside the gold mine
Ride the highway west, baby

Byłem…, widziałem…, więc od razu w lewo, w dół w kierunku dna wąwozu i płynącego tam strumienia La Chandelar. Trasa jest teraz prosta pod względem orientacyjnym, gdyż prowadzi cały czas w dół strumienia. Jest jednak bardzo urozmaicona, ponieważ „w dół strumienia” czasami oznacza wspinanie się, a czasami zbieganie po stromych stokach, schodkach i drabinkach.

W końcu dobiegam do znanego mi już mostku, przy którym rozważałem, czy trasy w lewo i prawo są osobnymi trasami, czy też można je połączyć i zastanawiałem się co może oznaczać l’Arbre classé.

Dla urozmaicenia drogi powrotnej, biegnę prosto, a nie skręcam w prawo na mostek, przez który jakiś czas temu tu przybyłem. Po 65 metrach dobiegam do znaku, który poprzednio poprowadził mnie w lewo, w górę. Teraz skręcam w prawo, w dół, tak jak pokazuje „salamandrowy” znak ścieżki dydaktycznej.

I am the Lizard King  I can do anything

I am the Lizard King
I can do anything

Dla pogłębienia wiedzy przyrodniczej, obracam strony drewnianych „książek”, które tłumaczą, jak wyglądają i nazywają się miejscowe drzewa i krzewy, po czym dobiegam do betonowego mostku i zaraz za nim zbiegam w lewo, na łąkę. Przez łąkę biegnę zygzakami i co jakiś czas padam na brzuch, uchylając się znów przed przytłaczającym ogniem z okien strzelnicy…

Tuż przed strzelnicą skręcam w lewo i dobiegam do znaku, z pod którego wyruszyłem na moją trasę w (nie)znane.

Dobrze jest osiągnąć cel podróży, ale to właśnie podróż liczy się najbardziej
/Ursula K. Le Guin, Lewa ręka ciemności/

Zboczeniec

Ścieżka Zboczeńca

Wszystko płynie, jak powiedział Panta Rhei i nie można po raz drugi wejść do tej samej rzeki, ale z drugiej strony historia kołem się toczy, więc cytaty należy dobierać w zależności od okoliczności, gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Powiedziałem co wiedziałem.

Miało to jednak głęboki sens, o czym się przekonacie czytając dalej.

Trasa z Ouchy w Lozannie do Pully, prowadząca brzegiem jeziora, czyli Sentier des Rives du Lac jest po prostu śliczna. Widoki na Alpy, jezioro i winnice w terapeutyczny sposób uspokajają i wyciszają. Ostrzegam jednak – czasami może być tłoczno, a wtedy wyciszanie nie będzie w pełni wyciszające.

Wracając jednak do toczącej się kołem historii, trasę tą opisywałem już na stronach mojego bloga, w artykule pod tytułem Pożegnanie jesieni. Teraz ruszam dalej, żeby odkryć coś nowego za zakrętem…

Za zakrętem może czeka
Droga nowa i daleka,
A choć dziś ją omijamy,
Jutro tuż za progiem bramy
Może ścieżka nas uwiedzie,
Która wprost na księżyc wiedzie…
/J.R.R Tolkien, Władca Pierścieni/

Tym razem na końcu portu w Pully, gdzie po prawej stronie, nad samym brzegiem widać basen, nie biegnę dalej wzdłuż brzegu jeziora, ale skręcam w lewo w Route du Port i dobiegam aż do drogi kantonalnej Route de Vevey. Przebiegam przez pasy na drugą stronę i ulicą Chemin des Vignes biegnę w górę kilkanaście metrów.

Sztuka przez duże Sztu

Sztuka przez duże Sztu

Skręcam w lewo, w kierunku dziwacznej, czerwono-stalowej rzeźbie i zaraz w prawo, w ukrytą wśród krzewów Ścieżkę Zboczeńca (Sentier de Pervert).

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Ściskając pośladki i co chwilę oglądając się nerwowo za siebie biegnę w górę poprzez winnice, aż do bramy w murze. Tu ze zdziwienia przecieram oczy! Na dużym znaku po lewej stronie widzę, że to nie jest Sentier de Pervert, ale Sentier de Pévret, co oznacza miętę pieprzową w lokalnym dialekcie. Trzeba być dokładnym w czytaniu i ostrożnym w ocenach…

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Za bramą skręcam w prawo w górę i wspinam się aż do kościoła. Przed kościołem znajduje się taras widokowy, z którego roztacza się, jak sama nazwa wskazuje, widok. Widok na jezioro, Alpy oraz winnice w Lavaux, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z Ouchy do tego miejsca około 4 km.

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej...

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej…

Moja trasa biegnie jednak dalej, ulicą wzdłuż zachodniej ściany kościoła i Restauracji du Prieuré, w której jakiś czas temu odbył się Polski Bal Karnawałowy organizowany przez Polskie Stowarzyszenie w Lozannie.

Przebiegam przez pasy na Rue de la Poste, następnie mostkiem nad torami kolejowymi, aż w końcu tunelem pod Avenue de Lavaux, wbiegam na prowadzącą stromo w górę ulicę Chemin de la Clergère. Po 270 metrach skręcam w prawo w Avenue de Rochettaz, a następnie po 230 metrach w lewo w górę w jednokierunkową ulicę Chemin du Caudoz, przy której stoją kontenery do segregacji śmieci.

Ulica pnie się stromo w górę, aż do kolejnego mostu nad torami kolejowymi, przez który przebiegam i po chwili skręcam w prawo w Chemin de Leisis zgodnie ze wskazaniami żółtego drogowskazu Tourisme pédestre.

W prawo...

W prawo…

Po 200 metrach ulica zmienia nazwę na Chemin de Volson i wspina się ostro w górę. Tuż przed Chemin des Sapins, wskakuję w prawo do lasu w wąską ścieżkę*, którą odkryłem dopiero po jakimś czasie biegania w tej okolicy, co potwierdza moją opinię, że nigdy nie należy ustawać w poszukiwaniach.

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Dróżka prowadzi w dół w kierunku koryta strumienia La Paudèze (którego ujście do jeziora znajduje się pomiędzy Pully i Paudex) i potem lekko w górę, poniżej budynku tartaku. Tu zaczyna się ostatnio oddana do użytku ścieżka wysypana trocinami, która opadając i wznosząc się doprowadza mnie do Stand de Volson (526 m n.p.m.).

*Przed znalezieniem ścieżki przez las, mijałem Chemin des Sapins i kontynuowałem dalej prosto, aż do Chemin du Stand. Skręcałem w prawo i biegłem lekko w dół. Mijałem tartak od góry i biegłem dalej, aż do tego samego miejsca, czyli do Stand de Volson. Z Ouchy około 6,4 km.

Jest tu skrzyżowanie szlaków turystycznych oraz miejsca parkingowe. A więc można tu było dojechać samochodem! To po co ja się tak męczyłem, zamiast podróżować jak cywilizowany turysta!?

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A'tomek, księga  XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’tomek, księga XII

Dla początkujących biegaczy i spacerowiczów przyjazd samochodem może być dobrym rozwiązaniem, gdyż prawdziwa przygoda/przyroda zaczyna się dopiero tutaj. W prawo, przez szlaban blokujący przejazd samochodów przez most, można pobiec do Belmont-sur-Lausanne, a dalej do Savigny i Tour de Gourze. W lewo, ostro pod górę, po drewnianych schodkach, droga prowadzi do Epalinges i odległego Chalet-a-Gobet, na wprost natomiast do Signal de Belmont.

Zatem wybieram bramkę numer…

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 5)

Tak, Sikornik…

Tyle razy przemierzałem tą widokową ścieżkę, czy to pieszo, czy na rowerze, czy to w dzień, czy w nocy, ale… biegłem nią po raz pierwszy.

Jak już pisałem wielokrotnie, Szwajcaria dała mi bardziej sportowe podejście do poruszania się oraz… zapewniła odpowiedni sprzęt – biegłem od stóp do głów odziany w produkty Mammuta (oprócz skarpetek oczywiście, których pomimo moich lamentów dalej nie ma w ofercie Mammuta) i dzięki temu mogłem wygodnie i modnie zwiedzić spory obszar Zwierzynieckiej Arkadii.

Prawidłowo rzecz ujmując, Sikornik to wydłużony grzbiet terenu o długości nieco ponad 3 km, ciągnący się ze wschodu na zachód, od ujścia Wisły do Rudawy przy Klasztorze Norbertanek aż do Przełęczy Przegorzalskiej oddzielającej go od Lasu Wolskiego. Od ponad 150 lat zwany jest też Wzgórzem św. Bronisławy. W języku potocznym, Sikornik zaczyna się dopiero na końcu Alei Waszyngtona.

Biegnę asfaltową aleją w kierunku zachodnim i zastanawiam się skąd wzięła się nazwa Sikornik. Pewnie w lesie, który niegdyś pokrywał w całości to wzniesienie, mieszkało dużo… sikorek.

Po prawej stronie alei widać stare ceglane budynki ogrodzone siatką.

Była to kiedyś jednostka wojskowa i teren był cały czas patrolowany przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a na ogrodzeniu wisiały znaki zakazu fotografowania. Teraz znaków już nie ma, wszystko można zobaczyć w Google Maps i szykuje się chyba jakiś remont…

Nieco dalej, także po prawej stronie drogi były ogródki działkowe, gdzie mój dziadek uprawiał owoce i warzywa na powierzchni kilku metrów kwadratowych, z których następnie robił fantastyczne przetwory na zimę. To też już przeminęło z wiatrem.

Trasa biegnie prosto na zachód, raz w górę, a raz w dół. Po prawej stronie, pomiędzy drzewami widać dzielnice Krowodrza, Bronowice, Prądnik Biały, a dalej w kierunku północnym zaczyna się Wyżyna Krakowsko-Częstochowska z malowniczym szlakiem Orlich Gniazd.

Po lewej stronie, w dolinie, rzeka Wisła powoli płynie w kierunku Wawelu i centrum Krakowa.

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków,
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała.

Dalej widać osiedla mieszkaniowe, następnie wzgórza otaczające Kraków od południa, a jeszcze dalej Gorce i Babią Górę. Perspektywę zamyka skalna ściana Tatr, tworząca naturalną granicę ze Słowacją. Można rozpoznać Łomnicę, Lodowy Szczyt i Mięguszowieckie Szczyty nad Morskim Okiem.

Na południe...

Na południe…

Na wprost na zachodzie widać Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze, o którym pisałem w artykule Pasterka na Srebrnej Górze, a do którego mam plan dzisiaj dobiec.

Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą...

Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą…

Zbiegam w końcu w dół do Przełęczy Przegorzalskiej, przez którą biegnie ulica Jodłowa łącząca ekskluzywną dzielnicę Wola Justowska z osiedlem Przegorzały i już jestem w Lesie Wolskim. Ścieżka pnie się ostro w górę przez piaszczysty wąwóz, a następnie już łagodniej przez las, aż do Krakowskiego ZOO, w którym bywałem w przeszłości wielokrotnie.

Daniel zwyczajny (Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (Mammut On The Run)

Daniel zwyczajny (nazwa łacińska: Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (nazwa łacińska: Mammut On The Run) – gatunek ssaka z rodziny biegających po górach

Wzdłuż ogrodzenia i wejścia do ZOO biegnę nieco w dół aleją Żubrową, ale zaraz przy budynku w którym znajduje się toaleta (ta informacja zawsze może się przydać), skręcam w lewo w aleję Wędrowników i biegnę nią aż do skrzyżowania szlaków.

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Wybieram szlak żółty prowadzący w prawo w dół kamienistą ścieżką. Pomiędzy stromymi ścianami Wolskiego Dołu zbiegam do Rezerwatu Panieńskie Skały. Przy skałkach przechodzę do marszu, żeby zrobić zdjęcia i wybrać dalszą trasę.

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Nagle słyszę jakieś kobiece głosy dochodzące z pomiędzy skał. Nie potrafię rozróżnić słów, więc z ciekawości podchodzę bliżej i w głębokiej szczelinie prowadzącej pod ziemię widzę ogromną salę…, jakby kaplicę oświetloną świecami…, a w niej kobiety w habitach. Wtedy wyraźnie do moich uszu dolatują słowa hymnu uwielbienia:

Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus
Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra
maiestatis gloriae tuae.

Po cichu wycofuję się do szlaku i zostawiam rozmodlone Norbertanki w ich bezpiecznym schronieniu.

 

Koniec części piątej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 4)

…muszę nadmienić, że przy ulicy Królowej Jadwigii mieszkał od lipca do sierpnia 1912 roku Włodzimierz Ulianow, bardziej znany jako Lenin, jeden z największych zbrodniarzy w historii świata, autor Rewolucji Październikowej i komunizmu, który w końcu… szczezł marnie na syfilis, sprzedany mu przez Nadieżdę Krupską, która jak się okazało, gościła w swoim łożu nie tylko Wodza Rewolucji. Oczywiście teorii spiskowych jak umarł Wódz jest więcej (udar, zawał, zatrucie, kiła złapana od prostytutki w Paryżu), a prawda „gdzieś tam jest”, jak mawiał agent Mulder („the truth is out there”).

Мы пойдём другим путём

Мы пойдём другим путём…

W domu pod numerem 41 mieściła się fila Krakowskiego Muzeum Lenina, ale jak niektórzy wiedzą, miastem szczególnie kojarzonym z Lenininem został (na mocy decyzji Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Poronin koło Zakopanego. Tam upaństwowiono karczmę, którą Lenin miał rzekomo często odwiedzać w czasie swego pobytu w górach i przemianowano na Muzeum Lenina, a pewnego dnia…

…ogłoszono konkurs na obraz pod tytułem: „Lenin w Poroninie”.
Wpłynęły na niego liczne prace w stylu: „Lenin na turni”, „Lenin z fajeczką góralską”, „Lenin spogląda na Giewont”…
Wreszcie przybył góralski malarz, samouk z wielkim obrazem, który przedstawiał leżącą na łóżku rozmamłaną dziwkę, a obok ubierającego się ponurego draba.
– Po co tu leziesz obywatelu? – zapytał milicjant pilnujący wejścia.
- Ja? Na konkurs „Lenin w Poroninie”.
- Co to ma znaczyć? Obraz nie jest w temacie konkursu!
- Ale ta kobieta to Nadieżda Krupska!
- A mężczyzna?
- To Feliks Dzierżyński!
- A gdzie Lenin?
- W Poroninie…

***

Biegnę zatem w górę po „kocich łbach” ulicy Błogosławionej Bronisławy, najsłynniejszej z Norbertanek. Po prawej stronie mijam Kościół Najświętszego Salwatora, a po lewej drewnianą kapliczkę św. Małgorzty, popularnie nazywaną „gontyną” i zaraz potem ulicę o takiej samej pogańskiej nazwie. Gontyna to przedchrześcijański typ budowli sakralnej u Słowian, miejsce spotkań, modlitw, nabożeństw i wróżb. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć”, nie mijam bezmyślnie, tylko zastanawiam się ile informacji na temat mijanych miejsc mam zaserwować czytelnikom. Moja żona twierdzi, że teksty, które piszę są za długie i przez to nudne dla współczesnego czytelnika. W dzisiejszych czasach musi być krótko, szybko i… po wierzchu. Takie są też obecnie artykuły na portalach internetowych (niektóre z nich posunęły się nawet do podawania treści w punktach). Ja jednak należę do epoki, która przeminęła, kiedy to w szkole pisało się wypracowania, a nie zaznaczało odpowiedzi w testach wyboru. To co Wam przekazuję, to i tak tylko niewielka część wspaniałej historii miasta.

Zatem po kolei…

Błogosławiona Bronisława

Bronisława urodziła się około Roku Pańskiego 1200, w Kamieniu Śląskim, w zamożnej rodzinie Odrowążów. Św. Jacek Odrowąż był jej kuzynem, a stryj Iwo Odrowąż piastował godność biskupa krakowskiego, która w 700 lat później przypadła w udziale Karolowi Wojtyle. Bronisława wychowana w środowisku żywej wiary, uczciwości i pobożności wstąpiła do klasztoru Norbertanek w Krakowie w wieku około 16-17 lat.

Zakon działał dopiero od niedawna (o czym wiecie z poprzedniej części sentymentalnej wycieczki), ale już był bardzo prężny i odgrywał znaczącą rolę w służbie dla ówczesnego społeczeństwa. W młodym wieku Bronisława została przełożoną klasztoru, w którym przebywało wtedy kilkaset sióstr, co świadczy o jej niezwykłym talencie organizacyjnym. Były to czasy rozbicia dzielnicowego, trwały walki książąt piastowskich o panowanie nad Krakowem. W czasie walk Bronisława i inne siostry niosły pomoc ofiarom wciągniętym w ten bratobójczy konflikt. W czasie zarazy w 1224 r. z wielkim zaangażowaniem służyła chorym, rozdawała leki i ubrania, karmiła głodnych. W najtrudniejszych chwilach udawała się na Sikornik, gdzie oddawała się modlitwie i medytacji. Gdy w 1253 roku zmarł św. Jacek (piąty Polak wyniesiony na ołtarze i jedyny mający swoją rzeźbę w kolumnadzie Berniniego na Placu Św. Piotra), Bronisława doznała wizji tryumfalnego wprowadzenia go przez Matkę Bożą do nieba. Wkrótce sama udała się w tą samą drogę, w roku 1259.

Grób Bronisławy odnaleziono dopiero w 1604 r. W czasie remontu kościoła znaleziono pęknięcie w murze, które według legendy wskazał rój pszczół. Trumienkę ukryto po raz drugi w czasie najazdu Szwedów na Kraków (1655). Znalezione po raz drugi kości Bronisławy w roku 1782 przełożono do podwójnej trumienki i przeniesiono do kościoła św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela. Dekretem z roku 1839 papież Grzegorz XVI zatwierdził kult oddawany od wieków Bronisławie.

Kapliczka św. Małgorzty

W roku 2016 obchodziliśmy 1050 rocznicę chrztu Polski. Wszyscy wiedzą, że za sprawą Mieszka I, Państwo Polan było chrystianizowane od 966 roku, jednak Państwo Wiślan prawdopodobnie uległo chrystianizacji już z końcem wieku IX, w ramach misji św. Metodego. Powyższy fakt jest często wykorzystywany przez krakauerologów, w celu udowodnienia wyższości Krakowa nad resztą świata.

Jak popatrzymy na to miasto z perspektywy czasu to dojdziemy do wniosku, że musimy być lepsi, choćby dlatego, że zostaliśmy ochrzczeni 100 lat wcześniej niż cała reszta Lechitów.
/Leszek Mazan/

W początkach chrześcijaństwa, kościoły budowano często w miejscu pogańskiego kultu, żeby dodatkowo eliminować je ze świadomości okolicznych mieszkańców. Jedno z takich miejsc znajdowało się właśnie na tym bezpiecznym wzgórzu ponad doliną Wisły…

Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic oraz nieoficjalna nazwa kaplicy św. Małgorzaty – „Gontyna”, przypominają o pogańskich świątyniach.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Początki kaplicy nie są bliżej znane. Wiadomo, że była budowana, palona, odbudowywana, niszczona i restaurowana, jak to często bywało na ziemiach polskich.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A'Tomek, księga I

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A’Tomek, księga I

Po kolejnym spaleniu (przez Szwedów), ksienia klasztoru Norbertanek Justyna Oraczowska, nakazała wzniesienie nowej, drewnianej kaplicy w stylu barokowym. Mniej więcej w tym samym kształcie przetrwała ona od XVII wieku do dnia dzisiejszego, będąc jednym z rzadkich przykładów drewnianego budownictwa sakralnego w Krakowie (leży na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej). Prawdopodobnie w początkach swojego istnienia służyła jako kaplica cmentarna, gdyż otaczał ją cmentarz morowy, na którym grzebano zmarłych na zarazę.

Kościół Najświętszego Salwatora

Tak jak wspominałem wcześniej, zasadnym było w czasach wczesnochrześcijańskich budować kościoły na miejscu pogańskich kultów i dlatego właśnie tutaj stanął jeden z najstarszych kościołów Krakowa. Jan Długosz twierdził, opierając się na sobie tylko znanych źródłach, że kościół Najświętszego Salwatora ufundował sławny rycerz Bolesława Krzywoustego – Piotr Włast. Oślepiony przez wrogów, szukał pomocy u Zbawiciela (Salvator – łac. Zbawiciel) i jako wotum za uzdrowienie miał ufundować siedemdziesiąt siedem kościołów, a wśród nich także ten zwierzyniecki. Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że właśnie ten kościół odegrał ważną rolę przy chrystianizacji Polski, ponieważ wezwanie Najświętszego Salwatora nosiły zazwyczaj pierwsze i najważniejsze kościoły chrystianizowanych krajów. Według legend i tradycji, świątynia istniała już w X wieku i była miejscem, gdzie swoje kazania wygłaszał święty Wojciech (udający się w 997 roku z misją do Prus). W źródłach pisanych natomiast pierwszą wzmiankę o kościele znaleziono w Roczniku Kapitulnym Krakowskim. Podano tam informację o „dedicatio ecclesiae sancti Salvatoris”, czyli poświęceniu kościoła w 1148 roku. Współcześni archeolodzy datują kościół na XI/XII wiek, ponieważ z tego czasu pochodzą najstarsze relikty, zachowane pod posadzką.

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach...

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach…

Z kościołem i znajdującym się wewnątrz obrazem Chrystusa na krzyżu z klęczącym poniżej grajkiem wiąże się jeszcze inna legenda.

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

Obraz ten został umieszczony w kościele na miejscu starego, romańskiego krucyfiksu, który był podobno darem przysłanym z Moraw dla pierwszego chrześcijańskiego księcia Polski. Krucyfiks ten, przedstawiający nagiego Chrystusa, dla dodania czci został przyodziany w królewską szatę, diamentową koronę i złote trzewiki. Pod krucyfiks przychodził często grać ubogi skrzypek. Bóg, widząc jego biedę, postanowił mu pomóc. Zsunął z figury Chrystusa jeden z cennych trzewików i rzucił go pod stopy grajka. Okoliczni mieszkańcy oskarżyli skrzypka o kradzież i umieścili trzewik z powrotem na figurze. Następnym razem, kiedy skrzypek zaczął grać pod krzyżem, kościół był pełen ludzi i złoty trzewik ponownie zsunął się do jego stóp. Wtedy już nikt nie mógł wątpić w uczciwość muzykanta. W XVII wieku krucyfiks Mieszka I przeniesiono do Włoch.

***

Droga wypłaszcza się, kończy się kostka brukowa, a zaczyna asfalt Alei Jerzego Waszyngtona. Dobiegam do Cmentarza Salwatorskiego.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz...

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…
/Stanisław Lem, Solaris/

Spoczywają tu między innymi Stanisław Lem, Jan Sztaudynger (ten od „myjcie się, dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny”) i Juliusz Osterwa (aktor i reżyser). Jerzy Harasymowicz ma tu tylko tablicę, ponieważ swoje prochy kazał rozrzucić nad Bieszczadami.

Co tu zostało z wierszy Mistrza

Co tu zostało z wierszy Mistrza
Klasa robotnicza, fasolka z bufetu
A smak poranny piwa
Łapczywie poznają poematy w beretach
/Wojciech Bellon, Bar na Stawach/

Aleja wznosi się łagodnie dalej i po chwil przekraczam mostek, pod którym biegnie droga łącząca ulicę Malczewskiego z ulicą Zaścianek.

Diabelski mostek

Diabelski mostek

Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby  na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły przenieść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku. Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub – jak się mówi na Salwatorze – diabelskim mostkiem.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Dalej w górę aleją pomiędzy drzewami, jak to miałem w zwyczju dawnymi czasy, chociaż wtedy odbywało się to bez wysiłku z mojej strony.

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Zaraz za pozostałościami bramy fortecznej Kościuszko (jeden z obiektów fortu Kościuszko należącego do zespołu budynków obronnych Twierdzy Kraków) nie wbiegam po schodach w prawo w górę, w kierunku Kopca Kościuszki, ale kontynuuję na wprost Aleją Waszyngtona wzdłuż ulicy Wodociągowej.

Dobiegam do miejsca, gdzie aleja spacerowa przecina ulicę skręcającą ostro w prawo w kierunku zabudowań fortu i wkraczam na Sikornik.

 

Koniec części czwartej

MTR 201 Pro Low

Mammut MTR 201 Pro Low

Ostatnio mniej pisałem, a więcej biegałem, co wynikało z pewnego zadania, którego się podjąłem – mogę z dumą powiedzieć, że biegałem i… testowałem. Testowanie jest dla mnie rzeczą nową, a wyzwanie jest tym większe, że za obiekt testu wybrałem buty biegowe mojego ukochanego Mammuta (przepraszam za to intymne stwierdzenie). Miłość to piękne uczucie, ale staje się jeszcze piękniejsze po przetestowaniu w ekstremalnych warunkach.

Miłość jest rozkosznym kwiatem, ale trzeba mieć odwagę zerwać go na skraju przepaści.
/Henri Stendhal/

Jak to zwykle bywa z… pierwszym razem, chciałem do niego podejść w sposób szczególny. Długo myślałem jak przeprowadzić taki test, żeby w subiektywny, a zarazem obiektywny sposób pokazać wszystkie cechy butów do biegów górskich Mammut MTR 201 Pro Low. Myślałem i wymyśliłem – najlepiej zrobić to po swojemu.

***

Buty Mammut MTR 201 Pro Low pojawiły się w moim życiu w czarnym pudełku z czerwonym logo Mammuta. Były one dodatkowo owinięte w oryginalny papier pakowy pokryty napisami MAMMUT. Dla biegania nie ma to oczywiście żadnego znaczenia, ale świadczy o klasie produktu. Szwajcarskie zegarki mają też kilka warstw opakowania, przez które trzeba się przedrzeć zanim nastąpi sam moment założenia zegarka na rękę. Po wyjęciu z pudełka i papieru, szybko założyłem buty na nogi i wyszedłem pobiegać… Aha, jeszcze obciąłem metki.

To źle, że miłość, choć ślepa i głucha,
Idzie, gdzie zechce i czego chce słucha.
/William Shakespeare, Romeo i Julia/

Na wszelki wypadek przypominam, że pierwsza przebieżka w nowych butach powinna być krótka, żeby uniknąć obtarć i bąbli, które często pojawiają się przy zmianie obuwia biegowego na nowe. Czy to dzięki krótkiemu, 10 kilometrowemu dystansowi, czy może dzięki odporności moich zgrabnych stóp, czy może wreszcie dzięki jakości obuwia, nic złego się nie wydarzyło i pierwsza próba wypadła pomyślnie.

Była to miłość od pierwszego wejrzenia, od ostatniego wejrzenia, od każdego, wszelkiego wejrzenia.
/Vladimir Nabokov, Lolita/

Ale po kolei. Testowany model jest w szałowym, zielono-czerwonym kolorze o technicznej nazwie “wiosenne piekło” (spring-inferno); można wybrać także kolory inferno-black, dark cyan-sunglow i light grey-imperial. Buty ważą 742 gramów (rozmiar UK 10,5), co prawdopodobnie zgadza się z danymi producenta, który podaje w specyfikacji 676 g dla rozmiaru UK 8,5.

MTR 201 Pro Low nie są wodoodporne, co może być minusem w czasie biegu w deszczu, ale dzięki temu są lżejsze od modeli z membraną GORE-TEX (mają one dodatkowe trzy literki GTX w nazwie) o ponad 100 g, co z kolei może mieć znaczenie przy biegach na długich dystansach, kiedy pod koniec trasy każdy dodatkowy gram czuje się w nogach. Zamiast cięższej wodoodpornej membrany, w tym modelu użyto lekkiej siatki, która szybko wysycha po zmoczeniu i pozwala stopie oddychać.

Dużo biegałem po mokrych, błotnistych nawierzchniach, w czasie deszczu i po deszczu, w pobliżu rzek i strumieni. Siateczka przemaka błyskawicznie, ale… kiedy tylko kończy się kontakt z wodą, zaczyna szybko wysychać i jeżeli mam tyle szczęścia, że w końcu wychodzi słońce, to do domu dobiegam już w suchych butach. Dodatkowo, ta lekka siateczkowa konstrukcja dobrze przepuszcza powietrze i odprowadza ciepło ze stopy. Dlaczego tak się dzieje widać dokładnie patrząc “przez buta” pod światło.

There should be laughter after pain There should be sunshine after rain /Mark Knopfler, Why Worry/

There should be laughter after pain
There should be sunshine after rain
/Mark Knopfler, Why Worry/

Materiały zastosowane wewnątrz buta są miękkie w dotyku i powodują, że stopa czuje się komfortowo. Na zewnątrz natomiast, w newralgicznych miejscach zastosowano dodatkowe gumowe wzmocnienia (Rubber toe cap) i system wsparcia pięty (360 Heel Support). Jak opisywał Wiktor Suworow, były żołnierz sowieckiego Specnazu, w książce “Akwarium”, materiały zastosowane w ubiorze komandosa powinny być od strony podszewki delikatne, jak skóra kobiety, a z zewnątrz szorstkie jak skóra nosorożca. Buty Mammut MTR 201 Pro Low spełniają te wymagania.

Teraz dyskusyjna sprawa sznurówek, a raczej MTR Speed Lace System, który może, ale nie musi się podobać. Jak sama nazwa wskazuje, dzięki temu systemowi szybciej zawiązuje się buty. Z tym punktem całkowicie się zgadzam – robi się to błyskawicznie. Następnie jednak trzeba pozostały “nadmiar” sznurówek gdzieś schować. Jest do tego przygotowana specjalna kieszonka w języku buta, ale ponieważ znajduje się ona pod już zaciągnietymi sznurówkami, ciężko jest do niej upchnąć ich końcówki. Ale jak się to już zrobi, to siedzą tam i nie wypadają. W razie potrzeby, sznurowadła można też… zwyczajnie zasznurować.

Agresywny dwukierunkowy bieżnik trzyma się dobrze (powiedziałbym nawet doskonale) na prawie wszystkich rodzajach nawierzchni. Mammut nadał mu nazwę kodową Sonar, ponieważ jego forma wzorowana była na kształcie rozchodzących się we wszystkich kierunkach fal sonaru; czyli… “Polowanie Na Czerwony Październik”. Testowałem go na błotnistych leśnych szlakach, ostrych górskich głazach, szutrowych ścieżkach, a nawet na śniegu.

Zarówno przy odbiciu, przyspieszaniu i biegu pod górę, buty trzymają się nawierzchni jakby były przyklejone. Tak samo zachowują się w trakcie szybkiego zbiegania połączonego nawet ze skokami i zapewniają doskonałe tarcie podczas hamowania, gdy trzeba zwolnić. Zeskakując na luźny szuter prawie nie ma poślizgu i można szybko biec dalej.

Jedyną niebezpieczną przygodę związaną z butami Mammut MTR 201 Pro Low przeżyłem nad brzegami rzeki La Venoge. Był to jednorazowy przypadek, ale moim obowiązkiem jest o nim poinformować. To tak, jak ze skutkami ubocznymi lekarstw – jednemu pacjentowi na stu wyskoczą krosty na du…, ale w ulotce informacyjnej trzeba napisać, że lekarstwo może powodować wysypkę. Biegłem zatem piękną trasą wzdłuż rzeki La Venoge, na północ od jej ujścia do Jeziora Genewskiego przy Préverenges. Biegłem i podziwiałem dziką okolicę, dodatkowo zdziczałą przez wysoki poziom wody w rzece.

Lekko mżyło. Nagle, kiedy patrzyłem w bok na imponujący wodospad, wbiegłem na mokre płaskie kamienie leżące tuż przy brzegu i zacząłem szaleńczy taniec jak bohaterowie kreskówek, którzy nadepnęli na skórkę banana. I tak, jak bohaterom kreskówek, udało mi się w ostatniej chwili odzyskać równowagę. Byłem tak zdziwiony tym zupełnym brakiem przyczepności, że zawróciłem i przyjrzałem się kamieniom. Były, jak już pisałem, płaskie i pokryte jakimś zielonym nalotem (mchem?). Przejechałem po nich butem kilka razy i było jak na lodowisku. Wróciłem w to samo miejsce jakiś czas później przy pięknej pogodzie i z pewną taką nieśmiałością wbiegłem na kamienie. Tym razem były suche i nawet o milimetr stopa mi się nie przesunęła. Z tej przygody wysnułem więc taki wniosek, że mokry mech na kamieniach nie jest dobrym podłożem dla butów Mammut MTR 201 Pro Low (na marginesie dodam, że chyba dla każdych butów).

Podsumowując, buciki Mammut MTR 201 Pro Low dobrze mi się sprawuje. Nogi się w nich nie męczą, przyczepność do podłoża (oprócz mokrego mchu) jest rewelacyjna, schną szybko, pozwalają stopie oddychać i… są ładne. Wygląda na to, że będziemy razem dłuuuugo biegać, tym bardziej, że zbliża się Swiss Irontrail (91 km).

Miłość nie polega na tym, aby wzajemnie sobie się przyglądać, lecz aby patrzeć razem w tym samym kierunku.
/Antoine de Saint-Exupéry/

***

P.S. Z tyłu butów, na paskowym uchwycie pomagającym założyć je na nogę, znajduje się jakaś tajemnicza długość i szerokość geograficzna… Moja wrodzona ciekawość zmusiła mnie żeby sprawdzić, jaki punkt na powierzchni ziemi reprezentują współrzędne 47 36° N i 08 16° E. Musiałem najpierw zrozumieć w jakim formacie podana jest długość i szerokość geograficzna:

  • stopnie, minuty i sekundy (DMS),
  • stopnie i minuty (DM),
  • stopnie w zapisie dziesiętnym (DD).

Po próbach w konwerterze współrzędnych geograficznych, doszedłem w końcu do wyniku, który wskazał punkt w Szwajcarii, w kantonie Aargau, w dystrykcie Lenzburg, w mieście Seon, przy ulicy Birren, przy której znajduje się… fabryka i centrala firmy Mammut. No to strzał w dziesiątkę!