Sentymentalna wycieczka biegowa (część 6)

Głęboko poruszony bliskim spotkaniem trzeciego stopnia z Norbertankami z XIII wieku, przez chwilę stoję w miejscu nie wiedząc, gdzie biec dalej. W końcu decyduję się skręcić w lewo na szlak zielony. Wspinam się kilkaset metrów i w końcu docieram do szczytu, na którym rozciąga się rozległa polana…

Wzgórze Sowiniec jest najwyższym naturalnym wzniesieniem na terenie Krakowa (358 m n.p.m.), dodatkowo zwieńczonym 35 metrami budowli wzniesionej rękami człowieka. Budowlą tą jest Kopiec Niepodległości im. Józefa Piłsudskiego, czyli największy z czterech istniejących do dziś krakowskich kopców. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć” dodam, że pozostałe trzy kopce to: Kopiec Tadeusza Kościuszki, Kopiec Krakusa i Kopiec Wandy.

W 1934 roku Związek Legionistów Polskich wysunął pomysł usypania kopca-pomnika walki narodu o niepodległość. Sypanie kopca rozpoczęto 6 sierpnia 1934 roku, w dwudziestą rocznicę wymarszu z Krakowa Pierwszej Kompanii Kadrowej, nazywanej inaczej Legionami Piłsudskiego.

Po śmierci marszałka Józefa Piłsudskiego, prace nabrały tempa i kopiec postanowiono nazwać jego imieniem. Sypanie zakończono 9 lipca 1937 roku. W kopcu złożono ziemię z wszystkich pól bitewnych I wojny światowej, na których walczyli Polacy.

Kopiec Piłsudskiego na Sowińcu. Jeszcze w trakcie budowy - widać sterty ziemi, kamienie, rampy /Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie/

Kopiec Piłsudskiego na Sowińcu. Jeszcze w trakcie budowy – widać sterty ziemi, kamienie, rampy
/Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Lotnictwa Polskiego w Krakowie/

W czasie okupacji niemieckiej, gubernator Hans Frank nakazał zniwelowanie kopca, do czego na szczęście nigdy nie doszło. Po II wojnie światowej, władze komunistyczne także starały się, aby kopiec wymazać z pejzażu miasta i ze świadomości krakowian. W 1953 r. przy użyciu czołgu usunięto ze szczytu granitową płytę z wyrytym na niej krzyżem legionowym. Zniszczono wówczas w znacznym stopniu stoki kopca, a następnie obsadzono je drzewami, na kilkadziesiąt lat usuwając kopiec z panoramy miasta. Na mapach i w oficjalnym nazewnictwie występował on jako „punkt widokowy na Sowińcu”.

Widok z Kopca Piłsudskiego na klasztor na Srebrnej Górze

Widok z Kopca Piłsudskiego na klasztor na Srebrnej Górze

W 1981 roku ruszyła akcja odnowy kopca prowadzona przez Komitet Opieki nad Kopcem Józefa Piłsudskiego. U jego podnóża spoczęła tym razem ziemia z pól bitewnych II wojny światowej.

W patriotycznym nastroju biegnę dalej szlakiem niebieskim (nazywanym też Szlakiem Okrężnym), który prowadzi mnie zachodnimi stokami Lasu Wolskiego aż do Polany Pod Dębiną, znanej mi oczywiście od lat dziecinnych.

Z polany wybiegam pod bramę Klasztoru Kamedułów, tak jak to zaplanowałem na początku wycieczki. Informacje na temat eremu zawarłem w bożonarodzeniowym artykule pod tytułem Pasterka na Srebrnej Górze.

Wracam do Polany Pod Dębiną i skręcam w prawo, w kierunku wschodnim, gdzie prowadzi większość szlaków. Po chwili szlak czarny odbija w prawo w dół, do ulicy Księcia Józefa i starych wodociągów krakowskich. Następnie rozstaję się ze szlakiem żółtym i czerwonym, które wracają do ZOO; ja cały czas podążam za szlakiem niebieskim. Ścieżka to wznosi się to opada, trawersując południowe stoki Lasu Wolskiego. Od czasu do czasu otwiera się widok na płynącą w dole Wisłę.

Po około 1,5 km od Polany pod Dębiną moją trasę przecina szlak żółty, który od ZOO prowadzi na południe, w kierunku Przegorzał. Ze względów turystyczno-krajoznawczych opuszczam na moment szlak niebieski i podążam szlakiem żółtym w prawo w dół do bardzo ciekawego miejsca…

Na szczycie wapiennej skały ponad doliną Wisły, słynny krakowski architekt Adolf Szyszko-Bohusz wzniósł w latach 1928–1929 modernistyczną willę „Odyniec”, na parceli, którą kupił w 1916 roku od znanych nam już dobrze bielańskich kamedułów. Budowla jest półrotundą i w kształcie nawiązuje do średniowiecznej baszty. Do użycia takiej formy zainspirowało artystę odkrycie, którego dokonał podczas prac na Zamku Królewskim na Wawelu. Jako kierownik prac renowacyjnych odkrył pozostałości przedromańskiej Rotundy Najświętszej Marii Panny, noszącej od XIV wieku także wezwanie św. Feliksa i Adaukta. Na stanowisku tym pozostał do wybuchu II wojny światowej.

Willa sąsiaduje z innym ciekawym budynkiem, czyli zamkiem zbudowanym przez Niemców w czasie okupacji Krakowa. Schloss Wartenberg jest jednym z niewielu (na szczęście) dzieł architektury III Rzeszy w Krakowie. 18 stycznia 1945 roku Kraków został wyzwolony z niewoli niemieckiej, a niedoszły hotel przemianowany został na szpital. W 1952 cały kompleks zajął Instytut Badawczy Leśnictwa.

Wracam do szlaku niebieskiego i biegnę dalej na wschód aż do ulicy Jodłowej. Na Przełęczy Przegorzalskiej zamykam pętlę wokół Lasu Wolskiego i wracam przez Sikornik i Aleję Waszyngtona na Salwator.

***

Tam, przy ujściu Wisły do Rudawy, stoi Klasztor Norbertanek, jak strażnik rzeczy i czasów, które odeszły, a najbardziej ze wszystkiego zasługiwały na pozostanie…

Zimno robi się w skryptorium, boli mnie kciuk. Porzucam to pisanie nie wiem dla kogo, nie wiem już o czym; stat rosa pristina nomina, nominanuda tenemus.
/Umberto Eco, Imię róży/

Koniec części szóstej, ostatniej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 5)

Tak, Sikornik…

Tyle razy przemierzałem tą widokową ścieżkę, czy to pieszo, czy na rowerze, czy to w dzień, czy w nocy, ale… biegłem nią po raz pierwszy.

Jak już pisałem wielokrotnie, Szwajcaria dała mi bardziej sportowe podejście do poruszania się oraz… zapewniła odpowiedni sprzęt – biegłem od stóp do głów odziany w produkty Mammuta (oprócz skarpetek oczywiście, których pomimo moich lamentów dalej nie ma w ofercie Mammuta) i dzięki temu mogłem wygodnie i modnie zwiedzić spory obszar Zwierzynieckiej Arkadii.

Prawidłowo rzecz ujmując, Sikornik to wydłużony grzbiet terenu o długości nieco ponad 3 km, ciągnący się ze wschodu na zachód, od ujścia Wisły do Rudawy przy Klasztorze Norbertanek aż do Przełęczy Przegorzalskiej oddzielającej go od Lasu Wolskiego. Od ponad 150 lat zwany jest też Wzgórzem św. Bronisławy. W języku potocznym, Sikornik zaczyna się dopiero na końcu Alei Waszyngtona.

Biegnę asfaltową aleją w kierunku zachodnim i zastanawiam się skąd wzięła się nazwa Sikornik. Pewnie w lesie, który niegdyś pokrywał w całości to wzniesienie, mieszkało dużo… sikorek.

Po prawej stronie alei widać stare ceglane budynki ogrodzone siatką.

Była to kiedyś jednostka wojskowa i teren był cały czas patrolowany przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a na ogrodzeniu wisiały znaki zakazu fotografowania. Teraz znaków już nie ma, wszystko można zobaczyć w Google Maps i szykuje się chyba jakiś remont…

Nieco dalej, także po prawej stronie drogi były ogródki działkowe, gdzie mój dziadek uprawiał owoce i warzywa na powierzchni kilku metrów kwadratowych, z których następnie robił fantastyczne przetwory na zimę. To też już przeminęło z wiatrem.

Trasa biegnie prosto na zachód, raz w górę, a raz w dół. Po prawej stronie, pomiędzy drzewami widać dzielnice Krowodrza, Bronowice, Prądnik Biały, a dalej w kierunku północnym zaczyna się Wyżyna Krakowsko-Częstochowska z malowniczym szlakiem Orlich Gniazd.

Po lewej stronie, w dolinie, rzeka Wisła powoli płynie w kierunku Wawelu i centrum Krakowa.

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków,
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała.

Dalej widać osiedla mieszkaniowe, następnie wzgórza otaczające Kraków od południa, a jeszcze dalej Gorce i Babią Górę. Perspektywę zamyka skalna ściana Tatr, tworząca naturalną granicę ze Słowacją. Można rozpoznać Łomnicę, Lodowy Szczyt i Mięguszowieckie Szczyty nad Morskim Okiem.

Na południe...

Na południe…

Na wprost na zachodzie widać Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze, o którym pisałem w artykule Pasterka na Srebrnej Górze, a do którego mam plan dzisiaj dobiec.

Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą...

Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą…

Zbiegam w końcu w dół do Przełęczy Przegorzalskiej, przez którą biegnie ulica Jodłowa łącząca ekskluzywną dzielnicę Wola Justowska z osiedlem Przegorzały i już jestem w Lesie Wolskim. Ścieżka pnie się ostro w górę przez piaszczysty wąwóz, a następnie już łagodniej przez las, aż do Krakowskiego ZOO, w którym bywałem w przeszłości wielokrotnie.

Daniel zwyczajny (Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (Mammut On The Run)

Daniel zwyczajny (nazwa łacińska: Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (nazwa łacińska: Mammut On The Run) – gatunek ssaka z rodziny biegających po górach

Wzdłuż ogrodzenia i wejścia do ZOO biegnę nieco w dół aleją Żubrową, ale zaraz przy budynku w którym znajduje się toaleta (ta informacja zawsze może się przydać), skręcam w lewo w aleję Wędrowników i biegnę nią aż do skrzyżowania szlaków.

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Wybieram szlak żółty prowadzący w prawo w dół kamienistą ścieżką. Pomiędzy stromymi ścianami Wolskiego Dołu zbiegam do Rezerwatu Panieńskie Skały. Przy skałkach przechodzę do marszu, żeby zrobić zdjęcia i wybrać dalszą trasę.

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Nagle słyszę jakieś kobiece głosy dochodzące z pomiędzy skał. Nie potrafię rozróżnić słów, więc z ciekawości podchodzę bliżej i w głębokiej szczelinie prowadzącej pod ziemię widzę ogromną salę…, jakby kaplicę oświetloną świecami…, a w niej kobiety w habitach. Wtedy wyraźnie do moich uszu dolatują słowa hymnu uwielbienia:

Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus
Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra
maiestatis gloriae tuae.

Po cichu wycofuję się do szlaku i zostawiam rozmodlone Norbertanki w ich bezpiecznym schronieniu.

 

Koniec części piątej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 4)

…muszę nadmienić, że przy ulicy Królowej Jadwigii mieszkał od lipca do sierpnia 1912 roku Włodzimierz Ulianow, bardziej znany jako Lenin, jeden z największych zbrodniarzy w historii świata, autor Rewolucji Październikowej i komunizmu, który w końcu… szczezł marnie na syfilis, sprzedany mu przez Nadieżdę Krupską, która jak się okazało, gościła w swoim łożu nie tylko Wodza Rewolucji. Oczywiście teorii spiskowych jak umarł Wódz jest więcej (udar, zawał, zatrucie, kiła złapana od prostytutki w Paryżu), a prawda „gdzieś tam jest”, jak mawiał agent Mulder („the truth is out there”).

Мы пойдём другим путём

Мы пойдём другим путём…

W domu pod numerem 41 mieściła się fila Krakowskiego Muzeum Lenina, ale jak niektórzy wiedzą, miastem szczególnie kojarzonym z Lenininem został (na mocy decyzji Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej) Poronin koło Zakopanego. Tam upaństwowiono karczmę, którą Lenin miał rzekomo często odwiedzać w czasie swego pobytu w górach i przemianowano na Muzeum Lenina, a pewnego dnia…

…ogłoszono konkurs na obraz pod tytułem: „Lenin w Poroninie”.
Wpłynęły na niego liczne prace w stylu: „Lenin na turni”, „Lenin z fajeczką góralską”, „Lenin spogląda na Giewont”…
Wreszcie przybył góralski malarz, samouk z wielkim obrazem, który przedstawiał leżącą na łóżku rozmamłaną dziwkę, a obok ubierającego się ponurego draba.
– Po co tu leziesz obywatelu? – zapytał milicjant pilnujący wejścia.
- Ja? Na konkurs „Lenin w Poroninie”.
- Co to ma znaczyć? Obraz nie jest w temacie konkursu!
- Ale ta kobieta to Nadieżda Krupska!
- A mężczyzna?
- To Feliks Dzierżyński!
- A gdzie Lenin?
- W Poroninie…

***

Biegnę zatem w górę po „kocich łbach” ulicy Błogosławionej Bronisławy, najsłynniejszej z Norbertanek. Po prawej stronie mijam Kościół Najświętszego Salwatora, a po lewej drewnianą kapliczkę św. Małgorzty, popularnie nazywaną „gontyną” i zaraz potem ulicę o takiej samej pogańskiej nazwie. Gontyna to przedchrześcijański typ budowli sakralnej u Słowian, miejsce spotkań, modlitw, nabożeństw i wróżb. Zgodnie z zasadą „bawiąc – uczyć”, nie mijam bezmyślnie, tylko zastanawiam się ile informacji na temat mijanych miejsc mam zaserwować czytelnikom. Moja żona twierdzi, że teksty, które piszę są za długie i przez to nudne dla współczesnego czytelnika. W dzisiejszych czasach musi być krótko, szybko i… po wierzchu. Takie są też obecnie artykuły na portalach internetowych (niektóre z nich posunęły się nawet do podawania treści w punktach). Ja jednak należę do epoki, która przeminęła, kiedy to w szkole pisało się wypracowania, a nie zaznaczało odpowiedzi w testach wyboru. To co Wam przekazuję, to i tak tylko niewielka część wspaniałej historii miasta.

Zatem po kolei…

Błogosławiona Bronisława

Bronisława urodziła się około Roku Pańskiego 1200, w Kamieniu Śląskim, w zamożnej rodzinie Odrowążów. Św. Jacek Odrowąż był jej kuzynem, a stryj Iwo Odrowąż piastował godność biskupa krakowskiego, która w 700 lat później przypadła w udziale Karolowi Wojtyle. Bronisława wychowana w środowisku żywej wiary, uczciwości i pobożności wstąpiła do klasztoru Norbertanek w Krakowie w wieku około 16-17 lat.

Zakon działał dopiero od niedawna (o czym wiecie z poprzedniej części sentymentalnej wycieczki), ale już był bardzo prężny i odgrywał znaczącą rolę w służbie dla ówczesnego społeczeństwa. W młodym wieku Bronisława została przełożoną klasztoru, w którym przebywało wtedy kilkaset sióstr, co świadczy o jej niezwykłym talencie organizacyjnym. Były to czasy rozbicia dzielnicowego, trwały walki książąt piastowskich o panowanie nad Krakowem. W czasie walk Bronisława i inne siostry niosły pomoc ofiarom wciągniętym w ten bratobójczy konflikt. W czasie zarazy w 1224 r. z wielkim zaangażowaniem służyła chorym, rozdawała leki i ubrania, karmiła głodnych. W najtrudniejszych chwilach udawała się na Sikornik, gdzie oddawała się modlitwie i medytacji. Gdy w 1253 roku zmarł św. Jacek (piąty Polak wyniesiony na ołtarze i jedyny mający swoją rzeźbę w kolumnadzie Berniniego na Placu Św. Piotra), Bronisława doznała wizji tryumfalnego wprowadzenia go przez Matkę Bożą do nieba. Wkrótce sama udała się w tą samą drogę, w roku 1259.

Grób Bronisławy odnaleziono dopiero w 1604 r. W czasie remontu kościoła znaleziono pęknięcie w murze, które według legendy wskazał rój pszczół. Trumienkę ukryto po raz drugi w czasie najazdu Szwedów na Kraków (1655). Znalezione po raz drugi kości Bronisławy w roku 1782 przełożono do podwójnej trumienki i przeniesiono do kościoła św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela. Dekretem z roku 1839 papież Grzegorz XVI zatwierdził kult oddawany od wieków Bronisławie.

Kapliczka św. Małgorzty

W roku 2016 obchodziliśmy 1050 rocznicę chrztu Polski. Wszyscy wiedzą, że za sprawą Mieszka I, Państwo Polan było chrystianizowane od 966 roku, jednak Państwo Wiślan prawdopodobnie uległo chrystianizacji już z końcem wieku IX, w ramach misji św. Metodego. Powyższy fakt jest często wykorzystywany przez krakauerologów, w celu udowodnienia wyższości Krakowa nad resztą świata.

Jak popatrzymy na to miasto z perspektywy czasu to dojdziemy do wniosku, że musimy być lepsi, choćby dlatego, że zostaliśmy ochrzczeni 100 lat wcześniej niż cała reszta Lechitów.
/Leszek Mazan/

W początkach chrześcijaństwa, kościoły budowano często w miejscu pogańskiego kultu, żeby dodatkowo eliminować je ze świadomości okolicznych mieszkańców. Jedno z takich miejsc znajdowało się właśnie na tym bezpiecznym wzgórzu ponad doliną Wisły…

Za czasów słowiańskich, na wzgórzu pośród lasów, stała gontyna, a w niej posąg Pośwista – boga wiatrów. Na drugim brzegu Wisły, na innym wzgórzu, zwanym Krzemionkami, stał posąg Śwista – drugiego boga wiatrów. W obu tych świątyniach, przed setkami lat, kapłani składali ofiary swoim bogom i prosili, aby ustrzegli ich przed zarazą, ogniem i wrogiem. Po Chrzcie Polski, posągi powoli odchodziły w niepamięć, obrosły roślinnością, aż w końcu rozsypały się. O dawnych miejscach kultu zupełnie zapomniano. Obecnie jedynie nazwa jednej z ulic oraz nieoficjalna nazwa kaplicy św. Małgorzaty – „Gontyna”, przypominają o pogańskich świątyniach.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Początki kaplicy nie są bliżej znane. Wiadomo, że była budowana, palona, odbudowywana, niszczona i restaurowana, jak to często bywało na ziemiach polskich.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A'Tomek, księga I

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus Romek i A’Tomek, księga I

Po kolejnym spaleniu (przez Szwedów), ksienia klasztoru Norbertanek Justyna Oraczowska, nakazała wzniesienie nowej, drewnianej kaplicy w stylu barokowym. Mniej więcej w tym samym kształcie przetrwała ona od XVII wieku do dnia dzisiejszego, będąc jednym z rzadkich przykładów drewnianego budownictwa sakralnego w Krakowie (leży na małopolskim Szlaku Architektury Drewnianej). Prawdopodobnie w początkach swojego istnienia służyła jako kaplica cmentarna, gdyż otaczał ją cmentarz morowy, na którym grzebano zmarłych na zarazę.

Kościół Najświętszego Salwatora

Tak jak wspominałem wcześniej, zasadnym było w czasach wczesnochrześcijańskich budować kościoły na miejscu pogańskich kultów i dlatego właśnie tutaj stanął jeden z najstarszych kościołów Krakowa. Jan Długosz twierdził, opierając się na sobie tylko znanych źródłach, że kościół Najświętszego Salwatora ufundował sławny rycerz Bolesława Krzywoustego – Piotr Włast. Oślepiony przez wrogów, szukał pomocy u Zbawiciela (Salvator – łac. Zbawiciel) i jako wotum za uzdrowienie miał ufundować siedemdziesiąt siedem kościołów, a wśród nich także ten zwierzyniecki. Można z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że właśnie ten kościół odegrał ważną rolę przy chrystianizacji Polski, ponieważ wezwanie Najświętszego Salwatora nosiły zazwyczaj pierwsze i najważniejsze kościoły chrystianizowanych krajów. Według legend i tradycji, świątynia istniała już w X wieku i była miejscem, gdzie swoje kazania wygłaszał święty Wojciech (udający się w 997 roku z misją do Prus). W źródłach pisanych natomiast pierwszą wzmiankę o kościele znaleziono w Roczniku Kapitulnym Krakowskim. Podano tam informację o „dedicatio ecclesiae sancti Salvatoris”, czyli poświęceniu kościoła w 1148 roku. Współcześni archeolodzy datują kościół na XI/XII wiek, ponieważ z tego czasu pochodzą najstarsze relikty, zachowane pod posadzką.

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach...

A ja, nie chwaląc się, przejeżdzałem tamtędy na sankach…

Z kościołem i znajdującym się wewnątrz obrazem Chrystusa na krzyżu z klęczącym poniżej grajkiem wiąże się jeszcze inna legenda.

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

/Kasper Kurcz, Ukrzyżowanie, 1605/

Obraz ten został umieszczony w kościele na miejscu starego, romańskiego krucyfiksu, który był podobno darem przysłanym z Moraw dla pierwszego chrześcijańskiego księcia Polski. Krucyfiks ten, przedstawiający nagiego Chrystusa, dla dodania czci został przyodziany w królewską szatę, diamentową koronę i złote trzewiki. Pod krucyfiks przychodził często grać ubogi skrzypek. Bóg, widząc jego biedę, postanowił mu pomóc. Zsunął z figury Chrystusa jeden z cennych trzewików i rzucił go pod stopy grajka. Okoliczni mieszkańcy oskarżyli skrzypka o kradzież i umieścili trzewik z powrotem na figurze. Następnym razem, kiedy skrzypek zaczął grać pod krzyżem, kościół był pełen ludzi i złoty trzewik ponownie zsunął się do jego stóp. Wtedy już nikt nie mógł wątpić w uczciwość muzykanta. W XVII wieku krucyfiks Mieszka I przeniesiono do Włoch.

***

Droga wypłaszcza się, kończy się kostka brukowa, a zaczyna asfalt Alei Jerzego Waszyngtona. Dobiegam do Cmentarza Salwatorskiego.

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz...

Jak się tak leży godzinami w nocy, to myśleniem można zajść bardzo daleko i w bardzo dziwne strony, wiesz…
/Stanisław Lem, Solaris/

Spoczywają tu między innymi Stanisław Lem, Jan Sztaudynger (ten od „myjcie się, dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny”) i Juliusz Osterwa (aktor i reżyser). Jerzy Harasymowicz ma tu tylko tablicę, ponieważ swoje prochy kazał rozrzucić nad Bieszczadami.

Co tu zostało z wierszy Mistrza

Co tu zostało z wierszy Mistrza
Klasa robotnicza, fasolka z bufetu
A smak poranny piwa
Łapczywie poznają poematy w beretach
/Wojciech Bellon, Bar na Stawach/

Aleja wznosi się łagodnie dalej i po chwil przekraczam mostek, pod którym biegnie droga łącząca ulicę Malczewskiego z ulicą Zaścianek.

Diabelski mostek

Diabelski mostek

Tam gdzie dzisiaj są Błonia, były niegdyś bagna i moczary. Pośrodku nich pozostała mała wysepka porośnięta olchami i wierzbami, które szczególnie upodobały sobie diabły. Na wyspie mieszkał diabeł, który pilnował skarbów, wykonanych przez czarty, na polecenie mistrza Twardowskiego. Ale gdy mistrz uciekł na kogucie, na Księżyc, a bagna wyschły, diabły postanowiły ukryć skarby  na wzgórzu św. Bronisławy. Nie było to łatwe, gdyż skarbów było wiele, a letnia noc trwa krótko. Nie zdążyły przenieść całego skarbu. Zapiał kogut, oznajmiając nadejście poranka. Czartom nie pozostało nic innego jak ukryć skarb pod małym, drewnianym mostkiem, gdzie leży do tej pory. Diabły pilnują, by nikt go nie wykradł i straszą przechodniów, którzy chodzą nocami w okolicach mostku. Mostek od owego czasu, nazywany jest czarcim, lub – jak się mówi na Salwatorze – diabelskim mostkiem.
/Za „Tygodnikiem Salwatorskim”/

Dalej w górę aleją pomiędzy drzewami, jak to miałem w zwyczju dawnymi czasy, chociaż wtedy odbywało się to bez wysiłku z mojej strony.

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Aleją Waszyngtona w kierunku Kopca Kościuszki

Zaraz za pozostałościami bramy fortecznej Kościuszko (jeden z obiektów fortu Kościuszko należącego do zespołu budynków obronnych Twierdzy Kraków) nie wbiegam po schodach w prawo w górę, w kierunku Kopca Kościuszki, ale kontynuuję na wprost Aleją Waszyngtona wzdłuż ulicy Wodociągowej.

Dobiegam do miejsca, gdzie aleja spacerowa przecina ulicę skręcającą ostro w prawo w kierunku zabudowań fortu i wkraczam na Sikornik.

 

Koniec części czwartej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 3)

Z Placu na Stawach pobiegłem w lewo, ulicą Senatorską w kierunku Salwatora. Minąłem miejsce, gdzie kiedyś mieściło się przedszkole, w którym bawiłem się i uczyłem przez 3 lata. To tu byłem Piernikowym królem, Muchomorem, który zgubił swój kapelusz i żołnierzem Powstania Listopadowego. Tutaj jadłem niezpomniane jajko na twardo w sosie koperkowym i obowiązkowo spałem po obiedzie. Po przedszkolu i ogródku z piaskownicą nie ma już ani śladu – teraz stoi tu budynek mieszkalno-biurowy.

Piernikowy król i jego goście

Piernikowy król i jego goście

 

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

 

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Dotarłem znów do ulicy Kościuszki i przebiegłem przez most na rzece Rudawie, do której kilkadziesiąt metrów dalej, przy klasztorze Sióstr Norbertanek wpada Wisła (to nie pomyłka, tak się prawidłowo mówi na Zwierzyńcu). Jeżeli nie wierzysz, to idze, idze bajoku!

Klasztor, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków dzielnicy, powstał w II połowie XII wieku. Jak głosi tradycja, jego fundatorem był dziedzic Zwierzyńca, rycerz Jaksa Gryfita z Miechowa, który po powrocie z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej ufundował w 1162 roku klasztor i kościół. Norbertanki są najstarszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym w Polsce, a przybyły na Zwierzyniec z czeskich Doksan koło Pragi. Na przestrzeni wieków siostry modlące się za murami klasztoru miały różne przygody, z których co najmniej jedna przeszła do legendy.

Według historyków, Tatarzy atakowali Kraków co najmniej trzykrotnie. Podczas jednego z najazdów, ucierpiał również klasztor Norbertanek. Najeźdźcy przedarli się przez mury obronne i jak to mieli w zwyczaju zaczęli rabować, niszczyć i szukać kobiet do gwałcenia. Legenda głosi, że siostry uciekały przed pohańbieniem podziemnymi tunelami, które prowadziły od zabudowań klasztornych aż pod Lasek Wolski. Gdy Norbertanki wyszły już na powierzchnię ziemi, dostrzegły, że Tatarzy wysłali patrole i przeszukują cały las. Zaczęły dalej uciekać przez jary i wąwozy Lasku Wolskiego, cały czas modląc się o ratunek. Po chwili ujrzały przed sobą wapienne skały, a wśród nich maleńką kapliczkę, ukrytą między gęstymi krzakami i uznały to za znak bożej łaski. Ich szczere modły zostały wysłuchane – kapliczka wraz z Pannami Zwierzynieckimi zapadła się pod ziemię. Na jej miejscu pojawiły się skały wapienne, które zsunęły się na drogę. Tak z bożą pomocą Norbertanki ocaliły cnotę. Legenda mówi dalej, że jeżeli ktoś o czystym sercu będzie wędrował w pobliżu Panieńskich Skał może usłyszeć z pod ziemi głosy szczerej modlitwy uratowanych sióstr…

Z klasztorem połączony jest barokowy kościół pod wezwaniem św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela i razem tworzą największy, po Wawelu, kompleks zabytkowy miasta.

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

W kościele tym brali ślub moi dziadkowie, rodzice, ja zostałem ochrzczony i także mój ślub odbył się w tych zabytkowych murach. W latach dziecinnych, w każda Wielką Sobotę meldowałem się na dziedzińcu klasztoru z koszyczkiem pokarmów do poświęcenia, w Poniedziałek Wielkanocny nie mogłem się doczekać na Emaus, a w oktawę Bożego Ciała maszerowałem w pochodzie Lajkonika.

Za klasztorem i pętlą tramwaju numer 6, przebiegam przejściem dla pieszych przez ulicę Królowej Jadwigi i skręcam zaraz w prawo, w kolejną ulicę biegnącą ostro w górę. W tym miejscu mógłbym już opisywać dalszą drogę coraz wyżej i wyżej w kierunku Kopca Kościuszki, ale…

 

Koniec części trzeciej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 2)

Miejsce startu, jak już wspominałem, wybrałem bardzo sentymentalnie. Wyruszyłem z pod budynku, w którym mieszkałem jako dziecko, a który znajduje się przy ulicy Komorowskiego 1.

Komorowskiego 1

Komorowskiego 1

Bolesław Komorowski – lekarz urzędowy Półwsia Zwierzynieckiego, a po włączeniu go w obręb Krakowa (co, jak już wiemy, nastąpiło w roku 1910) – lekarz miejski Zwierzyńca. Był on na początku ubiegłego wieku słynną w Krakowie postacią. Przeszedł do historii miasta przede wszystkim jako lekarz-społecznik, ponieważ w swym gabinecie przyjmował biednych za darmo, dawał też pieniądze na lekarstwa i chleb, jeśli im go brakowało. Niektórzy współcześni mu krakowianie nazywali doktora Komorowskiego „Janosikiem w białym kitlu” – wysokimi honorariami „łupił” zamożnych pacjentów, aby bez zapłaty leczyć biednych. A że lekarzem był świetnym, prowadził chyba największą praktykę w mieście, nie brakowało mu bogatych pacjentów.

Pamiętam, że na parterze kamienicy, od strony ulicy Tadeusza Kościuszki (zakładam, że o Kościuszce wszyscy słyszeli) mieścił się sklep „1001 drobiazgów”, a od strony podwórka melina Pani F. Na trzecim piętrze miał pracownię arysta Ozimek, a podobno pod podwórkiem, na którym grałem w piłkę znajduje się schron przeciwatomowy.

Ulicą Komorowskiego dotarłem do Placu na Stawach, gdzie chodziłem z babcią na zakupy. Dziwaczna nazwa wzięła się od stawów hodowlanych, których pobliski zakon Norbertanek używał jako zaplecza rybnego dla swojej kuchni. Stawy z czasem zasypano, a na ich miejscu powstał plac targowy.

Plac na Stawach współcześnie

Plac na Stawach współcześnie

Wielkim rarytasem były frytki smażone na starym, wielokrotnie używanym oleju, w szarej papierowej torbie, która szybko nasiąkała tłuszczem, a sól do frytek sypało się ze słoika z pokrywką podziurawioną gwoździem.

Na deser można było dostać Lody Bambino o smaku śmietankowo-kawowym.

Najważniejszym miejscem Placu był jednak Bar na Stawach, który przeszedł na zawsze do historii dzielnicy, miasta, a nawet do historii Polski. Stało się tak za sprawą poety Jerzego Harasymowicza, który opisał życie zwierzynieckich kindrów, łaziorów i andrusów w malowniczy, a nawet bajkowy sposób. Ten niezwykle wrażliwy artysta przeczuwał, że ten barwny świat nieodwołalnie odchodził w przeszłość i siłą swego poetyckiego talentu pragnął ocalić go od zapomnienia.

Nieraz pytają za kim jestem
W tym kraju częsta to sprawa
Mówię najbardziej popieram szyld
Z napisem “Bar Na Stawach”

Tam Maks Wózek przychodzi i Rufino
Goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy
Tam zielone pachnie nocy piwo
Tam się schodzą placowe drogi
/Jerzy Harasymowicz, Bar na Stawach/

Podmiejscy herosi, goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy to byli głównie malarze, murarze, wózkarze i tramwajarze. Właśnie to towarzystwo wyczarowywało słynne krakowskie szopki, o których wspominałem wcześniej i tworzyło folklor krakowskiego przedmieścia.

W barze zbierał się „Zwierzyńca kwiat”, by nad kuflem piwa podumać o życiu, wieść niekończące się dyskusje lub kibicować swojemu klubowi piłkarskiemu. Do baru szło się, by kogoś spotkać lub coś ważnego załatwić, prosić o pomoc w zrzuceniu węgla do piwnicy albo w wyniesieniu szafy na piętro.

W barze rządził Czesiek Czorny, oprócz, rzecz jasna właściciela, pana Władysława Ogińskiego. Czesiek, czyli Czesław Zając, szafarz (bo wynosił po schodach szafy, meble, fortepiany i najróżniejsze graty), miał zdolności przywódcze i zaliczał się do tych, co na Zwierzyńcu wodzą prym.

Pisząc o andrusach, obowiązkowo trzeba wsponieć o Aleksandrze Kobylińskim, czyli „Makino”. Ten „Andrusów Król” i twórca zespołu „Andrusy”, sporą część swojego repertuaru zaczerpnął właśnie z twórczości Jerzego Harasymowicza. Pamiętam, jak zespół przychodził grać na podwórku kamienicy przy Komorowskiego i z wąskiego okienka klatki schodowej rzucałem im pieniążki owinięte w papier.

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Harasymowicz i Kobyliński poznali się w Barze na Stawach (przedstawił ich sobie Czesiek Czorny), a ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci poety, czyli prawie 30 lat. Pseudonim „Makino”, którym Aleksander Kobyliński posługuje się na co dzień, wywodzi się właśnie z poezji Jerzego Harasymowicza i oznacza po prostu tego, który „ma kino”.

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Siwym, czyli Zbyszku Nowaku. Pomny nauk, jakie otrzymał od własnego ojca na łożu śmierci, nigdy nie pracował. Ojciec go ostrzegł, że kiedyś będzie wyścig o pracę – „pamiętaj synu, żebyś nie dał sobie wydrzeć ostatniego miejsca”. Prorok jaki, czy co? Już pół wieku temu przepowiedział „wyścig szczurów”!

Nie ma już Baru na Stawach, gdzie obok handlarzy z pobliskiego placu spotykali się „fajni goście”, nie ma poety Jerzego Harasymowicza. Oto, jak unicestwienie Baru widział oczami duszy jego stały bywalec i największy piewca Zwierzyńca:

Wkrótce zburzą ludzi z baru
Zburzą ich czapy zuchwałe
Nieba runie stary gołębnik
I będą poematy przesłuchane

Kiedy runie Na Stawach bar
Grube kufle jak cheruby uniosą Bar Wierszy
Czarna życia toczyła się platforma
Twardy duszy formował się krawężnik

Żałobne piwo dają w barze Na Stawach
W żeberkach już piszczą rekwije
Bar jak beczek piramida runie
Pod gruzami grzebiąc kariatydę

I rozumiem Madonnę placu
Z sercem przebitym kuchennym nożem
I rozumiem przyjaciele wasze
Na dnie kufla dusze stracone
/Jerzy Harasymowicz, Zburzenie baru/

Kinder – swój chłopak, fajny gość, nie zaawansowany jeszcze zanadto w latach. Niekoniecznie ze Zwierzyńca; fajnych gości nie brakowało też na Ludwinowie, w Czarnej Wsi, Podgórzu czy na Krowodrzy.

Łazior – taki, co łaził, czyli chodził po Zwierzyńcu i żebrał na piwo, ale też szukał zajęcia, żeby parę groszy uczciwie zarobić. Włóczęga, wagabunda. Pytał o robotę (zrzucanie węgla do piwnicy, wniesienie szafy na piętro) w barze Na Stawach.

Andrus – osobnik zadziorny, ale honorowy, nigdy chamski, ubrany po andrusowsku (kaszkiet obowiązkowo zakładany na bakier, koszula w kratę, apaszka, połatana marynarka także w kratę) i posługujący się specyficzną andrusowską gwarą, która w Krakowie jednoznacznie demaskuje pochodzenie z okolicy Placu na Stawach. Mawiał: a idze, idze, klarnecie bosy! (stosowało się także wersje z klarnetem łysym lub złamanym) albo idze, idze, bajoku! Kiedy szedł do miasta, co należy rozumieć jako przekroczenie Aleji Trzech Wieszczów, dla zadania szyku ubierał marynarkę, często na gołe ciało i już z daleka błyszczały jego mocno wyglancowane, przy pomocy kremu Nivea, buty.

 

Koniec części drugiej