Zboczeniec

Ścieżka Zboczeńca

Wszystko płynie, jak powiedział Panta Rhei i nie można po raz drugi wejść do tej samej rzeki, ale z drugiej strony historia kołem się toczy, więc cytaty należy dobierać w zależności od okoliczności, gdyż punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Powiedziałem co wiedziałem.

Miało to jednak głęboki sens, o czym się przekonacie czytając dalej.

Trasa z Ouchy w Lozannie do Pully, prowadząca brzegiem jeziora, czyli Sentier des Rives du Lac jest po prostu śliczna. Widoki na Alpy, jezioro i winnice w terapeutyczny sposób uspokajają i wyciszają. Ostrzegam jednak – czasami może być tłoczno, a wtedy wyciszanie nie będzie w pełni wyciszające.

Wracając jednak do toczącej się kołem historii, trasę tą opisywałem już na stronach mojego bloga, w artykule pod tytułem Pożegnanie jesieni. Teraz ruszam dalej, żeby odkryć coś nowego za zakrętem…

Za zakrętem może czeka
Droga nowa i daleka,
A choć dziś ją omijamy,
Jutro tuż za progiem bramy
Może ścieżka nas uwiedzie,
Która wprost na księżyc wiedzie…
/J.R.R Tolkien, Władca Pierścieni/

Tym razem na końcu portu w Pully, gdzie po prawej stronie, nad samym brzegiem widać basen, nie biegnę dalej wzdłuż brzegu jeziora, ale skręcam w lewo w Route du Port i dobiegam aż do drogi kantonalnej Route de Vevey. Przebiegam przez pasy na drugą stronę i ulicą Chemin des Vignes biegnę w górę kilkanaście metrów.

Sztuka przez duże Sztu

Sztuka przez duże Sztu

Skręcam w lewo, w kierunku dziwacznej, czerwono-stalowej rzeźbie i zaraz w prawo, w ukrytą wśród krzewów Ścieżkę Zboczeńca (Sentier de Pervert).

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Początek Ścieżki Zboczeńca (Sentier de Pervert)

Ściskając pośladki i co chwilę oglądając się nerwowo za siebie biegnę w górę poprzez winnice, aż do bramy w murze. Tu ze zdziwienia przecieram oczy! Na dużym znaku po lewej stronie widzę, że to nie jest Sentier de Pervert, ale Sentier de Pévret, co oznacza miętę pieprzową w lokalnym dialekcie. Trzeba być dokładnym w czytaniu i ostrożnym w ocenach…

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Okazało się, że to jednak nie był zboczeniec

Za bramą skręcam w prawo w górę i wspinam się aż do kościoła. Przed kościołem znajduje się taras widokowy, z którego roztacza się, jak sama nazwa wskazuje, widok. Widok na jezioro, Alpy oraz winnice w Lavaux, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Z Ouchy do tego miejsca około 4 km.

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej...

Twardziele nie zatrzymują się, tylko biegną dalej…

Moja trasa biegnie jednak dalej, ulicą wzdłuż zachodniej ściany kościoła i Restauracji du Prieuré, w której jakiś czas temu odbył się Polski Bal Karnawałowy organizowany przez Polskie Stowarzyszenie w Lozannie.

Przebiegam przez pasy na Rue de la Poste, następnie mostkiem nad torami kolejowymi, aż w końcu tunelem pod Avenue de Lavaux, wbiegam na prowadzącą stromo w górę ulicę Chemin de la Clergère. Po 270 metrach skręcam w prawo w Avenue de Rochettaz, a następnie po 230 metrach w lewo w górę w jednokierunkową ulicę Chemin du Caudoz, przy której stoją kontenery do segregacji śmieci.

Ulica pnie się stromo w górę, aż do kolejnego mostu nad torami kolejowymi, przez który przebiegam i po chwili skręcam w prawo w Chemin de Leisis zgodnie ze wskazaniami żółtego drogowskazu Tourisme pédestre.

W prawo...

W prawo…

Po 200 metrach ulica zmienia nazwę na Chemin de Volson i wspina się ostro w górę. Tuż przed Chemin des Sapins, wskakuję w prawo do lasu w wąską ścieżkę*, którą odkryłem dopiero po jakimś czasie biegania w tej okolicy, co potwierdza moją opinię, że nigdy nie należy ustawać w poszukiwaniach.

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Proście a będzie wam dane, szukajcie, a znajdziecie…

Dróżka prowadzi w dół w kierunku koryta strumienia La Paudèze (którego ujście do jeziora znajduje się pomiędzy Pully i Paudex) i potem lekko w górę, poniżej budynku tartaku. Tu zaczyna się ostatnio oddana do użytku ścieżka wysypana trocinami, która opadając i wznosząc się doprowadza mnie do Stand de Volson (526 m n.p.m.).

*Przed znalezieniem ścieżki przez las, mijałem Chemin des Sapins i kontynuowałem dalej prosto, aż do Chemin du Stand. Skręcałem w prawo i biegłem lekko w dół. Mijałem tartak od góry i biegłem dalej, aż do tego samego miejsca, czyli do Stand de Volson. Z Ouchy około 6,4 km.

Jest tu skrzyżowanie szlaków turystycznych oraz miejsca parkingowe. A więc można tu było dojechać samochodem! To po co ja się tak męczyłem, zamiast podróżować jak cywilizowany turysta!?

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A'tomek, księga  XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’tomek, księga XII

Dla początkujących biegaczy i spacerowiczów przyjazd samochodem może być dobrym rozwiązaniem, gdyż prawdziwa przygoda/przyroda zaczyna się dopiero tutaj. W prawo, przez szlaban blokujący przejazd samochodów przez most, można pobiec do Belmont-sur-Lausanne, a dalej do Savigny i Tour de Gourze. W lewo, ostro pod górę, po drewnianych schodkach, droga prowadzi do Epalinges i odległego Chalet-a-Gobet, na wprost natomiast do Signal de Belmont.

Zatem wybieram bramkę numer…

Ścieżka z fontannami, jak… Karuzela z Madonnami

Wsiadajcie madonny
madonny
Do bryk sześciokonnych
…ściokonnych!

Na północy Lozanny, około 500 metrów powyżej tafli Jeziora Genewskiego (Lemańskiego), rozciąga się wielki zielony las Bois du Jorat. Często odwiedzam go, żeby pojeździć tu na rowerze lub pobiegać, a co roku wraz z rodziną uczestniczymy w wielkim święcie rowerowym: Journée Lausannoise du Vélo.

Najbardziej znanym i najczęściej wybieranym punktem startowym dla wszelkiego rodzaju wycieczek jest centrum sportowe Mauvernay w Chalet-à-Gobet. Mają tam swój początek ścieżki zdrowia (Zurich Parcours Vita i Helsana trails), ścieżki do jazdy konnej oraz trasy dla rowerów górskich.

Tam też udałem się owego dnia, kiedy postanowiłem przebiec trasę o wdzięcznej nazwie Le Chemin des Fontanies des Bois du Jorat. Droga fontann została utworzona w roku 2003 z okazji Światowego Dnia Lasu i Światowego Dnia Wody, które z inicjatywy ONZ obchodzimy 21 i 22 marca.

Konie wiszą kopytami
nad ziemią.
One w brykach na postoju
już drzemią.

Już przed wiekami, najbardziej obfite źródła w lasach na północ od Lozanny zostały uchwycone w sieć wodociągów dostarczającą wodę pitną do miasta i okolicznych gmin. Źródła o mniejszym znaczeniu zostały wykorzystane do zasilania fontann na skraju dróg leśnych, z których przede wszystkim korzystali drwale. Dzisiaj mogą korzystać z nich wszyscy odwiedzający ten uroczy zakątek.

Wodociągi lozańskie (Service de l’eau) oraz służby leśne (Service des Forêts domaines et vignobles) przygotowały poręczną mapkę z przebiegiem trasy i lokalizacją poszczególnych fontann.

Plany są niczym, ale planowanie jest wszystkim /Dwight D. Eisenhower/

Plany są niczym, ale planowanie jest wszystkim /Dwight D. Eisenhower/

Pomocne są też przydrożne, drewniane drogowskazy z napisem Chemin des Fontaines oraz tablice informacyjne przy każdej fontannie.

Follow me...

Follow me…

Trasa podstawowa mierzy 12 kilometrów. Ci, którzy chcą zobaczyć 2 dodatkowe fontanny muszą dodać jeszcze 7 kilometrów.

Drgnęły madonny
I orszak konny
Ruszył z kopyta.
Lata dookoła
Gramofonowa
Płyta…

Jako buntownik z wyboru wybieram kierunek odwrotny niż sugeruje ulotka, ale za to zgodny z ruchem wskazówek zegara. Z budynku centrum sportowego kieruję się w lewo i zaraz za tablicami informacyjnymi z mapkami okolicznych tras biegowych i rowerowych skręcam jeszcze raz w lewo i zaczynam biec w górę asfaltową ścieżką. Przebiegam obok pokaźnych budynków należących do służb leśnych i biegnąc dalej przekraczam drogę Route des Corbessiers. Tym razem w dół, aż do Route du Golf, a po drugiej stronie ulicy, dalej leśną ścieżką na zachód, aż do Fontanny Wojskowej [1] (Fontaine des Militaires), znajdującej się około 2 kilometry od startu.

Fontaine des Militaires

Fontaine des Militaires

20% wody, która spada na ziemię w postaci deszczu lub śniegu przesącza się przez podłoże molasowe*, które występuje na tych terenach, a następnie dostaje się do wód gruntowych. Zanim woda dotrze ponownie do powierzchni i wytryśnie w postaci źródła, jest dodatkowo filtrowana i mineralizowana przez skały, przez które przepływa (tutaj najczęściej skały wapienne).

*Molasa (łac. mollis ‘miękki’) – skały osadowe, których sedymentacja zachodziła w sąsiedztwie gór, podczas ich wypiętrzania się lub wkrótce po wypiętrzeniu; ich głównym składnikiem są okruchy skalne pochodzące z niszczenia gór.

Dla porządku i bezpieczeństwa muszę nadmienić, że woda w fontannach na trasie może być pitna (eau potable) lub niekontrolowana (eau non contrôlée). Woda niekontrolowana nie oznacza, że jest ona niezdatna do picia. Oznacza to tylko tyle, że służby wodociągowe nie są w stanie zapewnić ciągłej kontroli jakości tej wody i w zależności od warunków zewnętrznych mogą występować zmiany w jej wyglądzie, zapachu, smaku, mikrobiologii i składzie chemicznym (na przykład po obfitych opadach deszczu).

Następne 600 metrów przebiegam szutrową leśną ścieżką Chemin des Liaises w kierunku zachodnim. Kiedy dobiegam do asfaltowej drogi Route des Planches, po przeciwnej jej stronie dostrzegam już następna fontannę – Fontannę Kamieni Młyńskich [2] (Fontaine des Meules).

Fontaine des Meules

Fontaine des Meules

Jak już zauważyliście, nazwy niektórych fontann są dziwaczne, a ich etymologia może sięgać „mroków średniowiecza” (chociaż tak naprawdę średniowiecze nie było wcale mroczne). W niektórych przypadkach pochodzenia nazw nie da się ustalić… Tak czy inaczej, twórcy Drogi Fontann starali się jak mogli i przy każdej fontannie umieścili informacje na jej temat. Nie będę wiec podawał tych informacji, tylko całym sercem zachęcam do samodzielnego zbadania trasy i poznania historii fontann, źródeł z których pochodzi woda i jej składu chemicznego…

Od Fontaine des Meules ruszam na północny wschód, lekko pod górkę przez las i kiedy docieram do drogi asfaltowej, skręcam w prawo. Po około 1 kilometrze od poprzedniej fontanny docieram do Chalet des Enfants, uroczej restauracji serwującej dania kuchni szwajcarskiej, a w szczególności regionalnej.

Fontaine du Chalet des Enfants

Fontaine du Chalet des Enfants

Tym razem tylko wspominam poprzednie wizyty w tym lokalu, piję wodę ze znajdującej się na podwórku Fontaine du Chalet des Enfants [3] i ruszam dalej w kierunku wschodnim drogą asfaltową. Tuż przed skrzyżowaniem z drogą główną skręcam w prawo pomiędzy drzewa, którędy biegnie szlak pieszy (żółty drogowskaz), przekraczam ponownie drogę Route des Planches i ścieżką leśną biegnę aż do Fontaine des Gollies [4]**.

**Gollies może znaczyć: zagłębienie (depresja) pełna wody, wydrążenie wypełnione wodą, kałuża, staw. W gwarze Szwajcarii romańskiej znaczy „dziura w strumieniu”, a w średniowiecznej łacinie „dziura” lub „staw”. Przysłowie mówi „Ça pleut toujours dans les grandes gollies”, czyli deszcz pada zawsze do dużych kałuży, co oznacza, że pieniądz zawsze idzie do pieniędzy.

Fontaine des Gollies

Fontaine des Gollies

Piję kilka łyków, robię kilka zdjęć, a następnie kilka kroków, ponownie do drogi Route du Golf. Przekraczam ją i ścieżką między łąką a lasem biegnę na północ-północny wschód, cały czas trzymając się znaków Chemin des fontaines. Po 1,5 km przebiegam przez mostek nad największym strumieniem przepływającym przez Las Jorat i zatrzymuję się na moment przy Fontaine des Côtes [5]. Nazwa tej fontanny pochodzi od malowniczych i krętych brzegów rzeki Le Talent.

Fontaine des Côtes

Fontaine des Côtes

Wspomniana wcześniej oficjalna mapa jest na tyle dokładna, że nie trzeba się trzymać cały czas wyznaczonej drogi, ale można szukać własnych ścieżek, skrótów lub… wydłużeń. Mapa jest jak kodeks piratów, raczej zbiorem wskazówek, a nie rzeczywistych zasad.

Code is more what you’d call “guidelines” than actual rules.
/Captain Barbosa do Elizabeth Swann/

W celu zobaczenia dwóch kolejnych (nadprogramowych fontann), musiałbym biec tam i z powrotem tą samą drogą, jak proponują autorzy trasy, co zawsze wzbudza moją głęboką niechęć. Nie biegnę zatem nadal prosto na północ, jak sugeruje mapa i drogowskazy, ale cofam się kilkadziesiąt metrów przez mostek i skręcam w pierwszą ścieżkę odchodząca w prawo (na północny zachód).

Już za chwileczkę, już za momencik

Już za chwileczkę, już za momencik…

Szutrowa droga biegnie stromą skarpą nad korytem rzeki Le Talent i jest cały czas równoległa do trasy oficjalnej biegnącej poniżej na drugim brzegu, a którą będę wracał już za chwileczkę, już za momencik… Ścieżka wraz z rzeką skręca na południowy zachód, a po chwili na zachód.

Service des Eaux

Service des Eaux

Mijam znajdujący się po prawej stronie ścieżki budynek wodociągów. Kiedy dobiegam do zakrętu asfaltowej szosy Les Saugealles, robię 3 kroki prawym poboczem i wbiegam znów w wąską ścieżkę prowadzącą w prawo w dół między drzewami. Docieram nią ponownie do asfaltowej drogi, która w międzyczasie zmieniła nazwę na Route de l’Abbaye i skręcam w prawo do… Abbaye, czyli opactwa.

Abbaye de Montheron

Abbaye de Montheron

Opactwo Montheron założone w 1142 roku przez Cystersów nie pełni już swojej dawnej roli. Z czasów świetności pozostał tylko mały kościół i… duża restauracja. Fontaine de l’Abbaye de Montheron [6] i zasilające ją źródło Świętego Hipolita leżą po przeciwnej stronie drogi, na początku trasy powrotnej wzdłuż koryta Le Talent.

Fontaine de l’Abbaye de Montheron

Fontaine de l’Abbaye de Montheron

Zanim jednak będę mógł ruszyć w tamtym kierunku, muszę „zaliczyć” jeszcze jedną fontannę, do której niestety prowadzi tylko droga asfaltowa. Biegnę zatem dalej Route de l’Abbaye w kierunku zachodnim aż do Route de Montheron i skręcam w lewo. Po około 100 metrach po lewej stronie drogi znajduje się asfaltowy plac z małym budynkiem, za którym ukrywa się Fontaine de l’Orée des Bois [7], czyli „fontanna na skraju lasu”.

Fontaine de l’Orée des Bois

Fontaine de l’Orée des Bois

Do skraju lasu jest dziś daleko, co potwierdza tylko negatywny wpływ człowieka na przyrodę. Chociaż trzeba przyznać, że Szwajcarzy ochronę lasów wpisali w końcu do swojej konstytucji, co jest pomysłem godnym naśladowania.

Wracam do opactwa po swoich śladach i zgodnie z moim własnym planem ruszam w górę rzeki Le Talent, która wcina się malowniczo w strome ściany wąwozu. W okresie zimowym na molasowych skałach tworzą się fantastyczne wodospady lodowe, ale dolina jest piękna i warta zwiedzenia przez cały rok.

Their lone waters–lone and dead,– Their still waters-still and chilly With the snows of the lolling lily... /Edgar Allan Poe, Dream–Land/

Their lone waters–lone and dead,–
Their still waters-still and chilly
With the snows of the lolling lily…
/Edgar Allan Poe, Dream–Land/

Po około 2,5 kilometra od opactwa dobiegam do ścieżki, przy której znajduje się Fontaine des Côtes [5], a którą opuściłem około godziny temu, żeby urozmaicić moją wycieczkę krajoznawczo-biegową. Nie wracam już do tej fontanny, tylko skręcam ostro w lewo pod kątem 180 stopni i biegnę szutrową drogą pod górę na północ. Po 600 metrach droga skręca ponownie na południe (nie odbijam do Froideville), a po kolejnych 550 metrach zatrzymuję się przy drewnianej chatce i znajdującej się za nią Fontaine des Trois Moineaux [8]. W tym przypadku etymologia nazwy jest prosta – ktoś…, kiedyś… zobaczył trzy wróbelki kąpiące się w tej fontannie, a że wróble w lesie są rzadkością, więc tak już zostało.

Fontaine des Trois Moineaux

Fontaine des Trois Moineaux

Po następnych 1,2 km dobiegam do Fontaine du Paiement [9], przy której jeszcze w latach siedemdziesiątych inspektor leśny wypłacał (jak sama nazwa wskazuje) pensje kilkunastu drwalom pracującym w Lesie Jorat. Piję wodę czekając na Godota, przepraszam…, na inspektora, ale się dziad nie pojawia i nic nie wypłaca, więc obrażam się i biegnę dalej.

Fontaine du Paiement

Fontaine du Paiement

Przekraczam ponownie Le Talent, dużo węższy w tym miejscu i po kilkudziesięciu metrach skręcam ostro w lewo, na wschód. Kiedy otwiera się przede mną rozległa polana, skręcam w prawo przy ścianie lasu i mniej więcej w połowie łąki, zgodnie z drogowskazem „ścieżki fontann” skręcam w lewo. Na asfaltowej drodze skręcam w prawo w kierunku widocznego już budynku, przy którym często pasą się konie.

Fontaine de Moille Saugeon

Fontaine de Moille Saugeon

Jest to Fontaine de Moille Saugeon [10], oddalona od swojej poprzedniczki o 1,2 kilometra. Nazwa fontanny sugeruje, że było to kiedyś „wilgotne miejsce, gdzie rosły wierzby”. Teraz nie ma wierzb, a miejsce nie jest wcale wilgotne.

***Moille – miejsce wilgotne, torfowisko, miejsce bagniste, często w zagłębieniu terenu; z łacińskiego ‘mollis’ – miękki, delikatny.

****Saugeon – wierzba; z łacińskiego ‘salix’ i francuskiego ‘saule’, czyli drzewo, które zazwyczaj rośnie na łąkach i wzdłuż potoków.

A gdyby nawet poszły, to gdzieżby?
Gdzieżby poszły, powiedzmy, wierzby?
Nad rzekę? I tak są nad rzeką,
A nad morze iść – za daleko.
/Jan Brzechwa, Drzewa/

Zatem dalej, w kierunku morza… Śródziemnego, czyli na południe, lekko pod górkę, ponownie do lasu. Po kilkuset metrach skręcam z dróżki asfaltowej w lewo, na drogę szutrową i dobiegam do Fontanny Prezydenta [11] (Fontaine du President).

Fontaine du President

Fontaine du President

Nie chodzi tu ani o „przywódcę wolnego świata”, ani o przywódcę narodu, który „tak się wdroży do cierpliwie i długo noszonej obroży, że w końcu gotów kąsać — rękę, co ją targa”. Fontanna znajduje się po prostu tuż obok największej i najwyższej jodły pospolitej (białej) w Lesie Jorat, którą nazwano „Prezydent”.

Prezydent lub... Major

Prezydent lub… Major

Wiek tego drzewa szacuje się na 300 lat, a jego wysokość wynosiła ponad 50 metrów, zanim zostało „skrócone o głowę” ze względów bezpieczeństwa. Powinno teraz nazywać się Major, a nie Prezydent, jak Major Davel, którego ścięli Berneńczycy, okupujący swego czasu Kanton Vaud. O tym ważnym dla Szwajcarii romańskiej wydarzeniu pisałem w artykule Z Ouchy do Saint-Sulpice.

Jeszcze 1,1 kilometra i dobiegam ponownie do Chalet-a-Gobet. Zanim jednak zamknę pętlę mojej trasy, odwiedzam jeszcze Fontaine du Chalet-a-Gobet [12], której granitowy zbiornik stoi tuż przy oberży serwującej dania kuchni lokalnej.

Fontaine du Chalet-a-Gobet

Fontaine du Chalet-a-Gobet

Fontanna była używana do pojenia koni, które transportowały ludzi i towary drogą łączącą Lozannę z Bernem. Ja koniem nie jestem, ale mimo wszystko piję czystą i zimną wody, po czym spokojnie podbiegam do centrum sportowego, spod którego startowałem – coś się kończy…

***

Twórcy trasy ostrzegają w swojej ulotce, że korzystanie z niej po zmroku może być niebezpieczne, więc już wiecie, gdzie mnie szukać przy najbliższej pełni księżyca – coś się zaczyna…

Widzę baśń zwierciadlaną, kędy zamiast słońca,
Nad zwłokami praistnień orszak gromnic czuwa,
Baśń, co się sama z siebie bez końca wysnuwa
Po to, aby się nigdy nie dosnuć do końca…
/Bolesław Leśmian, Prolog/

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 5)

Tak, Sikornik…

Tyle razy przemierzałem tą widokową ścieżkę, czy to pieszo, czy na rowerze, czy to w dzień, czy w nocy, ale… biegłem nią po raz pierwszy.

Jak już pisałem wielokrotnie, Szwajcaria dała mi bardziej sportowe podejście do poruszania się oraz… zapewniła odpowiedni sprzęt – biegłem od stóp do głów odziany w produkty Mammuta (oprócz skarpetek oczywiście, których pomimo moich lamentów dalej nie ma w ofercie Mammuta) i dzięki temu mogłem wygodnie i modnie zwiedzić spory obszar Zwierzynieckiej Arkadii.

Prawidłowo rzecz ujmując, Sikornik to wydłużony grzbiet terenu o długości nieco ponad 3 km, ciągnący się ze wschodu na zachód, od ujścia Wisły do Rudawy przy Klasztorze Norbertanek aż do Przełęczy Przegorzalskiej oddzielającej go od Lasu Wolskiego. Od ponad 150 lat zwany jest też Wzgórzem św. Bronisławy. W języku potocznym, Sikornik zaczyna się dopiero na końcu Alei Waszyngtona.

Biegnę asfaltową aleją w kierunku zachodnim i zastanawiam się skąd wzięła się nazwa Sikornik. Pewnie w lesie, który niegdyś pokrywał w całości to wzniesienie, mieszkało dużo… sikorek.

Po prawej stronie alei widać stare ceglane budynki ogrodzone siatką.

Była to kiedyś jednostka wojskowa i teren był cały czas patrolowany przez żołnierzy Ludowego Wojska Polskiego, a na ogrodzeniu wisiały znaki zakazu fotografowania. Teraz znaków już nie ma, wszystko można zobaczyć w Google Maps i szykuje się chyba jakiś remont…

Nieco dalej, także po prawej stronie drogi były ogródki działkowe, gdzie mój dziadek uprawiał owoce i warzywa na powierzchni kilku metrów kwadratowych, z których następnie robił fantastyczne przetwory na zimę. To też już przeminęło z wiatrem.

Trasa biegnie prosto na zachód, raz w górę, a raz w dół. Po prawej stronie, pomiędzy drzewami widać dzielnice Krowodrza, Bronowice, Prądnik Biały, a dalej w kierunku północnym zaczyna się Wyżyna Krakowsko-Częstochowska z malowniczym szlakiem Orlich Gniazd.

Po lewej stronie, w dolinie, rzeka Wisła powoli płynie w kierunku Wawelu i centrum Krakowa.

Płynie Wisła, płynie
Po polskiej krainie,
Zobaczyła Kraków, pewnie go nie minie.

Zobaczyła Kraków,
Wnet go pokochała,
A w dowód miłości wstęgą opasała.

Dalej widać osiedla mieszkaniowe, następnie wzgórza otaczające Kraków od południa, a jeszcze dalej Gorce i Babią Górę. Perspektywę zamyka skalna ściana Tatr, tworząca naturalną granicę ze Słowacją. Można rozpoznać Łomnicę, Lodowy Szczyt i Mięguszowieckie Szczyty nad Morskim Okiem.

Na południe...

Na południe…

Na wprost na zachodzie widać Klasztor Kamedułów na Srebrnej Górze, o którym pisałem w artykule Pasterka na Srebrnej Górze, a do którego mam plan dzisiaj dobiec.

Dla mnie na zachodzie Rozlałeś tęczę blasków promienistą...

Dla mnie na zachodzie
Rozlałeś tęczę blasków promienistą…

Zbiegam w końcu w dół do Przełęczy Przegorzalskiej, przez którą biegnie ulica Jodłowa łącząca ekskluzywną dzielnicę Wola Justowska z osiedlem Przegorzały i już jestem w Lesie Wolskim. Ścieżka pnie się ostro w górę przez piaszczysty wąwóz, a następnie już łagodniej przez las, aż do Krakowskiego ZOO, w którym bywałem w przeszłości wielokrotnie.

Daniel zwyczajny (Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (Mammut On The Run)

Daniel zwyczajny (nazwa łacińska: Dama dama) – gatunek ssaka z rodziny jeleniowatych oraz Daniel Nadzwyczajny (nazwa łacińska: Mammut On The Run) – gatunek ssaka z rodziny biegających po górach

Wzdłuż ogrodzenia i wejścia do ZOO biegnę nieco w dół aleją Żubrową, ale zaraz przy budynku w którym znajduje się toaleta (ta informacja zawsze może się przydać), skręcam w lewo w aleję Wędrowników i biegnę nią aż do skrzyżowania szlaków.

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Daniel Nadzwyczajny przed bramą krakowskiego ZOO

Wybieram szlak żółty prowadzący w prawo w dół kamienistą ścieżką. Pomiędzy stromymi ścianami Wolskiego Dołu zbiegam do Rezerwatu Panieńskie Skały. Przy skałkach przechodzę do marszu, żeby zrobić zdjęcia i wybrać dalszą trasę.

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Rezerwat Przyrody Panieńskie Skały

Nagle słyszę jakieś kobiece głosy dochodzące z pomiędzy skał. Nie potrafię rozróżnić słów, więc z ciekawości podchodzę bliżej i w głębokiej szczelinie prowadzącej pod ziemię widzę ogromną salę…, jakby kaplicę oświetloną świecami…, a w niej kobiety w habitach. Wtedy wyraźnie do moich uszu dolatują słowa hymnu uwielbienia:

Sanctus, Sanctus, Sanctus, Dominus
Deus Sabaoth.
Pleni sunt caeli et terra
maiestatis gloriae tuae.

Po cichu wycofuję się do szlaku i zostawiam rozmodlone Norbertanki w ich bezpiecznym schronieniu.

 

Koniec części piątej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 3)

Z Placu na Stawach pobiegłem w lewo, ulicą Senatorską w kierunku Salwatora. Minąłem miejsce, gdzie kiedyś mieściło się przedszkole, w którym bawiłem się i uczyłem przez 3 lata. To tu byłem Piernikowym królem, Muchomorem, który zgubił swój kapelusz i żołnierzem Powstania Listopadowego. Tutaj jadłem niezpomniane jajko na twardo w sosie koperkowym i obowiązkowo spałem po obiedzie. Po przedszkolu i ogródku z piaskownicą nie ma już ani śladu – teraz stoi tu budynek mieszkalno-biurowy.

Piernikowy król i jego goście

Piernikowy król i jego goście

 

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

Muchomor, który zgubił swój kapelusz (scena finałowa, jak już znalazł)

 

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Powstaniec listopadowy (chociaż rzecz się działa w czerwcu na zakończeniu roku przedszkolnego)

Dotarłem znów do ulicy Kościuszki i przebiegłem przez most na rzece Rudawie, do której kilkadziesiąt metrów dalej, przy klasztorze Sióstr Norbertanek wpada Wisła (to nie pomyłka, tak się prawidłowo mówi na Zwierzyńcu). Jeżeli nie wierzysz, to idze, idze bajoku!

Klasztor, który jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych budynków dzielnicy, powstał w II połowie XII wieku. Jak głosi tradycja, jego fundatorem był dziedzic Zwierzyńca, rycerz Jaksa Gryfita z Miechowa, który po powrocie z wyprawy krzyżowej do Ziemi Świętej ufundował w 1162 roku klasztor i kościół. Norbertanki są najstarszym żeńskim zgromadzeniem zakonnym w Polsce, a przybyły na Zwierzyniec z czeskich Doksan koło Pragi. Na przestrzeni wieków siostry modlące się za murami klasztoru miały różne przygody, z których co najmniej jedna przeszła do legendy.

Według historyków, Tatarzy atakowali Kraków co najmniej trzykrotnie. Podczas jednego z najazdów, ucierpiał również klasztor Norbertanek. Najeźdźcy przedarli się przez mury obronne i jak to mieli w zwyczaju zaczęli rabować, niszczyć i szukać kobiet do gwałcenia. Legenda głosi, że siostry uciekały przed pohańbieniem podziemnymi tunelami, które prowadziły od zabudowań klasztornych aż pod Lasek Wolski. Gdy Norbertanki wyszły już na powierzchnię ziemi, dostrzegły, że Tatarzy wysłali patrole i przeszukują cały las. Zaczęły dalej uciekać przez jary i wąwozy Lasku Wolskiego, cały czas modląc się o ratunek. Po chwili ujrzały przed sobą wapienne skały, a wśród nich maleńką kapliczkę, ukrytą między gęstymi krzakami i uznały to za znak bożej łaski. Ich szczere modły zostały wysłuchane – kapliczka wraz z Pannami Zwierzynieckimi zapadła się pod ziemię. Na jej miejscu pojawiły się skały wapienne, które zsunęły się na drogę. Tak z bożą pomocą Norbertanki ocaliły cnotę. Legenda mówi dalej, że jeżeli ktoś o czystym sercu będzie wędrował w pobliżu Panieńskich Skał może usłyszeć z pod ziemi głosy szczerej modlitwy uratowanych sióstr…

Z klasztorem połączony jest barokowy kościół pod wezwaniem św. Augustyna i św. Jana Chrzciciela i razem tworzą największy, po Wawelu, kompleks zabytkowy miasta.

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

Emaus, lata trzydzieste XX wieku /ze zbiorów Muzeum Historycznego/

W kościele tym brali ślub moi dziadkowie, rodzice, ja zostałem ochrzczony i także mój ślub odbył się w tych zabytkowych murach. W latach dziecinnych, w każda Wielką Sobotę meldowałem się na dziedzińcu klasztoru z koszyczkiem pokarmów do poświęcenia, w Poniedziałek Wielkanocny nie mogłem się doczekać na Emaus, a w oktawę Bożego Ciała maszerowałem w pochodzie Lajkonika.

Za klasztorem i pętlą tramwaju numer 6, przebiegam przejściem dla pieszych przez ulicę Królowej Jadwigi i skręcam zaraz w prawo, w kolejną ulicę biegnącą ostro w górę. W tym miejscu mógłbym już opisywać dalszą drogę coraz wyżej i wyżej w kierunku Kopca Kościuszki, ale…

 

Koniec części trzeciej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 2)

Miejsce startu, jak już wspominałem, wybrałem bardzo sentymentalnie. Wyruszyłem z pod budynku, w którym mieszkałem jako dziecko, a który znajduje się przy ulicy Komorowskiego 1.

Komorowskiego 1

Komorowskiego 1

Bolesław Komorowski – lekarz urzędowy Półwsia Zwierzynieckiego, a po włączeniu go w obręb Krakowa (co, jak już wiemy, nastąpiło w roku 1910) – lekarz miejski Zwierzyńca. Był on na początku ubiegłego wieku słynną w Krakowie postacią. Przeszedł do historii miasta przede wszystkim jako lekarz-społecznik, ponieważ w swym gabinecie przyjmował biednych za darmo, dawał też pieniądze na lekarstwa i chleb, jeśli im go brakowało. Niektórzy współcześni mu krakowianie nazywali doktora Komorowskiego „Janosikiem w białym kitlu” – wysokimi honorariami „łupił” zamożnych pacjentów, aby bez zapłaty leczyć biednych. A że lekarzem był świetnym, prowadził chyba największą praktykę w mieście, nie brakowało mu bogatych pacjentów.

Pamiętam, że na parterze kamienicy, od strony ulicy Tadeusza Kościuszki (zakładam, że o Kościuszce wszyscy słyszeli) mieścił się sklep „1001 drobiazgów”, a od strony podwórka melina Pani F. Na trzecim piętrze miał pracownię arysta Ozimek, a podobno pod podwórkiem, na którym grałem w piłkę znajduje się schron przeciwatomowy.

Ulicą Komorowskiego dotarłem do Placu na Stawach, gdzie chodziłem z babcią na zakupy. Dziwaczna nazwa wzięła się od stawów hodowlanych, których pobliski zakon Norbertanek używał jako zaplecza rybnego dla swojej kuchni. Stawy z czasem zasypano, a na ich miejscu powstał plac targowy.

Plac na Stawach współcześnie

Plac na Stawach współcześnie

Wielkim rarytasem były frytki smażone na starym, wielokrotnie używanym oleju, w szarej papierowej torbie, która szybko nasiąkała tłuszczem, a sól do frytek sypało się ze słoika z pokrywką podziurawioną gwoździem.

Na deser można było dostać Lody Bambino o smaku śmietankowo-kawowym.

Najważniejszym miejscem Placu był jednak Bar na Stawach, który przeszedł na zawsze do historii dzielnicy, miasta, a nawet do historii Polski. Stało się tak za sprawą poety Jerzego Harasymowicza, który opisał życie zwierzynieckich kindrów, łaziorów i andrusów w malowniczy, a nawet bajkowy sposób. Ten niezwykle wrażliwy artysta przeczuwał, że ten barwny świat nieodwołalnie odchodził w przeszłość i siłą swego poetyckiego talentu pragnął ocalić go od zapomnienia.

Nieraz pytają za kim jestem
W tym kraju częsta to sprawa
Mówię najbardziej popieram szyld
Z napisem “Bar Na Stawach”

Tam Maks Wózek przychodzi i Rufino
Goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy
Tam zielone pachnie nocy piwo
Tam się schodzą placowe drogi
/Jerzy Harasymowicz, Bar na Stawach/

Podmiejscy herosi, goście z tysiąca i jednej zwierzynieckiej nocy to byli głównie malarze, murarze, wózkarze i tramwajarze. Właśnie to towarzystwo wyczarowywało słynne krakowskie szopki, o których wspominałem wcześniej i tworzyło folklor krakowskiego przedmieścia.

W barze zbierał się „Zwierzyńca kwiat”, by nad kuflem piwa podumać o życiu, wieść niekończące się dyskusje lub kibicować swojemu klubowi piłkarskiemu. Do baru szło się, by kogoś spotkać lub coś ważnego załatwić, prosić o pomoc w zrzuceniu węgla do piwnicy albo w wyniesieniu szafy na piętro.

W barze rządził Czesiek Czorny, oprócz, rzecz jasna właściciela, pana Władysława Ogińskiego. Czesiek, czyli Czesław Zając, szafarz (bo wynosił po schodach szafy, meble, fortepiany i najróżniejsze graty), miał zdolności przywódcze i zaliczał się do tych, co na Zwierzyńcu wodzą prym.

Pisząc o andrusach, obowiązkowo trzeba wsponieć o Aleksandrze Kobylińskim, czyli „Makino”. Ten „Andrusów Król” i twórca zespołu „Andrusy”, sporą część swojego repertuaru zaczerpnął właśnie z twórczości Jerzego Harasymowicza. Pamiętam, jak zespół przychodził grać na podwórku kamienicy przy Komorowskiego i z wąskiego okienka klatki schodowej rzucałem im pieniążki owinięte w papier.

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Podwórko na Komorowskiego współcześnie

Harasymowicz i Kobyliński poznali się w Barze na Stawach (przedstawił ich sobie Czesiek Czorny), a ich przyjaźń przetrwała aż do śmierci poety, czyli prawie 30 lat. Pseudonim „Makino”, którym Aleksander Kobyliński posługuje się na co dzień, wywodzi się właśnie z poezji Jerzego Harasymowicza i oznacza po prostu tego, który „ma kino”.

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Makino z Andrusami na Placu na Stawach; w tle legendarny bar /zdjęcie z Dziennika Polskiego/

Chciałbym jeszcze wspomnieć o Siwym, czyli Zbyszku Nowaku. Pomny nauk, jakie otrzymał od własnego ojca na łożu śmierci, nigdy nie pracował. Ojciec go ostrzegł, że kiedyś będzie wyścig o pracę – „pamiętaj synu, żebyś nie dał sobie wydrzeć ostatniego miejsca”. Prorok jaki, czy co? Już pół wieku temu przepowiedział „wyścig szczurów”!

Nie ma już Baru na Stawach, gdzie obok handlarzy z pobliskiego placu spotykali się „fajni goście”, nie ma poety Jerzego Harasymowicza. Oto, jak unicestwienie Baru widział oczami duszy jego stały bywalec i największy piewca Zwierzyńca:

Wkrótce zburzą ludzi z baru
Zburzą ich czapy zuchwałe
Nieba runie stary gołębnik
I będą poematy przesłuchane

Kiedy runie Na Stawach bar
Grube kufle jak cheruby uniosą Bar Wierszy
Czarna życia toczyła się platforma
Twardy duszy formował się krawężnik

Żałobne piwo dają w barze Na Stawach
W żeberkach już piszczą rekwije
Bar jak beczek piramida runie
Pod gruzami grzebiąc kariatydę

I rozumiem Madonnę placu
Z sercem przebitym kuchennym nożem
I rozumiem przyjaciele wasze
Na dnie kufla dusze stracone
/Jerzy Harasymowicz, Zburzenie baru/

Kinder – swój chłopak, fajny gość, nie zaawansowany jeszcze zanadto w latach. Niekoniecznie ze Zwierzyńca; fajnych gości nie brakowało też na Ludwinowie, w Czarnej Wsi, Podgórzu czy na Krowodrzy.

Łazior – taki, co łaził, czyli chodził po Zwierzyńcu i żebrał na piwo, ale też szukał zajęcia, żeby parę groszy uczciwie zarobić. Włóczęga, wagabunda. Pytał o robotę (zrzucanie węgla do piwnicy, wniesienie szafy na piętro) w barze Na Stawach.

Andrus – osobnik zadziorny, ale honorowy, nigdy chamski, ubrany po andrusowsku (kaszkiet obowiązkowo zakładany na bakier, koszula w kratę, apaszka, połatana marynarka także w kratę) i posługujący się specyficzną andrusowską gwarą, która w Krakowie jednoznacznie demaskuje pochodzenie z okolicy Placu na Stawach. Mawiał: a idze, idze, klarnecie bosy! (stosowało się także wersje z klarnetem łysym lub złamanym) albo idze, idze, bajoku! Kiedy szedł do miasta, co należy rozumieć jako przekroczenie Aleji Trzech Wieszczów, dla zadania szyku ubierał marynarkę, często na gołe ciało i już z daleka błyszczały jego mocno wyglancowane, przy pomocy kremu Nivea, buty.

 

Koniec części drugiej

Sentymentalna wycieczka biegowa (część 1)

Uduchowione rozważania z poprzednich wizyt w Krakowie opisałem w nastroju bożonarodzeniowym w artykułach Pasterka na Srebrnej Górze i Na prawym brzegu Wisły… (Pasterka u Benedyktynów). Tym razem znów coś konkretnie związanego z krakowskim bieganiem (tak jak w artykule Historia kołem się toczy), chociaż jak zawsze będą „wycieczki” historyczno-informacyjne, czy żartobliwo-moralizatorskie.

Z Mariackiej wieży
na srebrnej trąbce.
Co to za koncert?

A pod Wawelem
do jamy ścieżka.
Kto w jamie mieszkał?

Kogut na Rynku
macha skrzydłami.
Kto jeździł na nim?

Konno, z buławą,
brodą do pasa.
Któż to tak hasa?

U czapki pióro
i wiatr w sukmanie.
Co to za taniec?

Kłębami dymów
światła zasnute.
Czy znasz tę hutę?

Ten Wawel, Rynek,
gołębi dwieście,
w jakim to mieście?
/Jerzy Kierst, Czy to Kraków/

Kraków to miasto w Polsce, a konkretnie w Małopolsce. Żeby być precyzyjnym dodam, że w powiecie krakowskim, nad rzeką Wisłą, która „płynie po polskiej krainie”. Mam nadzieję, że czytelnicy mojego bloga wiedzą co nieco na temat Krakowa.

Na przykład to, że przez kilkaset lat był stolicą Polski, że tutaj Mikołaj Wierzynek zorganizował słynną ucztę dla europejskich władców, za panowania króla Kazimierza Wielkiego i że tu studiował Mikołaj Kopernik, który jeszcze wtedy nie był pewny, czy to Ziemia krąży wokół Słońca, czy Słońce wokół Ziemi.

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

Henryk Jerzy Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek księga VIII

W Krakowie malował, pisał i tworzył Stanisław Wyspiański, który widział swój teatr ogromny…

"Bóg Ojciec" - witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

“Bóg Ojciec” – witraż Stanisława Wyspiańskiego znajdujący się w dużym oknie z tyłu nawy Kościoła OO. Franciszkanów w Krakowie.

…tutaj przygotowywał się do prowadzenia barki Kościoła światowego kardynał Karol Wojtyła

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

Kardynał Karol Wojtyła z relikwiami św. Stanisława w trakcie procesji św. Stanisława z Wawelu na Skałkę w maju 1975 r. Fot. Andrzej Jacek Stolarczyk

… i w tym oto mieście Daniel Bukowski kupił swój pierwszy produkt Mammuta.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

W Tatrach. Oprócz plecaka Mammut Airmoon 28, na uwagę zasługują spodnie dresowe seksownie podwinięte do kolan.

Opisać Kraków w kilku zdaniach, to wielka sztuka lub… świętokradztwo. To tak, jakby opisywać w paru słowach Rzym, Shangri-la czy ściany tunelu czasoprzestrzennego. Dlatego niech te parę linijek wstępu oraz to, co napiszę za chwilę, zachęci Was do dogłębnego zapoznania się z wielowiekową historią Krakowa, a najlepiej skłoni do odwiedzenia Stołecznego Królewskiego Miasta osobiście.

***

Wiem, miało być o bieganiu. I będzie…, ale na punkt startowy mojej sentymentalnej trasy wybrałem miejsce z moich lat dziecinnych, pełne wspomnień, wypada więc napisać o nim kilka zdań (oraz zrobić kilka zdjęć, oczywiście aparatem Zorka 5).

W Krakowie, który przez mieszkańców uważany jest za pępek świata (istnieje osobna dziedzina nauki – krakauerologia, głosząca wyższość Krakowa nad resztą świata, a jej głównym ekspertem jest Leszek Mazan), jest pewna dzielnica, uważana z kolei przez tubylców za pępek Krakowa. Znajduje się ona nieco na zachód od Wawelu, oddzielona od reszty miasta rzeką Wisłą, Alejami Trzech Wieszczów i Wielką Łąką (Błonia Krakowskie).

Może gdzieś wsie słyną z urody,
Może gdzieś są rajskie ogrody,
Może gdzieś są miasta ze srebra,
Może gdzieś niczego już nie brak?
Ale nie ma tam wiatru od Błoni,…
Nie ma Wisły płynącej od Tyńca,
Ale nigdzie nie tańczy lajkonik -
Nigdzie nie ma na świecie Zwierzyńca!
/Tadeusz Kwiatkowski, “Romek i Julka”/

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach... pastwiska

Wiatr od Błoni niósł czasem zapach… pastwiska

Tak, Zwierzyniec… Wieś przyłączona do Krakowa w 1910 roku, która wniosła wiele lokalnych tradycji do historii miasta.

To stąd „konno, z buławą, broda do pasa” wyrusza Lajkonik, czyli brodaty jeżdziec na sztucznym koniku przytwierdzonym do pasa, w stroju “tatarskim”, z ogromną buławą, której uderzenie ma przynosić szczęście na cały rok. Geneza pochodu ma kilka wersji, ale mnie najbardziej podoba się ta o dzielnych zwierzynieckich flisakch (“włóczkach”), którzy obronili miasto przed najazdem tatarskim, a powracając przebrani w stroje zabitych najeźdżców i na ich koniach, dali początek wielowiekowej tradycji.

To tutaj w Poniedziałek Wielkanocny odbywa się nasłynniejszy odpust parafialny – Emaus i stąd wywodzi się tradycja budowy bogato zdobionych szopek krakowskich, których konkurs odbywa się rok rocznie na Rynku Głównym, a wystawę pokonkursową można podziwiać w Pałacu Krzysztofory.

 

W tej dzielnicy mieszkał Jacek Malczewski, Gustaw Holoubek, Roman Polański i, nie chwaląc się, JA.

"Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej", to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

“Kiedy byłem, kiedy byłem małym chłopcem, hej”, to chciałem być między innymi Zorro. Potem mi przeszło i zostałem Mammutem. Zdjęcie zrobione na kładce prowadzącej z ulicy Dojazdowej na bulwary Wiślane.

Zwierzyniec jest miejscem magicznym, otoczonym jakimś polem siłowym, dzięki któremu szalony pęd współczesnego, zewnętrznego świata zwalnia, jakby zdawał sobie sprawę, że są rzeczy cenniejsze od wyścigu szczurów i nie należy ich niszczyć, a tradycja to…

 

Koniec części pierwszej

DYPLOM

Powrót do krainy Heidi

Minął czas potrzebny na to, aby Ziemia zatoczyła pełny krąg wokół Słońca od momentu, kiedy…

Heidi stała na skraju wzniesienia i machała ręką, dopóki goście nie zniknęli.
/Johanna Spyri, Heidi, tłumaczenie Izabella Korsak/

Powróciłem do Gryzonii, żeby znów wystartować w biegu górskim Swiss Irontrail organizowanym przez mojego ukochanego Mammuta. Stosując jednak zasadę „continuous improvement”, czyli ciągłego doskonalenia, którą wypalono w moim mózgu, ale przede wszystkim w moim sercu, podczas 17 lat pracy w pewnej firmie („Thank You for Smoking”), tym razem wybrałem dystans 91 kilometrów, a więc ponad dwa razy dłuższy niż w roku ubiegłym, kiedy jak pamiętacie, przebiegłem 41 kilometrów.

Na miejsce startu w Bergün dotarłem pociągiem. Tym razem obyło się bez wątpliwych „atrakcji” z udziałem bandziorów, które opisałem w poprzednim artykule. Na trasie były prawdziwe atrakcje. Kolej Retycka łącząca dwie historyczne linie kolejowe Albula i Bernina jest wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO oraz uważana za jedną z najbardziej spektakularnych tras kolejowych na świecie. Otaczający ją krajobraz z uroczymi wioskami i romantycznymi widokami Alpejskimi jest również częścią Światowego Dziedzictwa. Trasa została otwarta w roku 1904, liczy prawie 130 kilometrów i prowadzi przez 55 tuneli i 196 wiaduktów, z których najsłynniejszy to łukowy wiadukt Landwasser.

W hali sportowej odebrałem numer startowy z chipem do pomiaru czasu oraz urządzenie GPS pozwalające zlokalizować mnie na trasie. Można się było posilić bananami, batonami energetycznymi, bulionem, Coca-Colą i wodą. Dla zawodników biegnących dłuższe dystanse (121 km i 221 km) był to już kolejny punkt żywieniowy.

Wśród osób startujących ze mną w T91 dostrzegłem Ildikó Wermescher i Csaba Nemeth, profesjonalnych biegaczy, należących do Mammut Pro Team Trail Running, którzy, jak sie później okazało wygrali w tej kategorii. Porozmawialiśmy chwilę o bieganiu, Mammucie, zeszłorocznych wrażeniach z biegu (okazało się, że razem z Ildikó bieglismy T41), Nemeth bardzo chwalił zawody rozgrywane w Polsce, w których uczestniczył (Bieg 7 Dolin). Zrobiłem telefonem zdjęcie z Ildikó, które niestety nie wyszło najlepiej, ale tak czy inaczej, pamiątka z miłego spotkania i rozmowy jest.

Muszę po raz kolejny poruszyć sprawę, o której już rozmyślałem i pisałem ostatnio. Ze zgrozą zauważyłem, że tak samo jak ja, Ildikó i Nemeth nie mieli skarpetek Mammuta! Wszystko mieliśmy „mammutowe” i tylko ta skarpetkowa rysa w wyglądzie…

 

Pistolet wystrzelił o godzinie 13:00 i ruszyliśmy początkowo po płaskim terenie (1373 m n.p.m), żeby po chwili zacząć się wspinać na 2831 m n.p.m. Jak widomo, jeżeli przez jakiś czas jest pod górę, to najprawdopodobniej później jest w dół. Tak było i tym razem.

Po biegu w okolicach 2800 – 2600 m n.p.m. ruszyłem w dół z przełęczy Pass digls Orgels (2699) do Savognin (1173). Był tam kolejny punkt żywieniowy i pierwszy możliwy nocleg. Zauważyłem, że niektórzy zawodnicy mieli pomoc od rodziny lub przyjaciół, którzy czekali na nich w głównych punktach żywieniowych/noclegowych i dostarczali świeże ubrania na przebranie, nacierali maściami rozgrzewającymi/przeciwbólowymi i dokarmiali przysmakami. Nie pomyślałem o tym i nie zaangażowałem rodziny w pomoc na trasie. Moi kibice mieli mnie witać dopiero na mecie, jak w roku ubiegłym, a okazało się, że T91 jest o wiele bardziej wymagające niż T41. Kolejna wskazówka na przyszłość.

Tak czy inaczej, w Savognin nie zdecydowałem się jeszcze na spanie, posiliłem się tylko i ruszyłem dalej…

Nocną część trasy wspominam z wielkim sentymentem, ponieważ było to doświadczenie inne niż to z czym człowiek spotyka się na codzień. Nocny chłód, tajemnicze szmery, trzaski, głosy zwierząt i wilkołaków oraz ciągłe skupienie, żeby nie zgubić trasy. Ech, coś wspaniałego!

Zdecydowałem się na nocleg w Lenzerheide, czyli w miasteczku, w którym rok temu zaczynałem T41. Padłem jak nieżywy i po sekundzie (ach ta dylatacja czasu) już wstałem, kiedy zadzwonił budzik w zegarku. W blasku poranka wyruszyłem na znaną mi już z zeszłego roku trasę, ale jakże inną przez skumulowanie zmęczenia. Z Lenzerheide (1473) droga wiodła znowu w górę powyżej 2500 metrów.

Tym razem w okolicach Weisshornu (2653) nie było burzy śnieżnej, ale wszędzie zalegała wilgotna, gęsta mgła. Co mnie zastanowiło, to pisk mew i słony zapach morza. Coś się tu nie zgadzało…

W pewnej chwili z mgły wyłonił się facet z dziwnie wypukłym czołem i śmiesznym wąsikiem. Miał zmierzwione włosy, wymizerowaną i nieumytą twarz oraz oczy pozbawione wyrazu. Nosił poplamiony, wyblakły i stary płaszcz z bombazyny, podobnie wyglądające spodnie, parę znoszonych butów oraz stary słomkowy kapelusz. Wyglądało, jakby poszczególne części garderoby, które miał na sobie, nie należały do niego. Bełkotał coś niezrozumiale. Kiedy mnie zobaczył, ruszył chwiejnym krokiem w moim kierunku. Trochę sie przestraszyłem i mocniej ścisnąłem kijki, gotowy do obrony. Dziwny facet zapytał po angielsku:
- Czy to Baltimore?
Wtedy miałem juz pewność.
- Drogi Edgarze – powiedziałem – To zdecydowanie nie jest Baltimore i wydaje mi się, że już tam nie wrócisz. Chyba serafowie niebiescy wysłuchali cię w końcu i będziesz mógł spotkać się ze swoją ukochaną Anabel.
- Kim jesteś? Skąd mnie znasz? Skąd wiesz o Anabel?
- Może to zabrzmi dziwnie, ale czytałem twoje opowiadania i wiersze, a także opis… twojej tajemniczej śmierci prawie 170 lat temu.
- To ja nie żyję od 170 lat?
- Hmm, myślę, że nie należysz ani do świata żywych, ani do świata umarłych. Jesteś zawieszony pomiędzy nimi. I czas biegnie dla ciebie inaczej (ach ta dylatacja czasu).
- A więc to Kraina Snu?
- Jeszcze nie, ale już blisko.
Pisk mew i szum morza nasiliły się…
- Musisz iść w kierunku tych dzwięków. Anabel czeka już na plaży.
W milczeniu uniósł rękę na pożegnanie, odwrócił się i zniknął w kłębiącej się mgle.
Biegnąc w dół, w kierunku Arosy i kolejnego punktu żywieniowego, słyszałem za sobą długi niespokojny grzmot podobny do odgłosu tysięcy mórz. Nie zatrzymywałem się, biegłem bez ustanku.

Każdy księżyc, nim zniknie, przynosi mi sny
O promiennej Annabel Lee;
I co noc każda z gwiazd oczu niesie mi blask
Niezrównanej Annabel Lee;
I co noc, ledwie morze uderzy przypływem,
Jam z mą żoną, kochanką, mym losem szczęśliwym,
W jej grobowcu z nadmorskiej mgły,
W tym królestwie nadmorskiej mgły.
/Edgar Allan Poe, Annabel Lee, przełożył Wiktor Woroszylski/

***

W Arosie, zrobiłem przerwę na posiłek i krótki odpoczynek w fantastycznie wyposażonym bunkrze przeciwatomowym. Było to trzecie i ostatnie miejsce, w którym można się było przespać, ale już nie skorzystałem z tej możliwości. Bunkier wyposażony był w prycze, toalety, prysznice i kuchnię. A zdarzają sie tacy (szczególnie w Genewie), którzy narzekają na tragiczne warunki w tego typu lokalach. Nie jest to oczywiście willa z ogrodem, ale na pewno miejsce jest bezpieczniejsze niż ostrzeliwana z moździerzy lepianka w Erytrei.

Z Arosy wspinaczka była w miarę łagodna, ale deszcz lejący się z nieba czynił ją zdecydowanie trudniejszą i na ostatni punkt żywieniowy w Jatz (1831) dotarłem potwornie wyczerpany. Kiedy zmęczony i śpiący gramoliłem się wsparty na kijkach na ostatnią przełęcz na trasie, myślałem po co ja się tak męczę? I kolejny krok w górę. Czemu na własne życzenie poddaję się takim torturom? I następny krok w kierunku mety. To już ostatni raz, nigdy więcej! I następny…

Na przełęczy Strelapass zamieniłem kilka zdań z osobą, która pilnowała punktu kontrolnego i „odhaczony” z listy ruszyłem w dół, mając przed sobą ostatnie 5 kilometrów trasy.

Kiedy dobiegłem do Davos, ludzie na ulicach, mimo nocnej pory bili mi brawo i pozdrawiali. Linię mety przekroczyłem SZCZĘŚLIWY!

Według Datasport byłem ostatnim sklasyfikowanym zawodnikiem w mojej kategorii; kilka osób nie ukończyło biegu. Tym razem pokonałem 90.2 km w poziomie oraz + 5420m / – 5240m w pionie.

Kiedy rozluźniony, szczęśliwy i dumny spokojnie zajadałem kiełbasę z grilla i popijałem piwkiem w środku nocy, moje bolesne wątpliwości ze wspinaczki na przełęcz Strelapass rozwiały się jak… mgła. Już zacząłem planować, kiedy i na jaki bieg wybiorę się następnym razem – czy ja jestem normalny?

Świeżom wrócił w nasze światy…
Spoza Thule lodowatej -
Z sfer, co we mgłach się promienią,
Poza C z a s e m  i  P r z e s t r z e n i ą.
/E. A. Poe, Kraina snu, tłumaczenie Antoni Lange/

Musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?

Rodzina pojechała na wakacje do Polski, a ja, jako przedstawiciel „ludu pracującego miast i wsi” pozostałem na stanowisku i przez cały tydzień wydajnie pracowałem. Nastał jednak weekend i trzeba było zaplanować coś na samotne dwa dni. W poprzedniej korporacji nie miałbym z tym problemu, ponieważ „śmiertelne linie” zmusiły by mnie do pracy także w dni teoretycznie od niej wolne.

Praca jest prawem, obowiązkiem i sprawą honoru każdego obywatela. Pracą swoją, przestrzeganiem dyscypliny pracy, współzawodnictwem pracy i doskonaleniem jej metod lud pracujący miast i wsi wzmacnia siłę i potęgę Ojczyzny, podnosi dobrobyt narodu i przyśpiesza całkowite urzeczywistnienie ustroju socjalistycznego. Przodownicy pracy otoczeni są powszechnym szacunkiem narodu.
/Artykuł 14, Konstytucji Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej z roku 1952; tzw. konstytucja stalinowska/

Obecna firma nie zapewniała mi weekendowych nadgodzin, musiałem więc wymyślić coś samemu. Myślałem i wymyśliłem…

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

H. J. Chmielewski, Tytus, Romek i A’Tomek, Księga XII

…że przeprawię się z Doliny Rodanu przez Alpy, aż do St-Gingolph i wrócę do Lozanny statkiem kursującym po Jeziorze Genewskim. Przygotowałem więc szybko potrzebny ekwipunek i ruszyłem w tan!

Więc ten pan, smętny pan
Zdenerwował się, proszę państwa, okropnie.
Pojął, że właśnie on
Może życie przesiedzieć przy oknie.
Nagle wstał, ruszył w tan,
Walc hiszpański mu dodał odwagi.
/Jerzy Połomski, Cała sala śpiewa z nami/

Wsiadłem do pociągu na dworcu głównym w Lozannie, gdzie przytrafiła mi się przygoda, którą chciałbym opisać, ku przestrodze. W pociągu, idąc przez przedział, szukałem miejsca żeby usiąść. Większość foteli była zajęta, ale dostrzegłem korzystną lokalizację, gdzie tylko jeden człowiek siedział pod oknem, mając koło siebie plecak, a pozostałe 3 fotele były wolne. Usiadłem zatem naprzeciwko niego, ale od strony przejścia, żeby móc wyprostować nogi. Plecak położyłem od strony okna.

Nagle przez przedział zaczeła przeciskać się dosyć głośna grupa czarnoskórych mężczyzn. Kiedy przechodzili obok mnie i mojego sąsiada, jednemu z nich wypadła z ręki garść drobnych monet i posypała sie na nas i na podłogę. Bełkocząc “excusez-moi”, jeden z czarnych mężczyzn schylił się i zaczął zbierać monety.

Już pochylałem się żeby mu pomóc, gdy moja wybujała wyobraźnia przypomniała mi filmy o ninja, którzy rzucając w tłum drobne monety, odwracali od siebie uwagę. Kiedy ludzie zajęci byli zbieraniem rozsypanych pieniędzy, ninja mogli zabijać, porywać, wykonywać inne zadania lub po prostu uciekać. W ułamku sekundy zrozumiałem, że tu została zastosowana ta sama metoda! Wyprostowałem się i przygarnąłem plecak do piersi! Mój sąsiad jednak nie oglądał filmów o japońskich skrytobójcach, bo z zapałem zabrał się do zbierania monet z podłogi, gdy tymczasem drugi z czarnoskórych mężczyzn już sięgał po jego plecak leżacy na fotelu. Krzyknąłem po angielsku: “Uważaj na plecak”! (bo po francusku nie zebrałem myśli tak szybko).

Po pierwsze mężczyzna zrozumiał co mówię, po drugie zareagował i w dodatku wykazał się refleksem, bo w ostaniej chwili chycił swój plecak i wyrwał go z ręki Murzyna. Rabusie szybko zrozumieli, że tym razem się nie udało i wybiegli z pociągu. Skutkiem ubocznym zajścia było to, że wzbogaciłem się o 50 centymów (w 10 i 5 centówkach), których bandyci nie zdążyli pozbierać razem z portfelami pasażerów. Wdzięczny turysta, jak się okazało ze Szkocji, dziękował mi kilka razy za uratowanie jego dobytku i dziwił się, że takie rzeczy dzieją się w uważanej za bezpieczną Szwajcarii.

Taaak, to już nie ta sama Szwajcaria co za czasów „Goldfingera” i „Służby Jej Królewskiej Mości”. Nawet James Bond dostrzega różnicę i wybiera Austrię na miejsce swoich nowych przygód w filmie „Spectre”. Zatem pamiętajcie Drodzy Czytelnicy, jeżeli zacznie spadać na was deszcz drobnych monet, to nie cud – to napad, a nie zawsze będzie przy Was inspektor Harry Callahan.

Wiem, o czym myślisz, śmieciu: „Strzelił sześć razy czy tylko pięć?”. Szczerze mówiąc, w tej całej zabawie straciłem rachubę. Ale zakładając że to magnum 44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci głowę… musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?” Masz śmieciu?
/Brudny Harry/

***

Wysiadłem na stacji w Aigle o 12:20, żegnany serdecznie przez Szkota, który jechał do Chamonix. Od razu ruszyłem biegiem trasą turystyczną wzdłóż torów, cofając się początkowo w kierunku Lozanny. Po chwili (jak wiadomo z komiksów o Tytusie, jedna chwila = trzy momenty) dotarłem do szpaleru drzew wśród których płynie Grande Eau (zbyt duża to ona nie była). Skręciłem w lewo po wałach przeciwpowodziowych, przebiegłem pod autostradą i wraz ze strumieniem dotarłem do Rodanu (Le Rhône).

Skręciłem znów w lewo, w asfaltową drogę, która jest także trasą rowerową i rolkową. Dotarłem do mostu i przeprawiłem się po nim na drugą stronę rzeki. Zaraz za mostem zbiegłem po wale w lewo w dół, do asfaltowej drogi i także trasy rolkowo-rowerowej, równoległej do trasy z przeciwległego brzegu.

Po płaskiej drodze biegłem aż do miejscowości Vouvry, nad którą 450 metrów wyżej góruje budynek elektrowni Chavalon.

Elektrownia została  uruchomiona w roku 1965 i spalała ciężki olej opałowy (mazut), który powstawał jako produkt uboczny produkcji paliwa w pobliskiej rafinerii w Collombey. Z powodów ekologicznych została zamknięta w roku 1999. Jednakże w związku z planowanym wyłączeniem wszystkich elektrowni atomowych w Szwajcarii do roku 2034, będzie ponowne uruchomiona, tym razem wykorzystując gaz ziemny do produkcji elektryczności.

Zacząłem wspinać się szlakiem turystycznym, kilkakrotnie przecinając serpentyny drogi dla samochodów.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki plecakowi Mammut Lithium Z20 byłem zabezpieczony. Piłem zarówno ze zbiornika w plecaku (o zaletach tej metody pisałem już w artykułach Mammut w krainie Heidi i Celuj w Księżyc), jak i z bidonu, umieszczonego w uchwycie przytwierdzonym rzepami do szelki plecaka. To nowy element ekwipunku, który postanowiłem przetestować.

Z wodą, a raczej z jej brakiem nie ma żartów na długich trasach. Po kilku godzinach marszobiegu w górach przy upalnej pogodzie, każdy łyk jest na wagę złota, dlatego dodatkowy zapas bardzo się przydaje. Wykorzystałem ten zapas do dna i dlatego mogę potwierdzić, że Add-​on bottle holder się sprawdził. Dodatkowo jest lekki (60 gramów) i ma możliwośc regulacji w zależności od średnicy butelki. Mała rzecz, a cieszy.

Widzieć ile szczęścia w sobie,
Kryje każda mała rzecz.
Cie-szmy się z małych rze-czy, bo
wzór na szczę-ście w nich zapisa-ny jeest!
/Sylwia Grzeszczak, Małe rzeczy/

Zaprawdę powiadam Wam, smak H20 zmienia się w zależności od zmęczenia organizmu i im większe zmęczenie, tym lepszy smak.

Róża czerwono, biało kwitnie bez,
Nikt z nas nie pęka chociaż krucho jest.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Kuchnie polowe diabli wiedzą gdzie.
Kto by się martwił, że na drodze kurz
I śnieg, i deszcz-to znamy już.
Wzgórza przejdziemy wodą popijemy,
Woda po walce ma jak wino smak.
/Jak rozpętałem Drugą Wojnę Światową/

Dotarłem do miejscowości Miex i przez jakiś czas znów biegłem po asfalcie drogą prowadzącą samochody do Lac de Taney (dla zmotoryzowanych dodam, że ostatni odcinek dozwolony jest tylko dla samochodów z napędem na cztery koła i blokadą dyferencjału różnicowego, więc samochody z tzw. inteligentnym napędem 4×4 włączanym przez komputer nie mogą tam wjeżdżać). Za kapliczką na końcu miejscowości skręciłem w prawo, wróciłem na dziki szlak i dalej w górę kontynuowałem moją wycieczkę biegową także w kierunku Lac de Taney, ale w zdecydowanie dłuższej wersji.

Upał był niemiłosierny…, ale dzięki krótkim portkom Mammut MTR 141 Shorts Long Men biegło się, jak na te warunki, całkiem dobrze. Ponieważ opisywać będę krótkie portki, sprawę tego, co w tych krótkich portkach jest ukryte, zobrazuję tylko poniższym dowcipem:

Przychodzi facet do lekarza i wystawia na blat lekarskiego biurka swoje przyrodzenie.
Lekarz spogląda i pyta:
- Za krótki?
- Nie!
- Za cienki?
- Nie!
- No to jaki?
- Fajny! Co nie!?

Spodenki są tak krótkie, że nie ma zbyt wiele do opisywania. Tkanina to mieszanka poliamidu i elastanu. Od wewnątrz spodenki posiadają siateczkę. Są baaardzo lekkie, ważą 150 gramów (na wadze kuchennej mojej żony nic nie ważą), dzięki temu biegnie się w nich wygodnie. Są przewiewne, schną szybko i w ogóle bardzo dobrze mi się w nich biega. Własne odczucia w ostatecznym rozrachunku są najlepszym doradcą przy wyborze ubrań i sprzętu sportowego.

Dotarłem w końcu nad Lac de Taney od strony północno wschodniej. To urokliwe jeziorko znajduje się na wysokości 1408 m n.p.m. Mieści się przy nim pole namiotowe, mała osada domków i restauracja. Przebiegłem przez przysiółek, przy fontannie uzupełniłem zapas wody i skierowałem się w lewo, w górę trawersując stok. Szlak wiódł prosto na zachód, żeby po jakimś czasie skręcić lekko w kierunku północnym i przez przełecz Pas de Lovenex dotrzeć do przełęczy Col de la Croix.

Będąc tak wysoko w górach człowiek wycisza się, rozmyśla, zastanawia się nad najważniejszymi sprawami w życiu, szuka absolutu… Mnie nurtowała tyko jedna myśl – dlaczego Mammut nie produkuje skarpetek!? To zaniedbanie było wielokrotnie punktowane i wypominane przez moich znajomych, co tworzyło rysę w moim perfekcyjnym mammutowym wizerunku. Muszę napisać do działu marketingu w Seon, kiedy ta karygodna sytuacja się zmieni. Było by to wspaniałe uzupełnienie kolekcji butów (trailowych, wysokogórskich i trekkingowych).

A’propos butów. Upał był niemiłosierny…, ale opisywane już wcześniej Mammut MTR 201 Pro Low dobrze ze mną współpracowały. Stopy swobodnie oddychały i nie miały żadnych obtarć, a trzymanie się podłoża było fantastyczne. Szczególnie przydatne okazało się to na następnym etapie wyprawy.

Z przełęczy droga prowadziła ostro w dół po luźnych kamieniach, w kierunku granicy z Francją. Zbiegłem do dna doliny i wzdłóż potoku granicznego La Morge dobiegłem do St-Gingolph.

I tu problem. Do Evian nie jeździł już żaden autobus, ani statek. Sił już nie miałem, ni czasu, żeby biec asfaltową drogą wśród jadących samochodów. Cóż było robić? Nie miałem długiego szarego prochowca, jak Rotger Hauer, tylko piękną, pomarańczową koszulkę Mammuta, więc założyłem, że nie powinienem wzbudzać zbyt dużego strachu jako „Autostopowicz”. Miałem rację. Po około 10 minutach machania ręką na nadjeżdzające pojazdy, jakiś samochód zatrzymał się przy mnie. W środku siedziała młoda dziewczyna ubrana dosyć… śmiało, że tak powiem. Okazało się, że jedzie do Evian do kasyna do… pracy. Wsiadłem zatem do środka. Najpierw grzecznie i krótko opowiedziałem skąd się wziałem na drodze, jaką dzisiaj trasę pokonałem i dlaczego potrzebuję transportu, a potem przez resztę drogi mówiła ona. Okazało się, że jest… doktorem psychologii i wraz z innymi doktorantami zarówno psychologii, jak i socjologii opisują zjawisko uzależnienia od hazardu. Obecnie jeżdżą po różnych kasynach i prowadza badania. Strój okazał się… kamuflarzem potrzebnym do badań.

Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone.
/Łk, 6, 37/

Dojechaliśmy do Evian. Pani doktor wysadziła mnie przy porcie, a sama pojechała do swojego „laboratrorium” prowadzić badania. Wsiadłem na statek o godznie 20:45. Siedząc w czasie rejsu na ławce na rufie mogłem spokojnie podziwiać widoki. Po stronie bakburty tarcza słoneczna powoli, ale nieubłaganie opadała w kierunku ciemnego pasma Gór Jura, aby skryć się za czarnymi szczytami dokładnie w momencie, kiedy statek zacumował w porcie w Ouchy, w Lozannie.

Ciemność, ktora nadciągnęła znad Morza Środziemnego, okryła znienawidzone przez procuratora miasto. Zniknęły wiszące mosty, łączące świątynię ze straszliwą wieżą Antoniusza, otchłań zwaliła się z niebios i pochłonęła skrzydlatych bogów ponad hipodromem, pałac Hasmonejski wraz z jego strzelnicami, bazary, karawanseraje, zaułki, stawy… Jeruszalaim, wielkie miasto, zniknęło, jak gdyby nigdy nie istniało. Pożarła je ciemność, która przeraziła wszystko, co żyło w samym Jeruszalaim i w jego okolicach. Dziwna chmura przygnana została znad morza przed wieczorem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan
/Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata/

Matterhorncalling

Zew Matterhornu

Nie jest umarłym ten, który może spoczywać wiekami
Nawet śmierć może umrzeć wraz z dziwnymi eonami.
/H. P. Lovecraft, Zew Cthulhu/

Dawno, dawno temu w Polsce, kiedy rodzice kupowali mi od czasu do czasu w Pewexie czekoladę Toblerone za bony towarowe, nie wiedziałem, że logo i pudełko tej wyśmienitej szwajcarskiej czekolady wzorują się na kształcie pewnej samotnej góry w Alpach Walijskich (Penninskich). Wtedy liczył się niepowtarzalny smak i niedostępność czekoladowej przyjemności, co nieświadomie również nawiązywało do jednego z najpóźniej zdobytych szczytów alpejskich. Dla Polaków kupienie tej czekolady (jak i innych produktów powszechnie dostępnych na Zachodzie), bywało podobnym wysiłkiem jak wejście na Górę Jeleni. Matterhorn (po niemiecku) lub Monte Cervino (po włosku), bo o tą górę właśnie chodzi, wznosi się na wysokość 4478 m n.p.m. na pograniczu Włoch i Szwajcarii, co daje mu dwunaste miejsce wśród alpejskich szczytów.

 L.p. Nazwa szczytu Wysokość n.p.m. Masyw
1 Mont Blanc 4810 Mont Blanc
2 Mont Blanc de Courmayeur 4748 Mont Blanc
3 Dufurspitze 4634 Monte Rosa
4 Nordend 4609 Monte Rosa
5 Zumsteinspitze 4563 Monte Rosa
6 Signalkuppe 4554 Monte Rosa
7 Dom 4545
8 Liskamm, wschodni wierzchołek 4527
9 Weisshorn 4506
10 Täschhorn 4491
11 Liskamm, zachodni wierzchołek 4479
12 Matterhorn 4478

W tym rejonie gór znajduje się największe skupisko szczytów czterotysięcznych, których w Alpach jest w sumie 82, jednakże Matterhorn, w przeciwieństwie do większości z nich stoi samotny, eksponując w pełni swój doskonały kształt piramidy.

Widok na Matterhorn ze szlaku powyżej Zermatt

Widok na Matterhorn ze szlaku powyżej Zermatt

Jest szóstym pod względem wysokości samodzielnym szczytem alpejskim, co oznacza, że nie jest częścią większego masywu górskiego. Np. Dufurspitze (4634 m n.p.m.) – najwyzszy szczyt Szwajcarii, leży w masywie Monte Rosa, gdzie obok siebie znajduje się aż 10 szczytów czterotysiecznych. W tym ścisku nie prezentują się one tak okazale, jak Monte Cervino. Dufurspitze został zdobyty przez alpinistów angielskich i ich szwajcarskich przewodników w 1855 roku. Do zwycięskiej grupy wspinaczy należał ks.Charles Hudson, który w 10 lat później będzie jednym z tragicznych bohaterów pierwszego wejścia na Matterhorn.

Matterhorn widziany z Grächen

Matterhorn widziany z Grächen

Majestatyczne i budzące szacunek kształty Matterhornu oraz krucha skała tworząca szczyt powodują, że wspinaczka na niego jest wyjątkowo trudna. Pewnie dlatego zdobyto go jako ostatniego z alpejskich olbrzymów. Lata 1854–1865 to czas Złotej Ery Alpinizmu, w której eksploracja Alp nabrała ogromnego przyspieszenia, a góry te zamieniły się w arenę zmagań ówczesnej elity górskiej.

Góry od zawsze fascynują ludzkiego ducha, tak dalece, że Biblia uważa je za uprzywilejowane miejsce spotkania z Bogiem.
/Jan Paweł II/

W 1865 roku dokonano 65 pierwszych wejść w Alpach, 7 w samym masywie Mont Blanc. Zdobycie Matterhornu i feralne wydarzenie w trakcie zejścia ze szczytu stały się symbolicznym końcem Złotej Ery.

Czubek Matterhornu wystający zza Dent Blanche (widok z Grimentz)

Czubek Matterhornu wystający zza Dent Blanche (widok z Grimentz)

Walka o zdobycie Matterhornu toczyła się głównie, niekiedy wspólnie, pomiędzy londyńczykiem Edwardem Whymperem oraz włochem Jean-Antoine Carrelem. W 1865 roku Whymper przybył do Zermatt, aby zaatakować Matterhorn już po raz ósmy. Także i w tym roku towarzyszyć miał mu Carrel. Tymczasem niedawno utworzony Włoski Związek Alpinistyczny, postawił sobie za cel zdobycie Matterhornu przez Włochów. W 1865 r. Quintino Sella, profesor uniwersytetu w Turynie, minister finansów oraz profesor Felice Giordano, geolog badający strukturę Alp organizowali włoską wyprawę na Monte Cervino, mającą wyprzedzić Whympera niemal za wszelką cenę. Kierownictwo wyprawy zaproponowano Carrelowi, a on się zgodził, ponieważ chciał zdobyć Matterhorn dla ugruntowania swojej pozycji najlepszego znawcy gór tego regionu, a to z kim go zdobędzie, było mu obojętne. Wybrał więc swych bogatych i ustosunkowanych rodaków, a nie ambitnego, ale za to niezbyt majętnego Anglika. Poza tym celem Włochów było zdobycie szczytu od południa (z doliny Valtournenche), a nie od strony Zermatt, jak planował Whymper.

Rysunek Matterhornu wykonany przez Edwarda Whympera

Rysunek Matterhornu wykonany przez Edwarda Whympera

Gdy Whymper dotarł na umówione z Włochem spotkanie, ten go okłamał, przepraszając, że muszą wspólną wyprawę przełożyć o kilka dni. Whymper odprawił swych przewodników i spokojnie oczekiwał na Carrela. Nazajutrz jednak dowiedział się, że Włoch wyruszył już do swej ekipy i rozpoczyna atak na Matterhorn. Oburzony oszustwem nie poddał się. Zszedł szybko do Zermatt, gdzie udało mu się uformować zespół, z którym ruszył ostrą jak brzytwa granią Hörnli w kierunku wierzchołka.

Matterhorn i grań Hörnli widziane z Gornergrat

Matterhorn i grań Hörnli widziane z Gornergrat

W skład grupy weszli:

  • Edward Whymper (25 lat) – jeden z najwybitniejszych alpinistów brytyjskich, który w Alpy przyjechał po raz pierwszy w 1860 aby wykonać szkice zamówione przez wydawnictwo Longmana,
  • Michel Croz (35 lat) – wybitny przewodnik alpejski z Chamonix,
  • Lord Francis Douglas (18 lat) – syn markiza Queensberry,
  • ks. Charles Hudson (37 lat) – bardzo doświadczony alpinista,
  • Douglas Hadow (19 lat) – niewiele o nim wiadomo poza tym, że był to jego pierwszy sezon wspinania,
  • Peter Taugwalder ojciec (45 lat) – wybitny szwajcarski przewodnik alpejski,
  • Peter Taugwalder syn (22 lata) – również przewodnik.

Rozgorzała zacięta walka, która toczyła się nie tylko o to, kto zdobędzie szczyt, lecz i z której strony. Za nacjonalistycznymi przesłankami Giordano kryły się bowiem po prostu pieniądze. Strona, z której osiągnie się wierzchołek, ściągnie więcej turystów, których będą gościć i oprowadzać miejscowi górale. Na stokach Matterhornu trwała więc także walka o przyszłość przemysłu turystycznego w słonecznym Valtournenche i ukrytym w głębokiej kotlinie Zermatt.

Matterhorn widziany z Zermatt

Matterhorn widziany z Zermatt

My, którzy wędrujemy po górach, zawsze przedkładamy upór i wytrwałość w dążeniu do ustalonego celu nad czystą siłę. Wiemy, że każda wysokość, każdy krok, muszą być pokonane cierpliwością i ciężką harówką. I że pragnienia nie mogą zastąpić wysiłku.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zwyciężył Whymper mimowolny sprzymierzeniec Szwajcarów. 14 lipca 1865 jego ekipa pierwsza osiągnęła wierzchołek i uczyniła Zermatt jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc na świecie.

Zostaliśmy na szczycie przez godzinę –
Jedną pełną godzinę naszego wspaniałego życia.
Która przeminęła zbyt szybko i zaczęliśmy się przygotowywać do zejścia.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zwycięstwo zostało jednak okupione drogo, gdyż w czasie zejścia cztery osoby zginęły spadając w przepaść. Ze szczytu powrócili jedynie Whymper i Taugwalderowie. Wypadek spowodował najmniej doświadczony z alpinistów Douglas Hadow, który podczas schodzenia przewrócił się i wpadł na prowadzącego Michela Croza, a gdy obaj zaczęli się zsuwać w przepaść, pociągnęli za sobą połączonych z nimi liną Charlesa Hudsona i Francisa Douglasa. Pozostali trzej wspinacze ocaleli, gdyż słabsza lina łącząca Douglasa z Peterem Taugwalderem ojcem pękła. Jak to często bywa w takich wypadkach, pojawiły się podejrzenia, czy lina przypadkiem nie została przecięta. Formalne dochodzenie nie znalazło jednak żadnego dowodu na poparcie tej tezy. Pęknięta lina znajduje się obecnie w muzeum w Zermatt.

Lina pęknięta przy schodzeniu z Matterhornu (rysunek Edwarda Whympera)

Lina pęknięta przy schodzeniu z Matterhornu (rysunek Edwarda Whympera)

Trzy dni później, 17 lipca 1865 roku po przebyciu grani włoskiej na szczycie stanął zespół Antoine Carrela.

Siedem nieudanych prób wejścia na szczyt Góry Jeleni, pamiętną wyprawę z lipca 1865 oraz inne alpejskie ekspedycje, Whymper opisał szczegółowo w książce „Zdobycie Matterhornu”, do której sam wykonał również ilustracje. Polski tytuł nie oddaje trudności i wysiłku jaki związany był z pionierskimi wyprawami w Alpy. Angielski tytuł Scrambles Amongst the Alps In the years 1860-69 można przetłumaczyć jako „gramolenie się wśród Alp”, co zdecydowanie bardziej oddaje ducha tamtych zmagań.

Edward Whymper wspinał się jeszcze w Ameryce Południowej i Kanadzie dokonując kilku pierwszych wejść. W czasie wyprawy do Ekwadoru zebrał pokaźne materiały do studiów nad chorobą wysokościową i wpływem obniżonego ciśnienia na ludzki organizm. Grenlandię eksplorował, jako jeden z pierwszych używając sań, czym przyczynił się do znaczącego przyspieszenia w badaniach rejonów arktycznych.

Wspinaj się, jeśli chcesz, ale pamiętaj, że odwaga i siła są niczym bez rozwagi, zaś chwila niedbalstwa może przekreślić szczęście całego życia. Nie czyń niczego pochopnie. Uważaj przy każdym kroku i od początku myśl o tym, jaki może być koniec.
/Edward Whymper, Zdobycie Matterhornu/

Zmarł w roku 1911 w Chamonix, wkrótce po powrocie z kolejnej Alpejskiej wyprawy i w tym mieście został pochowany na angielskim cmentarzu.

Pierwsze wejscie kobiece miało miejsce w lipcu 1871, kiedy to rodaczka Whympera, Lucy Walker stanęła na szczycie Matterhornu – wspinając się w długiej flanelowej spódnicy, co było odpowiednie dla wiktoriańskiej damy. Pierwszego polskiego wejścia dokonał w 1894 roku Marian Smoluchowski – pionier fizyki statystycznej, alpinista i taternik. Albert Einstein wykorzystał uzyskane przezeń wyniki badań przy formułowaniu teorii wyjaśniającej chaotyczne ruchy cząstek. Jedno z równań teorii dyfuzji jest znane jako równanie Smoluchowskiego.

W roku 2015 Zermatt świętuje 150 rocznicę pierwszego wejścia na Matterhorn. Liczne imprezy odbywają się w miasteczku przez cały rok. Zachęcam do zerknięcia na stronę kurortu i wybrania czegoś dla siebie z bogatej oferty. Wśród organizatorów i sponsorów nie mogło zabraknąć firmy Mammut, która jest „absolutnie alpejska” i która z okazji tego historycznego alpejskiego wydarzenia przygotowała między innymi limitowaną edycję produktów. Przewodnie hasło obchodów to #Matterhorncalling.

Widok na jubileuszowy T-shirt

Widok na jubileuszowy T-shirt

Także w tym roku, Mammut wraz z firmą Ochsner organizuje 24 godzinną górską wędrówkę. Tym razem jednak, jak się domyślacie, będzie ona związana z jubileuszem zdobycia Matterhornu. Ja wybrałem właśnie ten sposób uczczenia pierwszego wejścia na Matterhorn i zostałem szczęśliwym członkiem zespołu Mammut 24h Hike, który w sierpniu wyruszy na górskie szlaki w okolicach Zermatt i Matterhornu.

Dodać jeszcze należy, że zarówno Chamonix, jak i Valtournenche nie chciały wypaść gorzej i także postanowiły uczcić „stare dobre czasy”, kiedy to Złota Era Alpinizmu osiągnęła swój punkt kulminacyjny.

W góry! w góry, miły bracie!
Tam swoboda czeka na cię.
Na szałase do pasterzy,
Gdzie ze źródła woda bieży,
Gdzie się serce z sercem mierzy
I w swobodę człowiek wierzy!
Tutaj silniej świat oddycha,
Tu się szczerzej człek uśmiecha,
Gdy się wiosną śmieją góry.
/Wincenty Pol, Pieśń o ziemi naszej/

Mammut SIGG Thermo Mug

Uważni czytelnicy mojego bloga zauważyli zapewne w artykule Mammut Lithium Z20 kilka zdjęć zrobionych aparatem Zorka Pięć (cytat z kultowego filmu „Rejs”), na których występował czarny termos ze złotym logo Mammuta. Termos korzystał wtedy z „gościnności” plecaka – głównego bohatera tamtego postu. Teraz przyszedł czas na krótki opis czarnej buteleczki (czarny kolor podobno wyszczupla).

Termos ten, to efekt współpracy starej i szanowanej szwajcarskiej firmy SIGG, z jeszcze starszą i jeszcze bardziej szanowaną szwajcarską firmą Mammut, a w tle tej współpracy wznosi się na wysokość 4478 m n.p.m. majestatyczny szczyt Matterhornu, który po raz pierwszy został zdobyty 150 lat temu (14 lipca 1865). To ważne historyczne wydarzenie będzie w roku 2015 wspominane i świętowane przez różne osoby i instytucje. Firma Mammut jest jednym z organizatorów i sponsorów całego wachlarza imprez związanych z rocznicą zdobycia Matterhornu, a gospodarzem obchodów jest Szwajcarskie miasteczko Zermatt.

Mammut przygotował z okazji 150 rocznicy pierwszego wejścia na szczyt bogatą ofertę produktów. Limitowana kolekcja o nazwie Mammut Matterhorn składa się z kurtek, spodni, czapek, bluz, plecaków, toreb, butów i termosów. Kolorem przewodnim serii jest kolor złoty, a więc wiecie już drodzy czytelnicy, dlaczego logo Mammuta na termosie jest złote, a nie jak zwykle czerwone.

Czuję jednak, że powinniście poznać więcej szczegółów pierwszego wejścia na Matterhorn, dowiedzieć się dlaczego Zermatt jest kojarzone z tym wydarzeniem i co z tym wszystkim ma wspólnego Mammut. Piszę w końcu o tym Mammucie już jakiś czas, a nie napisałem jeszcze jak, kiedy i przez kogo został założony. Te tematy są tak obszerne, że rozwinę je w kolejnym artykule, a tymczasem dokończę opis termosu…

Termos, który wyszedł z fabryki SIGG należy do serii HOT & COLD oferującej 4 objętości w dwóch różnych typach: kubek 0,3 litra i 0,5 litra oraz butelka 0,75 litra i 1 litr. Ja mam przyjemność posiadać wersję półlitrową.

Kubek wykonany jest ze stali nierdzewnej 18/8, czyli zawierającej 18% chromu i 8% niklu, a także inne dodatki pierwiastków stopowych. Jest to jeden z najbardziej popularnych gatunków stali nierdzewnej, szeroko stosowanej w prawie wszystkich branżach, a szczególnie w przemyśle spożywczym.

Na spodzie termosu znajduje się silikonowa podkładka antypoślizgowa, a na górze zakrętka z uchwytem umożliwiającym doczepienie kubka do plecaka. Kiedy odkręci się zakrętkę, otwór kubka zakończony jest dodatkową nakrętką służącą jako wygodny ustnik do picia. Producent ostrzega, że pijąc gorący napój można się poparzyć, ponieważ gorący napój może być… gorący! Jak widać, miał tu swój wpływ szalony amerykański system prawny, dzięki któremu można wygrać w sądzie ogromne pieniądze za utratę zdrowia lub życia w wyniku idiotycznych zachowań, o których Europejczyk nawet by nie pomyślał, a które nie były wymienione na liście ostrzeżeń produktu.

Jedno z najsłynniejszych nietypowych odszkodowań przyznanych na świecie wywalczyła Amerykanka Stella Liebeck w 1994 roku. Sąd przyznał jej 2.9 miliona dolarów odszkodowania od sieci McDonald’s, bo poparzyła się kawą kupioną w jednym z jej barów. Siedząc w samochodzie wsadziła kubek między kolana i próbowała go otworzyć w celu dodania śmietanki i cukru, niestety wylała całą zawartość na swoje nogi i… nie tylko. Ostateczna kwota zapłacona w wyniku ugody nie jest znana. Od momentu przyznania odszkodowania, McDonald’s umieszcza na kubkach z kawą adnotację: Uwaga, gorąca zawartość.

Ciekawym pomysłem jest sitko, w którym można zaparzyć oryginalną herbatę liściastą, czy to czarną, czy zieloną, czy też inną, a następnie łatwo usunąć fusy. Smak napoju i jakość są wtedy dużo lepsze niż w przypadku herbaty ekspresowej w torebkach, która składa się z pyłu herbacianego, a nie całych lub łamanych liści krzewu Camellia sinensis.

Ja już od dawna czułem, że firmy Mammut i SIGG do siebie pasują i instynktownie łączyłem je razem w swoich przygodach sportowych. Widzę, że marketingowcy Mammuta wpadli na ten sam pomysł. Na zdrowie!